Teatr to nie rozrywka dla każdego

rozmowa z Andrzejem Zielińskim

Przed premierą "Ludzi i aniołów" Wiktora Szenderowicza w warszawskim Współczesnym odtwórca głównej roli Andrzej Zieliński opowiada nam nie tylko o swoim bohaterze. Mówi też, dlaczego nieczęsto grywa w filmach i że nie wierzy w kompetencje warszawskiej krytyki teatralnej.

Agnieszka Michalak: Jest pan aktorem Teatru Współczesnego w Warszawie. Mówi się, że to teatr gatunków. Jak pan by go zdefiniował?
Andrzej Zieliński: Słyszałem też inne określenie - teatr mieszczański. Niestety, tzw. środowisko opiniotwórcze mamy, jakie mamy. Często w mediach piszą ludzie, którzy, jak się wydaje, przynależą do takiej czy innej kanapy, jednego czy drugiego teatru. To mnie irytuje. Nie ma w Warszawie wiarygodnej krytyki.

Dlaczego pan tak uważa?
Pojawiają się dwie skrajne recenzje na temat tej samej sztuki. I jeden autor rozkłada czerwony dywan przed reżyserem, a drugi twierdzi, że czegoś tak koszmarnego jeszcze w życiu nie widział. Zatem gdzie jest profesjonalizm? Rozumiem, że coś komuś może się podobać, a coś nie.

To od czego jest krytyk?
Na pewno nie od tego, żeby mu się coś podobało albo nie. Krytyk ma analizować przedstawienie i poszczególne role. W recenzji nie może tych elementów zabraknąć. I krytycy ukuli określenie, które w moim odczuciu ma pejoratywny oddźwięk, że Teatr Współczesny to teatr mieszczański – cokolwiek miałby to znaczyć. Rozumiem, że jeśli dziś coś jest zrobione z głową, to jest mieszczańskie? Proszę bardzo, mogę uczestniczyć w teatrze mieszczańskim. Taki teatr mnie interesuje.

Czyli jaki?
Jeżeli ktoś zabrania widzowi albo aktorowi myśleć, tylko każe wyłącznie czuć, to źle. Bo uważam, że człowiek ma obowiązek używać głowy. Guzik mnie obchodzi, czy jakiś aktor coś przeżywa na scenie, czy nie. Widz ma to robić. Wszystkie pojęcia się pomieszały. Teatr mieszczański, tradycyjny, awangardowy… Teatr to nie jest film. To nie jest rozrywka dla każdego. Irytuje mnie to, że jeśli dziś reżyserzy nie mogą robić filmów, to robią filmy w teatrze, które polegają na zlepku obrazów. Pięknych często, tylko nie o to chodzi. Teatr powinien operować symboliką i pobudzać wyobraźnię. To jest tak jak ze składaniem klocków. Kiedyś były tylko drewniane i dzieci w wyobraźni układały z nich domy, ulice. Potem przyszły lego, a teraz są już gotowe domy i ulice. I gdzie jest miejsce na wyobraźnię?

Czyli przenosząc film do teatru, gubi się wyobraźnię?
Nie zawsze. Ale jeśli ktoś na scenie, za przeproszeniem, onanizuje się, i twierdzi, że to jest takie prawdziwe, to ja się z tym nie zgadzam. Ponieważ uważam, że nie od tego jest teatr.

Eksperymenty zatem pana nie interesują?
Eksperymenty są jak najbardziej wskazane. Gorzej gdy ktoś próbuje mi wmówić, że to jedyna słuszna droga. Tego typu eksperymentów widziałem mnóstwo. Czasem wynika z nich coś wspaniałego. Była już przecież Balladyna na hondach i podobne historie. To nic nowego. Chętnie w eksperymencie wezmę udział, jeśli będzie miał jakikolwiek sens. Forma ma pomóc wydobyć z tekstu to, czego „tradycyjnymi” środkami się nie da. Stawiam duży znak zapytania, czy wszystkie współczesne przedstawienia, które mają być prawdziwe, brutalne, to jeszcze jest teatr. Wracając do krytyki, która często takie działania promuje: czy ktoś rozlicza np. teatr z sezonu?

Oczywiście.
Nieprawda. Pisze się tylko, czy sezon dla danego teatru był udany, czy nie. Nikt nie wspomni, ilu ludzi przyszło na przedstawienia. Przecież teatr robi się m.in. za pieniądze podatników. Jeżeli się nie mylę, pomijając Teatr Kwadrat i Teatr Polonia, gdzie grane są wyłącznie mało obsadowe przedstawienia, Współczesny jest jedynym teatrem, który na siebie zarabia - wpływy z biletów pokrywają utrzymanie teatru, czyli gaże, pracownie, dekoracje itd. A mamy przy tym najniższy wzrost dotacji od 2004 roku, co przypomina mi trochę okres błędów i wypaczeń, kiedy myślało się tak: ci, co sobie dają radę, i tak sobie poradzą. A tym, którzy sobie nie dają rady, trzeba pomóc. Nigdy tego nie rozumiałem. Teatr repertuarowy musi również robić przedstawienia, które zarobią na inne, stanowiące tzw. ryzyko artystyczne. Są oczywiście teatry, które zajmują się wyłącznie ryzykiem artystycznym, a dzięki krytyce pojęcie klapy u nich nie występuje. Nikt nie pyta: jak teatr się rozlicza z pieniędzy? Proszę mi pokazać teatr, który, poza Narodowym, robi co sezon czy dwa sztuki na 35 osób. To jest bardzo poważny wydatek. Nikt tego nie napisze, bo to jest niewygodnie i nie po linii.

Ale i Teatr Współczesny był do niedawna zamknięty na nowych aktorów. Miał swoją publiczność, która przychodziła oglądać swoich ulubieńców.
Bo ilu ludzi można mieć na etacie? W ciągu ostatnich dwóch sezonów zostali zatrudnieni Kasia Dąbrowska, Agnieszka Judycka, Magda Nieć, Wojtek Żołądkowicz, Mateusz Grydlik, Paweł Ciołkosz - czy to mało? W „To idzie młodość” występują bardzo młodzi ludzie, połowa dopiero została przyjęta do teatru.

Współczesny otwiera się na młodych aktorów.
Tak, i bardzo dobrze. Oni są bardzo spragnieni pracy. Mam jednak chwilami wrażenie, jakby szkoły przestały uczyć pracy nad rolą, tylko zajmowały się konkursem egzaminów. Nie sztuką jest przez pół roku wyćwiczyć kogoś do egzaminu, ale nie na tym pobyt w szkole polega. Młody człowiek potem idzie do teatru i musi sam pracować, bo nikt nie będzie mu udzielał prywatnych korepetycji – nie ma czasu. Wielu młodych ludzi ma poważne problemy z logicznym mówieniem tekstu, z puentowaniem zdań. A to są podstawowe umiejętności. Oczywiście zdarzają się obdarzeni naturalnym talentem, ale to jednostki.

Oglądając „Moulin Noir”, ma się zupełnie odwrotne wrażenie.
Tak, to doskonały spektakl. Tylko co innego śpiewać, a co innego grać na scenie. Do śpiewania potrzebny jest głos i dobra muzyka. Oczywiście, to wspaniała umiejętność, której na przykład ja nie posiadam, przez co jestem uboższy. Lubię muzykę, ale sam nie mogę jej dać widzom. Przecież w filmie czy serialu, gdzie młodzi często zaczynają, nikt nie mówi ciągiem więcej niż dwóch, trzech zdań. A w teatrze trzeba powiedzieć monolog tak, żeby widza nie zanudzić.

Pan rzadko występuje w filmach, jest pan przede wszystkim aktorem teatralnym.
Według mnie taka kategoria nie istnieje. Nie mam oszałamiających propozycji filmowych. Wszystkie, które dostaję, dotyczą przede wszystkim seriali. W jednym już gram, więc na razie wystarczy. Jeśli dostanę ciekawą propozycję innego, na pewno ją rozważę. A filmów i seriali o tancerzach mam dosyć. Chcę też mieć odrobinę czasu na normalne życie, na przeczytanie książki czy wyjście z psem. I chcę zająć się porządnie rolami w teatrze. Aktor to nie jest łatwy zawód. Zresztą gdy ktoś mnie pyta, mówię, że jestem komediantem. Bo dziś wszyscy są aktorami. Ktoś wystąpi w reklamie musztardy i w życiorysie ma wpisane: aktor. Pani Cichopek i inni – to wszystko aktorzy, jakby ktoś nie wiedział. A jak damy ich do teatru…

Niemodne podejście.
Ale zdrowe, przynajmniej dla mnie. Każdy sam ustala własną drogę. Kiedy dostałem godną uwagi propozycję z serialu „Odwróceni”, po prostu ją przyjąłem. I uważam, że efekt był całkiem niezły. Dostałem jeszcze ciekawą ofertę filmową, ale niestety nie mogłem zgrać terminów. W tej chwili każdy serial to 12, 13 scen dziennie, co przypomina wytwórnię gwoździ. Wszyscy chcą robić jak najtaniej i jak najszybciej, nie rozumiejąc, że działają przeciwko sobie.

Ale pan ciągle gra w serialu.
Gdyby mi to źle robiło na szkliwo, to bym w nim nie występował. Realizujemy go od kilku lat i staramy się robić go jak najlepiej. Jest grono ludzi, z którymi spotykamy się już od dawna, rozumiemy się i dosyć sprawnie to idzie.

Wkrótce premiera w Teatrze Współczesnym „Ludzi i aniołów”.
Wiktor Szenderowicz jest znienawidzony przez Władimira Putina. A jeśli tam władza ma z kimś problem, to ten ktoś ma jeszcze większy problem. A jego sztuka jest bardzo ciekawa i przy okazji zabawna.

Ale chyba za śmiechem kryje się więcej?
Kontekst sytuacji, w jakiej zostaje postawiony jeden z bohaterów – Paszkin Sławka Orzechowskiego, jest rzeczywiście bardzo śmieszny, ale kiedy się głębiej zastanowić, to uśmiech szybko więdnie.

Gra pan anioła.
„Niejakiego Stroncyłowa”. Mój anioł nie jest do końca zgodny z naszym wyobrażeniem aniołów. On uważa, że jest dobry. Jest ideowcem. A kiedy ideowcom daje się trochę władzy, to zaczynają się schody. Okazuje się, że to, z czym przyszedł do Paszkina, nie jest tym, o czym mówił na początku. Ma do załatwienia własny interes. Twierdzi, że nienawidzi ludzkości. Ale kto wie, czy sam nie jest gorszy.

Chyba nie da się porównać tej roli do pana poprzednich we Współczesnym?
Na szczęście nie. W moim teatrze jestem obsadzany w bardzo różnych rolach. Prowokuje mnie to cały czas do szukania i sprawia, że się nie nudzę w teatrze. 

Andrzej Zieliński (ur. 14 października 1962 w Tarnowie) – polski aktor.
W 1986 ukończył Wydział Aktorski Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Był aktorem: Teatru im. Julisza Słowackiego w Krakowie, Teatru Ateneum w Warszawie oraz Teatru Współczesnego (od 2001).

Agnieszka Michalak
Dziennik
30 marca 2009

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia