Teatr STU widziany intymnie

Obronił swój teatr, prowadząc go przez 50 lat

Pękata teczka z programami z logo STU uświadamia mi, jak bardzo był to mój teatr. Przez 45 lat. Jak kształtował mój gust, podobnie jak inne sceny działające w ramach tzw. teatru otwartego, którego festiwal odbywał się we Wrocławiu. Kalambur, Teatr 77, Teatr Ósmego Dnia, Scena Plastyczna KUL i wiele innych, goszczących na krakowskich, obleganych tłumnie, Reminiscencjach, to był mój świat teatru alternatywnego; pewnie dlatego nie biorą mnie dziś wybiegi i zabiegi rozmaitych postmodernistów... - pisze Wacław Krupiński w Dzienniku Polskim.

Pożółkłe strony listopadowego numeru z roku 1974 "Magazynu Studenckiego", niegdysiejszej tzw. jednodniówki, choć ukazującej się niemal co miesiąc (to moje dziennikarskie uniwersytety), a w nim tekst "Exodus - widziany intymnie". I podpis: Wacław Krupiński. Czytam po ponad 41 latach i uśmiecham się do tamtych, naiwnych (?) myśli. Cóż, tak odebrałem ów poemat obrzędowy Leszka Aleksandra Moczulskiego. Wywarł na mnie wielkie wrażenie; chyba nawet większe niż wcześniejsze, jakże ważne spektakle STU: "Spadanie" i "Sennik polski".

Tam słowami rozmaitych twórców rozlegał się krzyk tych, dla których przeżyciem pokoleniowym był rok 1968, głos wyrosły na fali kontrkultury lat 60. - u nas wpisanej w wydarzenia Marca '68 i Grudnia '70. "Exodus", choć nadal nie wolny od kontekstu politycznego, wydał mi się spektaklem odwołującym się do jednostki, do wrażliwości każdego z nas, do słów najpierwszych, do prawd podstawowych.

Zresztą w programie do owego misterium sam poeta mówił: "Wydaje mi się, że poezja może w tej chwili wkroczyć na te obszary w ludzkiej psychice, które dawniej wypełniały i zaspokajały: modlitwa, religia, rytuał. (...) I myślę, że taka poezja, którą ja proponuję, poezja wspólnie przeżywana, poezja na granicy śpiewu trafia w tę właśnie próżnię w człowieku, w to właśnie wyrwane miejsce". Do mnie pewnie trafiła w dwójnasób, po cichu kochałem się bowiem w jednej z wykonawczyń, dostrzeżonej wcześniej nie tylko przeze mnie na Studenckim Festiwalu Piosenki, która tu tak pięknie wyśpiewywała nuty Krzysztofa Szwajgiera.

Była to poezja o jasnym przesłaniu: "Nie pozwól nam umilknąć /w milczącej euforii. /Nie zabierz nam myślenia /w kagańcu wiecznej zgody /na wszystkie szwindle świństwa /Nie pozwól nam skamienieć". Przesłaniu uniwersalnym, czytelnym dla wszystkich, którym Historia przydała "garbów", z których "rozwinęły się skrzydła", by znów przywołać tego poetę.

Pewnie dlatego "Exodus" równie mocno odbierany był i poza Polską, także w Mexico City, w sali Auditorio Nacional na 12 tysięcy widzów. Nie rozumieli słów, ale wystarczała metafizyka teatru Krzysztofa Jasińskiego, tworzonych przez niego obrazów.

Pękata teczka z programami z logo STU uświadamia mi, jak bardzo był to mój teatr. Przez 45 lat. Jak kształtował mój gust, podobnie jak inne sceny działające w ramach tzw. teatru otwartego, którego festiwal odbywał się we Wrocławiu. Kalambur, Teatr 77, Teatr Ósmego Dnia, Scena Plastyczna KUL i wiele innych, goszczących na krakowskich, obleganych tłumnie, Reminiscencjach, to był mój świat teatru alternatywnego; pewnie dlatego nie biorą mnie dziś wybiegi i zabiegi rozmaitych postmodernistów...

Nie miał Krzysztof Jasiński łatwo; brnął w rozmaite koleiny, to stawiając się władzy, to w pas się kłaniając - ale wyszedł na swoje. Obronił swój teatr, prowadząc go przez 50 lat. Odmieniał go, otaczał się kolejnymi osobami, by ostatecznie stworzyć wielką, wielopokoleniową "Rodzinę STU". Są w niej wielcy aktorzy, jest dwóch rektorów PWST - Jerzy Trela i Jerzy Stuhr, są wyrośli w STU dyrektorzy teatrów: Włodzimierz Staniewski, Jerzy Zoń, Adolf Weltschek... I jest Krzysztof Jasiński - fenomen na skalę Europy na pewno.

Oczywiście zmienił się i on, i jego teatr. Nie zmieniło się tylko jedno: STU wciąż ma widza i niezmiennie umie go urzec. I gdy czytam, jak Krzysztof mówi, puentując rozmowę, jaką przeprowadził z nim Lew Bogdan, dyrektor Festiwalu w Nancy, którego STU bywał ważnym gościem: "Nie ma bowiem teatru bez dramaturgii, nie ma teatru bez metafizyki, nie ma metafizyki bez słowa. Dzisiaj różnego rodzaju marginesy poprzesuwały się na środek. Trzeba je z powrotem przesunąć na właściwe miejsce, a środkowym traktem powinien kroczyć teatr, który pomaga człowiekowi zrozumieć sens jego istnienia i czyni go lepszym" - to myślę, że on wcale tak daleko nie odszedł od "Spadania", od "Sennika...", od "Exodusu", któremu poświęciłem naiwne (?) zdania sprzed 41 lat. Bo Jasiński wciąż, jak ongiś w swej "Reducie" Osterwa, wierzy, że teatr jest powołaniem.

Wacław Krupiński
Dziennik Polski
22 lutego 2016

Książka tygodnia

Pokusa przebaczenia
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Donna Leon

Trailer tygodnia

700. Krakowski Salon P...
Anna Dymna
W najbliższą niedzielę 23 stycznia, j...