Teatr Studio to wyzwanie

rozmowa z Grzegorzem Bralem

"Chcę odejść od tendencji "poprawiania klasyki" i teatru publicystycznego. Nie zamierzam jednak robić rewolucji teatralnej. Chcę po prostu powrotu do kunsztu aktorstwa, chcę, by w Studio znowu uprawiało się sztukę" - mówi Grzegorz Bral, dyrektor artystyczny warszawskiego Teatru Studio

Był Pan aktorem Ośrodka Praktyk Teatralnych „Gardzienice”, jest założycielem Teatru Pieśń Kozła i jego reżyserem. Odnosi Pan z nim sukcesy na całym świecie, wykłada Pan na uczelniach. Po co więc Panu kierowanie stołecznym teatrem? Nie szkoda Panu wolności?

Myślę, że skończyły się już czasy sztywnego rozdziału na teatr instytucjonalny i alternatywny, awangardowy. Myślę, że teatr, tzw. instytucjonalny zamienił się miejscami z alternatywą i wiele od niej przejął, tylko często nie chce się do tego przyznać. W pewnym sensie przestałem nawet rozumieć już określenie „teatr alternatywny”. Niejednokrotnie, jeśli następował postęp w teatrze, to często była to zasługa teatru alternatywnego. Przykłady, które Pani wymieniła: Gardzienice, Pieśń Kozła, wcześniej Grotowski jeszcze, Kantor - to są teatry alternatywne, które wyznaczają nurty teatru na całym świecie. Trudno, by młodzi reżyserzy nie odnosili się do nich. Zanikła moim zdaniem granica alternatywa-instytucjonalność. Wielość konwencji możliwych obecnie w teatrze powoduje, że podział jest sztuczny. Osobiście nie uważam, abym robił teatr alternatywny. Robi się po prostu teatr dobry lub zły, a ilość wariantów, w którą stronę teatr się rozwija jest tak duża, że znalezienie granicy jest wręcz niemożliwe.

Stanowisko dyrektora artystycznego to wyzwanie, nowe doświadczenie. Chce się Pan wikłać w ten niedobry klimat, w teatr, który stracił w ostatnich latach czytelne oblicze?

Byłbym strasznie zarozumiały, gdybym powiedział, że mogę coś odbudować. To by oznaczało, że można przywrócić świetność czasów Szajny i Grzegorzewskiego. Nieustannie się z kimś porównujemy i nie jestem przekonany, że to zdrowa tendencja. Złożyłem swoją aplikację, by poprowadzić Studio, bo uprawiam teatr autorski i przy odpowiednich warunkach mogę taki teatr uprawiać również tutaj. Użyła Pani dobrego słowa: "uwikłanie". Moje doświadczenia po pół roku pracy pokazują, jak bardzo to miejsce jest skomplikowane i uwikłane. W związku z tym, nie chcę teraz zarozumiale stwierdzać, że będę w stanie stworzyć teatr autorski bardzo szybko. Czy to jest możliwe? Jest. Dla nas obu z Maćkiem Klimczakiem bardzo trudne wyzwanie.

Janusz Majcherek pisał jeszcze przed wskazaniem nowego dyrektora artystycznego Teatru Studio: "Kandydatem nie powinien być nieopierzony młokos, który co miesiąc pyka premierę coraz to innym miejscu w Polsce, ani pieszczoch wpływowych mediów[…]Ani nikt, kto nie widzi w teatrze miejsca dla piękna i metafizyki, czyli tych wartości, o które zasadniczo chodziło patronowi Studia, Witkacemu i jego spadkobiercy Grzegorzewskiemu”. Wysokie wymagania. Spełnia je Pan?

Wydaje mi się czasem, że łatwiej byłoby stworzyć teatr od podstaw: wejść do pustego budynku, wybrać sobie zespół, określić zasady tej zespołowości, dogadać z ludźmi, jak się pracuje i co z tego wynika, aniżeli przekształcać sytuacje zastane i wieloletnie. Janusz Majcherek jest teraz w radzie artystycznej teatru. Korzystam też z doświadczenia innych kolegów: Ewy Bułhak, kierownika literackiego, czy Krzysztofa Majchrzaka, moim zdaniem jednego z najwybitniejszych polskich aktorów.

Dyrektor samodzielnie nie stworzy oblicza teatru i to nie jest tylko kwestia tych kryteriów. Głównym moim problemem jest nadanie wyrazistości teatrowi. Na wyrazistość pracuje się latami. Ludzie, z którymi rozmawiam mówią, że w Warszawie teatr musi się zdecydować, do jakiego widza jest adresowany. By teatr Studio osiągnął taką wyrazistość o jaką nam chodzi, trzeba kilku lat pracy transformującej ten teatr, ten zespół i to miejsce. Jeżeli będę miał czas i zaufanie różnych ludzi, to po kilku latach tę wyrazistość uda się odzyskać.

Studio to historia. Nazwiska takie jak: Szajna, Łomnicki, Grzegorzewski… Ciężko z taką świadomością rozpoczynać, czy też podchodzi Pan do tych nazwisk bez kompleksów?

Oddech za plecami czuje się zawsze, zwłaszcza, gdy w teatrze są aktorzy, którzy mają do tego miejsca znacznie większe prawa niż ja. I dużo większą pamięć tego miejsca niż ja. Oni patrzą na ile nowy dyrektor może się równać z największymi, na ile nie. Duch miejsca może być przeciwko mnie, ale ja, nie zazdroszcząc osiągnięć moim poprzednikom, będę się starał stworzyć teatr autorski.

Grzegorzewski stworzył swój tajemniczy kod porozumienia z widzem. Wyspiański, Gombrowicz, Witkacy, Różewicz, Joyce – to był taki kanon inteligenta. Do tego dochodziły jego osobliwe rozwiązania scenograficzne, cudne rekwizyty, fortepiany, pantografy itp. Pan też stworzy taki autorski język, czytelny dla wybranego widza?


Nie stworzyłem jeszcze w Studio takiego języka. Na zewnątrz tak. Pierwszy rok to rozpoznawanie oczekiwań i uwikłań tego miejsca. Popełniam ogromną ilość błędów; pracowałem w obszarze wolności, a wszedłem w pewien system, który ma ograniczenia. Pytanie, jak długo będę miał pozwolenie na błędy, bo pomimo ich, buduję pewien projekt, który ma szansę zacząć działać za 2-3 lata. Przez pół roku szukałem, rozmawiałem, teraz zaczynam sezon teatralny. By doprowadzić do modelu, który ja chcę stworzyć ,trzeba czasu. By zaprosić tych, których chciałbym tu widzieć - trzeba czasu. Wie Pani, ja mam niedosyt dobrego aktorstwa, niedosyt wirtuozerii.

Czy w takim teatrze będzie miejsce na doświadczenia z Gardzienic czy z Teatru Pieśń Kozła?

Stoję przed dylematem: chcę mieć wysoką sztukę, a jednocześnie mam presję iluś premier w sezonie. Reżyserzy tworzący repertuar są bardzo różni. By wygenerować jeden dobry spektakl, trzeba przejść w życiu osobistym i zawodowym pewną transformację, trzeba przejść przez ból i upadki, przez setki pytań, na które nie ma od razu odpowiedzi. Stworzenie sytuacji, która da teatrowi pięć dobrych premier w sezonie, to bardzo złożony problem. Przecież wiem, że na teatr idą pieniądze publiczne, a aktor przychodzi do teatru grać w spektaklu, a nie uczestniczyć w wieloletnich projektach. Chciałbym znaleźć równowagę między wymogami teatru publicznego a autorskiego.

Redbad Klynstra pokazał mi ostatnio taki graficzny obraz sytuacji, która nas dotyka. Triada: Dobrze-Tanio-Szybko niestety nie współgra. Pojawiają się wykluczenia: dobrze i tanio to nie szybko, tanio i szybko – to nie dobrze, szybko i dobrze – to z kolei nie tanio. To jest raczej trójkąt oczekiwań, niż możliwości. Szukanie modelu dla Studia to nie jest tylko kwestia repertuaru, ale i reżyserów. Ważna jest nie liczba premier, ale formuła, na którą nikt inny prócz Studia nie mógłby sobie pozwolić.

Sprowadza Pan na scenę Studia "Macbetha" z Teatru Pieśń Kozła. Myśli Pan, że da się uwieść publiczność Studia elementami teatru poetyckiego, muzycznością, symboliką?

„Macbeth” ma pokazać do czego dążymy. Ma być takim punktem odniesienia. Nie ma powiedzieć, że to jedyny od teraz obowiązujący język teatru. Ten spektakl to pewna propozycja, może jakiś, powiedzmy „nowoczesny” klucz do Szekspira, do teatru emocji.

Lubi Pan Szekspira?

Szekspira uwielbiam. Za charyzmat słowa, za niebywałą energię i siłę jego poezji. Dotykał słowami najbardziej subtelnych ludzkich uczuć, uprawiał muzykę poezji. Chciałbym umieć tak dosadnie konstruować spektakl, jak on konstruował dramat.

Patrzę na repertuar na nowy sezon. Widzę Szekspira, jest też „Przed odejściem w stan spoczynku”, jest „Księżna d’Amalfi, kilka tytułów z poprzedniego sezonu. Czy to ten właściwy kierunek?

Razem z Maćkiem Klimczakiem, Ewą Bułhak, Krzysztofem Majchrzakiem i Januszem Majcherkiem chcemy przywrócić do Studia wysoki repertuar dramatyczny. Chcemy odejść od tendencji „poprawiania klasyki”, teatru publicystycznego! Nie zamierzamy robić jednak rewolucji teatralnej. Chcę po prostu powrotu do kunsztu aktorstwa. W teatrze zawodowym wystawia się ostatnio spektakle, a nie uprawia sztukę. A ja chcę, by w Studio znowu studiowało się teatr.

Ciekawie zapowiada się projekt umownie nazwany „Trzy plus trzy”, do którego ma być zaproszonych sześcioro reżyserów.

Ten projekt to pewien sposób otwarcia się na młodych bardzo reżyserów, na tzw. „młode talenty”. Chciałbym, aby kilka osób wybrało jakiś problem, przykładowo, z „Braci Karamazow” lub „Fausta” i stworzyli półgodzinne etiudy. Z tego może wynikać bardzo cenna wiedza o wyobraźni młodych reżyserów. Mam nadzieję, powstanie kilka odmiennych obrazów, które potem zostaną pokazane w wieczorze teatralnym.

Jean Cocteau mówił, że są trzy rodzaje reżyserów: mądrzy, pomysłowi i większość… A Pan, do której grupy się zalicza?

Do konsekwentnych (śmiech – przyp. red.)

Lidia Raś
Wiadomości 24
24 marca 2011
Portrety
Grzegorz Bral

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia