Teatr w teatrze, czyli opera inna niż wszystkie

"Viva la Mamma" - reż. Roberto Skolmowski - Teatr Wielki w Łodzi

„Viva la mamma! Le convenienze ed inconvenienze teatrali" to buffa w dwóch aktach autorstwa Gaetano Donizettiego (1797-1848), która po raz pierwszy została wystawiona 20 kwietnia 1831 r. w Teatro Canobbiana w Mediolanie. Libretto napisał sam Donizetti na podstawie dwóch jednoaktówkach „Le convenienze teatrali" i „Le incovenienze teatrali" Antonia Simona Sografiego. W Teatrze Wielkim w Łodzi mieliśmy okazję obejrzeć „Viva la mamma!" w reżyserii Roberto Skolmowskiego. Premiera spektaklu odbyła się 23 listopada.

Z niecierpliwością czekałam na pokaz „Viva la mamma!" w Teatrze Wielkim w dogodnym dla mnie terminie, ponieważ spodziewałam się niezwykłego widowiska. I nie zawiodłam się – staraniem artystów i realizatorów powstał spektakl daleko wybiegający poza typowe myślenie o dziele operowym, pełen niespodzianek i ciekawych rozwiązań scenicznych. Już na wstępie realizatorzy przenoszą nas w nie tak odległą przyszłość, bo w 2040 rok do Łodzi a konkretnie do Teatru Wielkiego, gdzie zostają odnalezione trumny – sarkofagi z uśpionymi solistami teatru. Odkrycia dokonują – jak się później okazuje - postaci zapożyczone z innej opery Donizettiego „Napój miłosny", która była wystawiona kilkadziesiąt lat wcześniej w Teatrze Wielkim także w reżyserii Roberto Skolmowskiego. Postaci budzą się i kontynuują próbę - akcja buffy rozgrywa się podczas próby opery Romulus i Hersilia w teatrze w Rimini - zupełnie tak, jakby jej nigdy nie przerwali. Przeżywają problemy typowe dla każdej realizacji teatralnej: podglądamy fochy i rywalizację, zazdrość, romantyczne miłostki, ale i... brak funduszy, sporo niepewności a nawet całkiem aktualny problem tożsamości płciowej. To wszystko jest okraszone dużą dawką subtelnego humoru sytuacyjnego i słownego.

Reżyser inteligentnie i z wielkim wyczuciem smaku opowiedział historię, którą ulokował na granicy snu i jawy, fantazji i całkiem realnych sytuacji, czyniąc z dzieła Donizettiego spektakl operowy będący muzyczną baśnią. Przede wszystkim jednak zwróciła uwagę nietypowa rola artystów Teatru Wielkiego, którzy poza tym, że jako soliści śpiewali swoje partie to byli przede wszystkim aktorami komediowymi. Zapewne wprowadziło to widzów przyzwyczajonych do tradycyjnego myślenia o operze w stan pewnego rodzaju niepewności czy nawet zaskoczenia.

Partie śpiewane przeplatane były z kwestiami mówionymi, co już może wydawać się dziwne, jeżeli weźmiemy pod uwagę to, iż oglądaliśmy operę. Ale soliści świetnie poradzili się z odmiennym podejściem do dzieła muzycznego, które po prostu zostało udramatyzowane. Mogli nie tylko zaśpiewać, ale także ZAGRAĆ wykazując się dużym talentem aktorskim. Reżyser postawił przed nimi bardzo trudne zadanie, być może – gdyby chodziło o inny zespół – nawet niewykonalne. Wyśpiewać pełnym głosem libretto przy jednoczesnym intensywnym ruchu scenicznym, będąc dodatkowo w centrum „zamieszania" typowego dla prób teatralnych – to duże osiągnięcie i soliści cudownie sobie z tym zadaniem poradzili. Fantastyczna Joanna Woś zaśpiewała doskonale nawet wtedy, kiedy wisiała kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią obwiązana łańcuchami czy podrzucając placki. Piotr Miciński z obfitym biustem i sporymi pośladkami śpiewając raz basem raz falsetem także stworzył postać, która na pewno zostanie przez publiczność zapamiętana.

Ciekawym efektem reżyserii Skolmowskiego było to, że w zasadzie nikt z artystów nie został specjalnie wyróżniony, żaden z nich nie był tym najważniejszy poza oczywiście główną bohaterką, czyli mamą Agatą. Może tak właśnie jest w teatrach, że to za kulisami rozgrywają się sytuacje, które mają na celu odsunięcie niektórych aktorów na dalszy plan a innych na pierwszy a wszyscy sa po prostu dobrzy? – przecież oglądaliśmy sytuacje zakulisowe.

Na scenie działo się bardzo wiele – jak to podczas prób – pozorny chaos był jednak kontrolowany, nic nie działo się bez przyczyny a to, co publiczność siedząca na widowni mogła zauważyć na drugim czy trzecim planie sceny znajdowało swój ciąg dalszy w kolejnych minutach pokazu jako główny element akcji. Oczywiście ten zabieg reżyserski zapewne nie ułatwiał percepcji spektaklu niektórym widzom, którzy musieli z uwagą śledzić różne plany sceny jednocześnie. Podzielność uwagi była tu kluczem do zrozumienia tego, co działo się na scenie a spektakl był iście bajkowy. Akcja ze swoją wielością wątków, odniesień i sugestii rozgrywała się w przepięknej, monumentalnej scenografii Zuzanny Markiewicz. Poszczególne elementy dekoracji zostały wykonane z niezwykłą starannością i dbałością o szczegóły – o to zadbali pracownicy techniczni Teatru Wielkiego, którym należą się wielkie brawa za wykonanie tak wspaniałej pracy.

Występ orkiestry pod batutą Marty Kosielskiej także był przedni, aczkolwiek można było czasem odnieść wrażenie, że nieco ciężki w brzmieniu. W mojej ocenie wiązało się to z tym, że występ orkiestry był przerywany momentami dramaturgicznymi. Orkiestra częściowo wysunięta z fosy współuczestniczyła wraz z maestrą w akcji nawiązując wyraźny dialog z solistami a maestra czasem zwracała się także ku publiczności. Zresztą przestrzeń sceny Roberto Skolmowski potraktował bardzo umownie. Akcja przenosiła się także do fosy orkiestry i na widownię, co zaskakiwało a jednocześnie było pozytywnie ekscytujące. Latające nad moją głową – dosłownie! - podpieczone placki pszenne zaskoczyły i rozbawiły a fakt, że tuż obok toczy się akcja spektaklu – dodatkowo zmobilizował. Zresztą siedząc na widowni w pobliżu sceny można było odnieść wrażenie współuczestniczenia w tym, co się na niej dzieje nieomal fizycznie. Zatem Skolmowskiemu udało się coś niewiarygodnego w przypadku wystawienia opery a mianowicie zaangażowanie przynajmniej części publiczności jako statystów. I mnie to się bardzo spodobało, dlatego, że reżyser zerwał z typowością spektaklu operowego, który często odczłowiecza aktora czyniąc z niego półboga, niedostępnego dla przeciętnego obserwatora. Tymczasem zgodnie z intencją Donizettiego i w sposób zupełnie niesztampowy przedstawił świat zza teatralnych kulis, całkiem zwyczajny i gwiazdy nie pozbawione ludzkich przywar. Tak właśnie! Straszna rzecz się wydarzyła: okazało się, że śpiewak operowy to także zwyczajny człowiek.

Oczywiście osoby, które bardziej od dobrego teatru lubią dobrze zagraną operę mogą odczuwać pewien niedosyt, ale nie dlatego, że było źle, ale dlatego, że tym razem było INACZEJ. Soliści nie byli statyczni – wprost przeciwnie - ich głos musiał w tej sytuacji po prostu zabrzmieć w inny sposób, ale zabrzmiał pięknie. Joanna Woś jako Corilla zachwyciła i głosem, i urodą, i talentem komediowym, Piotr Miciński generalnie dał popis umiejętności wokalnych i aktorskich a pozostali – Arkadiusz Anyszka, Aleksandra Wiwała, Agnieszka Makówka, Dawid Kwieciński, Przemysław Rezner, Robert Ulatowski i Rafał Pikała – nie ustępowali mu na krok. I chociaż dostali role mniej eksponowane czy aktywne scenicznie, to przecież udało im się przedstawić grane postaci w sposób niebanalny i wyrazisty. Szczególnie spodobał mi się Anyszka w roli Stefano, męża Corilli i Ulatowski w roli Poety. I to nie oznacza, że pozostali nie podobali mi się, bo cały zespół zagrał doskonale! Beata Brożek-Grabarczyk (Colombina), Krzysztof Pabjańczyk (Arlekino), Adam Grabarczyk (Dottore), Tomasz Jagodziński (Capitano) i Jan Łukasiewicz (Pulcinella!) także znakomicie odegrali swoje role. Można było do woli zachwycać się ich grą, bo nic poza tym, co działo się na scenie nie absorbowało widzów. Mam tu na myśli brak napisów z tłumaczeniem libretta, co oceniam jako świetny pomysł. Mnie napisy po prostu przeszkadzają, bo odwracają uwagę od solistów i choreografii.

„Viva la mamma!" bardzo mi się podobała a Skolmowski jako reżyser i twórca zaimponował mi swoją fantazją i podejściem do artystów, z którymi pracował przy realizacji opery. Zachwycił mnie także swoją wyjątkową wrażliwością i odwagą pokazania Donizettiego w inny, niespotykany dotąd sposób. Wyreżyserował na scenie Teatru Wielkiego bajkowy świat, w którym czas mija niepostrzeżenie i właściwie wcale nie chce się go opuszczać.

To niezwykłe. Teatr w teatrze.

Agnieszka Kowarska
Dziennik Teatralny Łódź
24 grudnia 2019

Książka tygodnia

Bauhaus - nauczanie/nowy człowiek
Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego
red. Małgorzata Leyko

Trailer tygodnia