Teatr za miliony pod ostrzałem

Rozmowa z Januszem Szydłowskim

Janusz Szydłowski, dyrektor Variete o swoich planach, pieniądzach i atakach, które nazywa stronniczymi i nierzetelnymi. - "Przecież ten teatr dopiero zaczyna. I jest oczywiste, że na początku musi się więcej zainwestować". "Legalna blondynka" kosztowała 1,5 mln zł.

Wacław Krupiński: Skąd ta awantura o 450 tys. zł, które teatr ma otrzymać na premierę spektaklu "Przerażony na śmierć"?

- Janusz Szydłowski: Powiem wprost: z niekompetencji wielu radnych, którzy wypowiadają się nie mając pojęcia, o czym mówią. Bo to nie teatr wyciąga dodatkowe pieniądze, ale odzyskuje połowę z tego, co oddał w roku minionym do kasy miasta. A oddał wtedy 950 tys. zł dotacji podmiotowej, czyli na działalność artystyczną. Nie mogliśmy tych środków wykorzystać, gdyż teatr, z powodu siedmiomiesięcznego opóźnienia, nie został oddany. Pieniądze te zostały wówczas przeznaczone przez miasto na dokończenie inwestycji - na wyposażenie łazienek, zakup mebli, scenotechnikę.
Teraz wystąpiliśmy o pieniądze, by zgodnie z ich pierwotnym przeznaczeniem posłużyły do produkcji spektakli. Mamy je otrzymać w dwóch transzach; druga w roku przyszłym.

Czyli radni mówią prawdę, że pieniądze na premiery wydał Pan na inwestycję, a teraz chce Pan znowu?

- Pieniądze oddaliśmy miastu, a to, że chciało ono dokończyć inwestycję to chyba normalne. Czy miała stać rozgrzebana, mimo wydania tylu pieniędzy, nie mówiąc o moich 13 latach morderczych wysiłków, by ten teatr powstał?

Ile już kosztował?

'- 21,6 mln to koszty inwestycji, które poniósł Wydział Inwestycji Urzędu Miasta. Do tego dochodzi dotacja podmiotowa na działalność statutową na rok 2014 r. w wysokości 2 mln. To z niej zwróciliśmy do budżetu miasta 950 tys. zł. Na rok 2015 została nam przyznana dotacja podmiotowa w wysokości 2,9 mln.

I do tego teraz te zaległe 450 tysięcy?

- To kwota, którą odzyskujemy.

Variete od początku ma wielu przeciwników, utrzymujących, że tego typu teatr powinien być prywatny i utrzymywać się bez dotacji.

- To czemu Teatr Rozrywki w Chorzowie ma 10 mln dotacji, a warszawski Teatr Roma dostaje 8,5 mln? A głosy przeciwko teatrowi muzycznemu w mieście takim jak Kraków uważam za skandal. Bo nie chcę tego nazywać ostrzej.

Teatr muzyczny bez orkiestronu.

- Bryły budynku powiększyć nie można było. Ani tym bardziej zburzyć. A cały remont wykonywany był jak najmniejszym kosztem. Ale muzycy na pewno w kolejnych spektaklach będą się pojawiać. Niestety, ze sceną niczego więcej zrobić się nie dało. I tak została pogłębiona.

Da się prowadzić teatr muzyczny przy tak małej scenie?

- Tak, dowiódł tego musical "Legalna blondynka". W przyszłości chcę wystawiać musicale o mniejszej obsadzie. A są takie; dwa- trzy już mam na oku. Bo "Nędzników", z ich inscenizacyjnym rozmachem, tu nie wystawimy. Ale i tak w planach mam repertuar na dwa-trzy lata.

Jaka jest Pańska wizja tego teatru?

- Variete, czyli wszystko, co jest rozrywką, ale głównie na bazie muzyki.

A przed nami "Przerażony na śmierć", spektakl wcale nie muzyczny.

- Chcę pokazać i dreszczowiec, gatunek bardzo popularny na West Endzie; i dlatego przygotuje go reżyser stamtąd, Ron Aldridge, zarazem autor scenariusza. To będzie znowu polska prapremiera. Jak "Legalna blondynka".

Część radnych pyta: sztuka 5-osobowa, czemu zatem ma kosztować 450 tysięcy?

- Bo to nie jest tania produkcja, także z uwagi na prawa autorskie, ale to ja odpowiadam za wydawanie pieniędzy. A radni niech oceniają poziom spektakli. Poza tym, czy ja mówiłem, że cała ta kwota ma być przeznaczona na tę premierę? Muszę już myśleć o kolejnych, byśmy szybko mieli cztery-pięć pozycji na afiszu. Przecież ten teatr dopiero zaczyna działalność. I jest oczywiste, acz nie dla wszystkich, że na początku musi się więcej zainwestować.

To może zbyt wiele pieniędzy pochłonęło wystawienie "Legalnej blondynki". Ile kosztowało?

- Droga była - półtora miliona.

To ile trzeba ją grać, by zarobiła na siebie?

- Jakieś półtora roku. Już w ciągu 15 spektakli dała 550 tys. przychodu. Spektakle wrześniowe już się niemal sprzedały. Ludzie przyjeżdżają z innych miast... A nie możemy wystawiać jej częściej, bo obie aktorki grające tytułowe role nie mają wolnych terminów. I tak już dołożyliśmy dwa spektakle. Do grudnia zagramy ich łącznie około 40.

Liczyłem, że Variete będzie także miejscem polskich prapremier, że na przykład pojawi się tu rodzimy musical, jak ongiś w Teatrze STU "Pan Twardowski" - Janusza Grzywacza i Włodzimierza Jasińskiego. A twórców w Krakowie nie brakuje.

- To niech mi przyniosą świetną propozycję. Jak się pojawi genialny pomysł, sam będę szukał pieniędzy na jego wystawienie.

Bo dotacja to za mało?

- Chciałbym mieć minimum 3,5 miliona. Zwłaszcza w tym pierwszym okresie.

Myśli Pan, że Variete kiedykolwiek stanie się sceną komercyjną, która utrzyma się sama, bez dotacji?

- Jeśli znajdziemy sponsorów, jeśli teatr będzie oblegany... Ale pewnie jakaś, choćby na utrzymanie obiektu, będzie niezbędna. Teatr muzyczny jest zdecydowanie droższy od dramatycznego.

Ile daje Pan sobie lat, by przekonać oponentów do idei Teatru Variete?

- Ten teatr ledwo powstał; muszą minąć choćby dwa lata, byśmy mieli w repertuarze kilka spektakli, byśmy normalnie funkcjonowali. Na razie głównie jestem atakowany i to przez ignorantów - radnych, jak i dziennikarzy, którzy piszą o teatrze nie odróżniając magazynów dekoracji od tzw. kieszeni sceny.

A co z Nocnym Variete? Miała być wielka rewia paryska, ostatecznie pojawiły się cztery spektakle w lipcu i tyle. Panie już nie powrócą.

- To był taki marketing research, by zobaczyć, jak przyjmie to publiczność Niestety, na te artystki nas nie stać. Ale podobny program będzie. Przygotuję go z mieszkającymi w Krakowie Rosjankami, Białorusinkami i Ukrainkami...

Ile nas ten market reaserch kosztował?

- Sfinansował się z biletów. Nocne Variete musi być. Także to odwołujące się do naszej tradycji międzywojnia - do Qui Pro Quo, Cyrulika Warszawskiego... Ileż tam było pięknych melodii, ileż uroczych tekstów pisanych przez Hemara, Tuwima, Petersburskiego, Warsa... To tradycja, którą wciąż należy przypominać. Także zapomnianych dziś szmoncesów, czy muzycznych skeczów. Gromadziłem ten materiał przez wiele lat mieszkając w Londynie i pracując z aktorami, którzy jeszcze pamiętali Hemara. Podobnie zamierzam przypomnieć postać Andy Kitschman, która po wojnie osiadła w Krakowie, gdzie współtworzyła Kabaret Siedem Kotów. Te fantastyczne piosenki już wystawiałem ze studentami PWST. Sam też chcę przygotować spektakl, w którym pojawią się inscenizowane piosenki z filmowych wersji musicali. Może pokażę go już zimą...

Wspominał Pan przed wakacjami o "Pięknej Lucyndzie" Hemara...

- I bardzo chcę go wystawić, by przywołać jego piękny język, o który w teatrze coraz trudniej. To urocza muzyczna komedia, rozgrywającą się w czasach stanisławowskich...

Jak będzie wyglądała współpraca Variete z warszawskim Teatrem Kwadrat?

- Kwadrat najprawdopodobniej pojawi się pod koniec listopada, po czym będziemy tę współpracę zacieśniać, także produkując wspólnie spektakle... Powtarzam, ten teatr dopiero zaczyna swe życie. I jak na razie głównie jest atakowany. Stronniczo. Nierzetelnie. Przez kilkanaście lat walczyłem o to, by Kraków, który mieni się miastem kultury, miał nowy teatr. Ledwo powstał, jest obiektem ataków. Na szczęście widzowie są z nami.

Wacław Krupiński
Dziennik Polski
12 września 2015

Książka tygodnia

Trening fizyczny aktora. Od działań indywidualnych do zespołu
Wydawnictwo Biblioteki PWSFTviT
Rodowicz Tomasz, Jabłońska Małgorzata, Toneva Elina

Trailer tygodnia