Teatr tego nie dźwiga

"Versus" - reż. Jędrzej Piaskowski - Teatr Nowy w Poznaniu

Rodrigo Garcia nie ma w Polsce najlepszej prasy. Jego nazwisko w czerwcu zeszłego roku stało się synonimem walki z cenzurą w teatrze - po tym, gdy organizatorzy Malta Festival, pod naciskiem głównie prawicowych mediów i władz miasta Poznania, odwołali prezentację "Golgoty Picnic", w całym kraju naprędce organizowano pokazy zapisu tego spektaklu i czytania performatywne, równie burzliwie oprotestowywane. Nie chcę tutaj prowadzić rozważań, czy "Golgota Picnic" jest spektaklem faktycznie kontrowersyjnym; najistotniejszy jest fakt, że do Garcii trwale przylgnęła łatka odważnego i skandalisty. Do tej etykietki odnieść chciał się poznański Teatr Nowy, promując premierę przedstawienia "Versus" w reżyserii młodego Jędrzeja Piaskowskiego.

Skoro rzecz jest o rodzinie, oczywiście destrukcyjnej i zdekonstruowanej, na scenie musimy koniecznie widzieć mieszkanie. Takie przeciętne - z kanapą, stołem, kolekcją roślinek doniczkowych hodowanych namiętnie przez syna. W tej przestrzeni miota się potomek (Nikodem Kasprowicz), matka (Antonina Choroszy) i ojciec (Paweł Hadyna). Ojciec wraca do domu po latach, jak z wygnania - jest obcy, chory, porusza się na wózku. Jego kalectwo fizyczne idzie w parze z emocjonalnym, bo jest zimny, nawet w gestach pozornej czułości, gdy składa z synem łódki z papieru. Matka natomiast, także wyobcowana i jakby nieobecna, to osoba zdecydowanie przepracowana, samotna, niekochana. W jednej scenie kopuluje z manekinem, zaraz potem zajmuje się wyłącznie produktami spożywczymi, jakby jej świat to były tylko domowe sprawy. Pojawienie się ojca, jako dobrego wspomnienia i demona z przeszłości w jednym, wytrąca ją z równowagi - zupełnie na przekór spokojnym tonom muzyki klasycznej, dobywającej się z głośników.

Syn zaś, zawieszony między relacją z matką, która przypomina momentami nieco robota, a ojcem, wynurzającym się co i rusz z odmętów wspomnień, jest narratorem tego przedstawienia. Piaskowski przyjmuje, że to centralna postać, najbardziej tragiczna - nie jest wszak winien emocjonalnej krzywdzie, którą zafundowali mu jego rodzice. Kasprowicz ma więc mikrofon, który potęguje jego głos, sprawiając, że ten jest jakby bardziej osobisty. Aktor mikrofon traktuje jak psa, cmokając nań i szarpiąc smycz, jednocześnie ów mikrofon jest jego symbolicznym więzieniem.

A jednak obraz tej zdewastowanej rodziny jest rozwleczony, niespójny, nierówny.Całość rozwija się naprawdę powoli, obraz jest szczątkowy, tak jak szczątkowe są relacje rodzinne.

Dwie sceny spektaklu podkreślają jednak przekaz. Pierwsza - gdy ojciec z synem bawią się w składanie papierowych łódeczek. Niewinna zabawa przeradza się w gwałt, na muzykę fortepianową nakłada się ogłuszające techno - scena, wydawałoby się, trwa w nieskończoność, a przez cały czas Kasprowicz, zawieszony w niedwuznacznej pozycji z ojcem, szepcze do mikrofonu... Drugi raz, gdy Antonina Choroszy zupełnie wychodzi z roli, sięga po tekst, czyta, ale przerywa sama sobie bardzo osobistą konfesją na temat roli społecznej teatru i tego, czy sztuka może zbawić świat. Aktorka konkluduje,że chyba nie, "teatr tego nie dźwiga" - powiada.Dodaje, że taki bezmiar tragedii pokazać można tylko w filmie dokumentalnym, że sztuka bazująca na fikcji nie poradzi sobie z tym wyzwaniem. W jej beznamiętności, rezygnacji, jest coś szalenie przekonującego - wypowiada bowiem te zdania-impresje z prób jako manifest nie tylko swój, nie tylko reżysera (który wszak wyraził zgodę na dodanie tego do scenariusza), ale w ogóle aktorów, nie do końca wierzących w siłę sprawczą tego, co robią. Dlatego też najpewniej w którejś z wcześniejszych scen oglądamy urywki wiadomości, jakieś płonące ciała, terroryzm, nieszczęścia.

"Versus" jest więc widowiskiem bardzo nierównym, niejednoznacznym, nieoczywistym, podobnie jak nieoczywiste są relacje międzyludzkie. Dużo tu niedopowiedzeń, dużo rezygnacji i pewnego smutku. Po spektaklu widz ma uczucie zmęczenia, zbombardowania nadmiarem negatywnych emocji. "Versus" budzi pewien dyskomfort, pomimo że nie ma w nim żadnej diagnozy, żadnej tezy, żadnej moralnej wyższości. Takie spektakle są właśnie najtrudniejsze i może przez to najbardziej potrzebne.

Ewelina Szczepanik
Teatr dla Was
30 października 2015

Książka tygodnia

Aktorki. Odkrycia
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia