Teatr podwyższonego ryzyka

jubileusz Teatru KTO

Krakowski Teatr KTO jest w Polsce jednym z najstarszych - działa od 35 lat. Ale swój pierwszy spektakl uliczny wystawił podczas festiwalu w Jeleniej Górze w 1986 roku; była to "Parada ponurych". To wtedy prowadzący teatr Jerzy Zoń zafascynował się pirotechniką, przestrzenią... To w nią wpisywał swe wielkie widowiska: "Wieża Babel", "Mazepa", "Quixotage" czy "Ślepców". Dziś, po latach, Zoń rzuca krótko: - Podstawa to ogarniecie przestrzeni. Trzebają nasycić energią. Teatrem. Poezją. I dekoracją.

Gdy porównuję aktora ulicznego do żużlowca, Bartek Cieniawa, który jest w Teatrze KTO od 1993 roku, przyznaje mi rację. A po chwili dodaje: - Tyle że aktor uliczny nie ma ani kasku, ani dobrego kombinezonu. 

Bez wątpienia teatr to podwyższonego ryzyka. Podczas premiery "Quixotage" grający Sanczo Pansę Jacek Joniec walnął w głową o płytę Rynku; grał do końca z rosnącą gulą... Kolega, który go atakuje, źle obliczył skok. A ćwiczyli to miesiąc.

-Praca z teatrem ulicznym zahacza o szaleństwo - mówi Robert Calikowski, ślusarz współpracujący ze scenografami KTO.

Krakowski Teatr KTO jest wPolsce jednym z najstarszych - działa od 35 lat. Ale swój pierwszy spektakl uliczny wystawił podczas festiwalu w Jeleniej Górze w 1986 roku; była to "Parada ponurych". To wtedy prowadzący teatr Jerzy Zoń zafascynował się pirotechniką, przestrzenią... To w nią wpisywał swe wielkie widowiska: "Wieża Babel", "Mazepa", "Quixotage" czy "Ślepców". "Zapach czasu" grali w kole liczącym 1200 metrów kwadratowych. Mieściło wokół ok. trzech tysięcy widzów. Dziś, po latach, Zoń rzuca krótko: - Podstawa to ogarniecie przestrzeni. Trzebają nasycić energią. Teatrem. Poezją. I dekoracją.

A gdy pytam o wyeliminowanie ryzyka w pracy aktora ulicznego, nie kryje: - Całkowicie się nie da. Można je tylko maksymalnie minimalizować. Maksymalną ilością prób, rozmów i przewidywaniem grożących następstw. Ale wszystkiego przewidzieć się nie da.

Cztery lata temu na Rynku Głównym w Krakowie, podczas organizowanego przez Teatr KTO festiwalu, konie, które spłoszyły odpalone przez zespół z Francji petardy, pognały z dorożkami na drugą stronę Rynku raniąc kilka osób.

-Piłem kawą i nagle zobaczyłem pędzące samopas konie. Zamarłem -wspomina dyrektor KTO, zarazem twórca festiwalu. Nie mógł przewidzieć, że zwierzęta zostaną pozostawione przez osoby nimi powożące. Sąd go uniewinnił, niemniej wspomina ten wypadek jako najpoważniejszy w swej pracy. A przecież niegroźny, jeśli zważyć, że parę lat temu podczas Festiwalu Teatralnego Malta w Poznaniu doszło wczasie spektaklu do śmierci niemieckiej aktorki.

Wspomina też Jerzy Zori wystawianego przed laty w Krakowie wspólnie z aktorami z Ukrainy "Mazepę". Tuż przed premierą aktor grający postać tytułową złamał na szczudłach rękę.

-Przekonywałem go, by ubrał nakolanniki i przywiązał się do szczudeł, ale on to zbagatelizował. I musiałem w ostatniej chwili szukać nowego Mazepy.

Bartek Cieniawa chodzi na szczudłach od lat. Dodają, licząc od stopy, 140 cm. Niby nie tak wiele. Ale gdy się upada, głowa leci z wysokości ponad trzech metrów. A ze szczudeł nie można zeskoczyć, stopa i goleń są bowiem do nich przymocowane. Nie ma jak się katapultować. Doświadczył tego przed laty w Warszawie podczas premiery "Zapachu czasu", pierwszego spektaklu, w którym używali szczudeł. Czuł się już na nich w miarę swobodnie, tyle że ćwiczyli narównym terenie, a grać im przyszło na kostce brukowej. Upadł zaraz na początku; na szczeście do przodu, na szczęście mając nakolanniki. W pobliżu zaplecza, zatem szybko go odciągnięto. Ale na resztę zespołu podziałało to wielce deprymująco; niektórzy wręcz nie wyszli. Wywrócił się wszak ten, który opanował szczudła najlepiej.

- Drżenie kolan nie opuściło mnie do końca spektaklu. A dyrektor wypalił podczas tej godziny trzy paczki papierosów -wspomina Bartek Cieniawa.

Na szczudłach chodzi też od lat Marta Zoń. Nie upadła ani razu, gdyż ...ogromnie bała się skutków.

Siniaki, rozbita noga są w tej pracy nieuniknione. Z Edynburga, po zagraniu w sierpniu "Ślepców" 25 razy, wszyscy wrócili poobijani metalowymi łóżkami, a przygotowywali te sceny prawie rok.

Nie ma też żartów z ogniem. Wynajęty do jednego ze spektakli połykacz ognia, chcąc pomóc dziewczynie, której nie zapaliła się pochodnia, dmuchnął spirytusem. A ona miała długie dredy. - Własną kurtkę zarzuciłem na jej płonącą głowę, kładąc się na niej - emocjonuje się Zoń.- Dwa miesiące trwała rekonwalescencja.

W trakcie wystawienia "Mazepy" na krakowskim Rynku poparzyło się czterech ukraińskich aktorów. - A ostrzegałem, by nie wypluwali ropy, bo przy takim upale ona wraca na twarz. Na szczęście rany były lekkie - mówi Zori. I dodaje: - W takich spektaklach każdy efekt musi być opanowany do perfekcji. Musi obowiązywać żelazna dyscyplina. I żadnej improwizacji!

Zwłaszcza gdy w grę wchodzi pirotechnika - Ona jest żywiołem,jest uwięzioną energią, która wyzwala się w sposób bardzo dynamiczny, dlatego rygory bezpieczeństwa są najważniejsze -mówi współpracujący z KTO Paweł Zyguła. Jak znakomicie prawdziwe są jego efekty, przekonał się Teatr KTO podczas festiwalu wTunisie, niedługo po tragedii World Trade Center. Po pokazie "Wieży Babel" organizatorzy wystraszyli się zastosowanych tam efektów pirotechnicznych na tyle, że, zapłaciwszy, nie chcieli już "Zapachu czasu". Pikanterii całej sprawie dodawał fakt, że KTO pokazywało "Wieżę..." na placu tuż przed ministerstwem obrony narodowej.

Mając Pawła Zygułę może Jerzy Zoń rzucać pomysłami zarówno optycznymi, akustycznymi, dymnymi, jak i zapachowymi. Ato błękitny płomieri jak w "Ślepca^", ato płomienie wkonkretnymkształ-cie,ato efekt tak niestandardowy,jak rozpalające się różnymi kolorami na wiślanych bulwarach, mające kilkanaście metrów średnicy słowiańskie symbole czy wykorzystywany w "Ślepcach" przez moment zapach uryny.

Paweł Zyguła, którego firma Nakaja Art znana jest z pokazów ogni sztucznych i poza Polską, współpracuje z Jerzym Zoniem nie tylko przy spektaklach, ale i widowiskach z okazji Wianków. Kiedyś reżyser wymyślił sobie równoczesne zapalenie 1OO ognisk - a wiedział już, że innym się to nie udało. Odpalone zostały w jednej sekundzie. Jak? - To takie autorskie efekty, które opracowuję jako pirotechnik widowisk i reżyser efektów. Wykorzystałem specjalne rodzaje lontów, łącząc je w bardzo długie, kilkusetmetrowe łańcuchy, podłączone do małych ognisk, by od razu stanęły w płomieniach. Plus oczywiście odpowiednie zapalniki - wyjaśnia Paweł Zyguła.

Zoń od lat stosuje metodę: po każdym naborze do zespołu w pierwszym okresie szkolenia daje chętnym do pracy petardy. Mają odpalić, odrzucić i szybko odejść. Chce, by zobaczyli efekt, uodpornili się na ich hałas. Kiedyś jedna z osób nieodbiegła. -Nie wytrzymałem, dziecko, to, że ci urwie rękę, to mnie nie interesuje. Ale szkoda mi dekoracji".

-Aktorzy nie mają się bać, mają umieć-mówi dobitnie. Ale też nie kryje, że sam wiele razy drżał o nich. Dobrze, że nosi ogoloną głowę, bo byłoby widać jak mu włosy stawały dęba...

Teatr uliczny czerpie ludzi nierzadko z ulicy. Rzadziej ze szkół teatralnych. Muszą nauczyć się niejednego. Do "Przedstawienia pożegnalnego" aktorzy ćwiczyli szpagaty i przewroty. Dla potrzeb, "Do góry nogami" musieli się uczyć żonglować. W "Zapachu czasu" osiem osób grało "Walca kwiatów" Czajkowskiego na osiem harmonijek i to chodząc na szczudłach.

- W teatrze ulicznym nie ma miejsca dla słabych fizycznie. My gramy ciałem, trzeba być silnym, sprawnym, zdrowym. Tu nie przychodzi się na godzinę przed spektakłem, ale kilka, a nieraz kilkanaście. Najpierw rozładunek tira z dekoracji, potem ich montaż, próba, godzina spektaklu i ponownie demontaż, załadunek - mówiMartaZoń. -Aktorem jest się godzinę, a głównie to, fiziolem". Śmieje się, że mąż ją wysłał do pracy na ulicę. Miało być tylko zastępstwo, a trwa to już 30 lat Teraz wielu prac nie wykonuje, są młodsi, ale wciąż opowiada, jak to przed laty w czasie bankietu wyciągnęła z torebki razem z papierosami klucz -trzynastkę. To najbardziej uniwersalny przekrój śrub do skręcania dekoracji, zatem podstawowy rekwizyt aktorów.

-Dekoracje dla teatru ulicznego robi sięzupelnie inaczej. Gdy mam je przygotować, interesuję się przede wszystkim, jaka jest przestrzeń, jej rodzaj, ilu ludzi będzie je składać i rozkładać, ile jest czasu na zmiany, jak będą dane elementy wykorzystywane, jakimi tirami będą wożone, ilu aktorów będzie pchało dany przedmiot - czterech facetów czy dwie panie - mówi Robert Calikowski. Wszystko musi być wykonane idealnie, a działać na tyle prosto, by poradzili sobie z rym aktorzy. I by było niezawodne.

- Tu nie ma mowy o papier-mdche. To musi być głównie metal - wyjaśnia Robert Calikowski. I opowiada, jak do "Sprzedam dom, wktórym już nie mogę mieszkać", scenicznego spektaklu bez słów, zrobił metalowe walizki. "Czy tego Roberta popier...?!" - denerwowali się aktorzy. A Zoń teraz komentuje: -I co? Dochodzimy do 500 spektaklu, objechaliśmy z nim pół świata, a walizki, fakt, wygniecione, nadal nam służą.

Oczywiście niespodzianki się zdarzają. Przygotowywali wielkie widowisko na 650-lecie Nowego Targu. I oto nad ranem w dniu, kiedy miało zostać pokazane, reżyser Zoń został obudzony wiadomością, że tir z posadowionym na nim specjalnie zbudowanym statkiem, co to miał płynąć z emigrantami do Ameryki, na zakręcie się nie złoży. - Mierzyłem tira bardzo dokładnie, ale nie zmierzyłem rynku. I oto okazało się, że z nałożonym na niego, zbudowanym oddzielnie, statkiem, nie wjedzie na nowotarski rynek -wspomina Robert Calikowski.

Wycięcie kawałka dzioba statku nie wystarczyło. Musiano jeszcze wyciąć ...kilka znaków drogowych. Policja dała zgodę..

W 2000 roku TVP zamówiła u Zonia ponad 3-minutowy pokaz na sylwestra w Warszawie; emitowany na cały świat. Trzy dni przed godziną "0", dekoracje gotowe, a tu telefon z telewizji: "Czy wszystkie materiały i dekoracje mają atest?". Załatwili.

Dużych elementów scenografii czy dekoracji samolotami wozić się nie da. Muszą więc być robione w danym kraju. KTO wysyła zatem dokumentację - opis, zdjęcia, rysunki. Efekty bywają rozmaite. W Kolumbii zamiast kupić do "Ślepców" gotowe łóżka, które są w tym widowisku bardzo istotnym, wielowymiarowym symbolem, dano je zrobić. I niestety, blaty łóżek były o ponad centymetr niższe niż krawędzie. Już po próbie mieli aktorzy kolana w siniakach.

W tejże Kolumbii, wspomina Bartek Cieniawa, byli parę lat wcześniej z przedstawieniem "Quixotage". W dniu, kiedy mieli dać pierwszy, prestiżowy spektakl, m.in. dla oficjeli i sponsorów, cały dzień lało, co wykluczyło próbę; zanosiło się, że spektaklu także nie będzie. - Nagle jednak się rozpogodziło i organizatorzy przekonali nas, byśmy zagrali. W jednej ze scen jako chory Don Kichot dochodzę do swojego, ulokowanego na najwyższy m poziomie specjalnej konstrukcji miejsca i widzę, że nie ma służącego do wspięcia się na górę drążka. Jakoś sobie poradziłem, ale w kolejnej scenie, gdy odwiedzali mnie ksiądz,pielęgniarka i inne postaci widowiska, z trudem wstrzymywałem śmiech - a byłem umierającym Don Kichotem - widząc ich zdumienie z powodu braku tej rurki. A wejść musieli.

A w Korei Południowej - odwrotnie. Zaproszeni zostali z mającym bardzo skomplikowaną dekorację "Zapachem czasu", zatem dyr. Zoń poleciał trzy dni wcześniej, by wszystkiego dopilnować. Do wykonania mieli organizatorzy m.in. sześćset 40-centymetrowych żołnierzyków, poruszających się na niewielkich platformach. - Przyleciałem i słyszę, że mają z tym problem. "Mimo tak dokładnej dokumentacji?" - zdziwiłem się. Dowieziono mnie na miejsce, widzę żołnierzyki stojące na platformach i w tym momencie piękna scenografka zadaje mi pytanie: "Czy oni mają się uśmiechać czy być smutni?". Tego nasze założenia nie precyzowały. Zdecydowałem, że pół na pół. Jedni mieli zatem wąsy do góry, drudzy na dół.

- Trzeba to zajęcie bardzo kochać, inaczej nie dałoby się wytrzymać dłużej niż sezon czy dwa. Przecież nie idą za tym ani sława ani pieniądze. A gra się głównie anonimowo -przyznaje Bartek Cieniawa, znający i smak występów ze złamanym żebrem. Ale i on, i Marta Zoń, i grająca od lat Grażyna Srebrny-Rosanie zamieniliby tego zajęcia na żadne inne.

 -Brawa od tysięcznej widowni znakomicie ocierają pot, wylewany przed spektaklem, w trakcie, jak i po. A i łzy również - nie kryje Marta Zoń.

Wacław Krupiński
Dziennik Polski
8 września 2012
Portrety
Jerzy Zoń

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia