Teatralna wolnoamerykanka

"Versus" - Teatr Nowy w krakowie

"Versus" Radka Rychcika w Teatrze Nowym to spektakl ekscentryczny. Teatralny esej prowokujący pytania na temat natury widowiska teatralnego, oczekiwań widzów, przemocy na scenie i w życiu.

"Versus" to rozpisana na czwórkę aktorów adaptacja "W gęstwinie miast" Brechta. Aktorów-zawodników, bo Rychcik przeczytał sztukę Brechta poprzez rozważania Rolanda Barthes\'a na temat wolnoamerykanki. Dla Barthes\'a wolnoamerykanka to widowisko pełne przesady, wyrazistych znaków, porównywalne z teatrem greckim. "Nie ma znaczenia, czy namiętności są autentyczne - publiczność żąda nie namiętności, ale ich obrazu. Widz nie życzy sobie oglądać rzeczywistego cierpienia walczących; on jedynie smakuje doskonałość ikonografii. To nieprawda, że jest to widowisko sadystyczne; jest to tylko widowisko w pełni czytelne. Problem prawdy w wolnoamerykance, podobnie jak w teatrze, nie istnieje" - pisze filozof. 

Cytuję Barthes\'a, bo od jego tekstu rozpoczyna się spektakl. Na pustej scenie (czy raczej scence) szczupła dziewczyna wygłasza słowa Barthes\'a. Smakuje każdą frazę, leniwie się wygina, jakby sprawdzała, jak słowa przechodzą przez ciało, jak mogą je uruchomić. W tle - czerwona kurtyna. Dziewczyna (Natalia Kalita) ubrana jest w strój, by tak rzec, gimnastyczno-erotyczny: czarne majtki i koszulkę, rajstopy i buty na niebotycznych obcasach. 

W podobnym stroju pojawi się za chwilę druga dziewczyna - Anna Gorajska. Kalita grać będzie Mary, siostrę Gargi, Gorajska - Jane, jego narzeczoną. Garga (Tomasz Nosiński) i Schlink (Tomasz Schuchardt) w kostiumach gimnastycznych (spodenki, koszulki, trampki) wkraczają energicznie na scenę. Konflikt. Zwarcie. Powód? Garga jest biedny, Schlink - bogaty. Schlink wykorzystuje Mary, która pracuje u niego jako służąca, uwodzi Jane. Ale w tym spektaklu istotniejsze od powodów konfliktu jest jego pokazanie, owa "doskonałość ikonografii". Aktorzy więc szukają póz i min, ich fizyczne zwarcia są gwałtowne, ale i efektowne. W gruncie rzeczy ów konflikt nie ma racjonalnego wytłumaczenia - to absurdalna, ale nieuchronna walka dwóch mężczyzn o terytorium, pełna nienawiści podszytej wzajemną fascynacją. 

Kobiety mają tutaj ciekawsze zadania - i obie aktorki są w nich znakomite, pełne inwencji, energii, gotowe na każde ryzyko. To ich sceny chwytają widzów w pułapkę i zmuszają do zastanowienia się nad istotą przeżycia teatralnego, scenicznej prawdy i aktorstwa. Mary wychodzi na scenę ze ścierką. Przy głośnej muzyce pada na kolana i systematycznie czyści podłogę. Najpierw w jedną stronę, potem w drugą - scena trwa długo, aktorka z coraz większym mozołem przesuwa się na kolanach, muzyka cichnie, słyszymy spazmatyczne dyszenie. Ale ledwo zdążyliśmy pomyśleć ze współczuciem o upokorzeniu nieszczęsnej Mary (i wysiłku aktorki), ta wstaje i lekko wychodzi za kulisy. 

Każda scena to poszukiwanie jak najskuteczniejszych środków dla pokazania sedna sprawy, jak najbardziej wiarygodnego jej obrazu. Jane została prostytutką w burdelu? Anna Gorajska ściąga i zakłada majtki, pod nimi ma kolejne i kolejne - coraz szybciej, coraz bardziej mechanicznie. Porzucił ją mężczyzna? Śpiewa dramatycznie, naga, z zawiązanymi oczami, piosenkę Kaliny Jędrusik "SOS". Albo błaga, coraz rozpaczliwiej, żeby ktoś ją odprowadził do domu. Płacze, krzyczy, szuka chętnych wśród widzów. Każdy set zaczyna się i kończy tak samo - aktorzy wchodzą na scenę bez emocji, tak jak bez emocji z niej schodzą. Ustawiają się do kolejnego zadania - i już, uruchamiają całą gamę emocji, wachlarz aktorskich środków, ciała, formę, rzucają wyzwania widowni. Dość to ryzykowne - istnieje niebezpieczeństwo, że gdy aktorzy poczują się w tej konwencji zbyt bezpiecznie, spektakl może przechylić się w stronę aktorskiego popisu. Ale na razie na szczęście nie jest bezpiecznie.

Joanna Targoń
Gazeta Wyborcza Kraków
4 lutego 2009

Książka tygodnia

Nice, cosie i duchy. Eseje o sztuce
Pewne Wydawnictwo
Michał Krawczyk

Trailer tygodnia