Tektonika wzajemnych relacji

"Bóg mordu" - reż. Henryk Adamek - Teatr Śląski w Katowicach

W cywilizacji zachodniej różnorodność poglądów teoretycznie oznacza samo dobro. To pojęcie podszyte nieskończonością, człowiekowi przynosi nieograniczone możliwości manifestowania własnego "ja" we wszechświecie. Jednak ta idea ma również ciemne oblicze: nieskrępowana samorealizacja zawsze kończy się naruszeniem praw drugiego, czyli jawnym lub utajonym konfliktem. Konflikt jest jak rak toczący zdrowe pojęcie pluralizmu. O odkrywaniu tej choroby w życiu codziennym traktuje "Bóg mordu" w reżyserii Henryka Adamka

Niewinne spotkanie dwóch małżeństw staje się przyczynkiem do bezkompromisowej, socjologicznej wiwisekcji, której Yasmina Reza poddała przypadkowych przedstawicieli klasy średniej  (reżyser postanowił nadać tej kategorii niejednoznaczny charakter). Kiedy Andrzej Warcaba zapala światło na scenie, widz znienacka wchodzi w rolę „podglądacza”, który zaczyna obserwować, co dzieje się u jego sąsiada, przyjaciół, rodziny. A może po prostu u niego samego.

Przenosimy się do przytulnego, eleganckiego salonu państwa Houllie. W centralnym punkcie sceny znajduje się niewielki stolik, „zasypany” książkami, wokół niego – cztery krzesła w jakimś staromodnym stylu. Na komodzie pod ścianą wazon z bukietem żółtych tulipanów. Kwiaty ostro kontrastują z wnętrzem utrzymanym w intensywnie czerwonej kolorystyce; scenograf Wojciech Jankowiak zadbał, by korespondowała z namiętnościami, które dość ostro będą targać bohaterami.

Przy stole zasiadają cztery osoby: Veronique i Michel Houllie oraz Annette i Alain Reille. Impulsem do spotkania stała się bójka wywołana przez Frederica syna państwa Reille, w wyniku której syn gospodarzy, Daniel, stracił dwa przednie zęby. Rodzice jedenastolatków postanowili rozwiązać niemiłą sytuację tak, jak powinni uczynić to nowocześni, kulturalni ludzie, znajdujący się na nieco wyższym szczeblu rozwoju duchowego i intelektualnego niż przeciętni śmiertelnicy. Obie pary w wyszukanych słowach prześcigają się w zapewnieniach o własnych dobrych chęciach. Od owych zapewnień, sztucznych uśmiechów, wymuszonej życzliwości i aktów podręcznikowej kurtuazji niemal mdli. A przecież tę wspólnotę usiłują stworzyć cztery kompletnie różne osoby, które nie mogą i chyba w głębi duszy nie chcą, znaleźć płaszczyzny porozumienia. 

Veronique, odziana w orientalne szaty, jest pisarką. Pracuje także w księgarni artystyczno-historycznej, a „po godzinach” zajmuje się sytuacją polityczną w Sudanie oraz problematyką praw człowieka. Pielęgnuje w sobie przekonanie o własnej wyższości moralnej i intelektualnej. Reżyser nadał tej postaci interesujący rys, dość przewrotnie interpretując pozornie niewinne i niebudzące podejrzeń wypowiedzi.

Michel w zestawieniu z uduchowioną małżonką wydaje się człowiekiem do bólu prozaicznym. Nie ma pojęcia ani o sprawach globalnych, ani o twórczości Kokoschki, jednego z ulubionych malarzy Veronique. Na co dzień sprzedaje klamki, zamki, spłuczki i przywiązuje niewielką wagę do własnego wyglądu. Awanturnik i choleryk, cierpi, gdy żona wbrew jego woli robi z niego wrażliwca. Choć jest z natury człowiekiem dobrodusznym, prostolinijnym i nieszkodliwym, naraża się na słuszne zarzuty o zamordowanie z premedytacją chomika swojej córki.

Alain – wzięty adwokat, który życie spędza z komórką przyklejoną do ucha. Aktualnie pracuje dla koncernu farmaceutycznego, któremu pomaga wywinąć się od odpowiedzialności za szkodzenie pacjentom. Bije od niego prawnicza fachowość, a jednocześnie chłód i cynizm. Największy nihilista w tym szacownym gronie. Niewiele uwagi poświęca żonie i dziecku, wychodząc z założenia, że pielęgnowanie ogniska domowego nie jest zajęciem godnym prawdziwego wojownika.

Annette, jego żona, jest wzorem dobrej gospodyni, matki i organizatorki życia domowego. W eleganckim kostiumie, dystyngowana i potrafiąca zachować się w każdej sytuacji, stanowi doskonały dodatek do pana Reille. W zasadzie godzi się ze świadomością, że mąż nie traktuje jej jak życiowej partnerki, a raczej jak swoją oczywistą, małżeńską własność.

Każdy z bohaterów posiada własny obraz świata, kieruje się odrębnym systemem wartości, jak również inaczej ustawia priorytety. Można nieco żartobliwie stwierdzić, że owe wizje rzeczywistości są twarde i sztywne jak tektoniczne płyty. W dodatku znajdują się na płynnej masie ciemnych instynktów, pierwotnej agresji, nieokiełznanych emocji. Pamiętamy z lekcji geografii, co się dzieje, kiedy dojdzie do kolizji płyt. W relacjach Reillów i Houllie zachodzą analogiczne zjawiska tektoniczne: w trakcie spektaklu widz staje się świadkiem powstawania uskoków i rowów oceanicznych, doświadcza trzęsień ziemi, wreszcie – obserwuje, jak między bohaterami wyrastają góry, których nie podobna ani przeskoczyć, ani obejść.

Konflikt z każdą minutą przybiera na sile, aby w pewnym momencie przekroczyć masę krytyczną. Eksplozja wzajemnych animozji oraz urazów, kompleksów pieczołowicie kolekcjonowanych przez lata musi nastąpić prędzej czy później. Na światło dzienne wychodzą rozmaite sprawy i sprawki, do tej pory przemilczane dla świętego spokoju. W trakcie spotkania w salonie państwa Houllie kontrolę nad bohaterami przejmuje dzika, niepohamowana żądza odwetu: za to, co było, jest, a nawet – dopiero będzie.

„Bóg mordu” w warstwie metaforycznej to apokaliptyczna wizja opisująca, jak wyglądałoby nasze życie codzienne, gdyby ludzie postanowili zastosować się do szlachetnych zaleceń Jana Jakuba Rousseau, gdyby nagle zdjęli maski cywilizacji, kultury, a także porzucili dobre obyczaje i maniery… Okazuje się, że nadmiar szczerości i otwartości jest zjawiskiem szkodliwym, ponieważ porusza w człowieku pokłady uśpionej nienawiści i uruchamia mechanizmy obronne.

Wbrew takiemu obrazowi scenicznej rzeczywistości „Bóg mordu” nie jest ciężkim, przygnębiającym spektaklem, po zobaczeniu którego nie pozostaje nic innego, jak przystawić sobie pistolet do głowy i dokonać samoegzekucji. Wręcz przeciwnie, sposób prowadzenia rozmowy nie różni się niczym od potocznych, codziennych dialogów. Bohaterowie błyskawicznie przerzucają się replikami, dyskutując na przeraźliwie błahe, pospolite tematy,  chociaż trafiają się także starannie wyszukane. Jednocześnie wypowiedzi zostały tak skonstruowane, by widz nie potrafił powstrzymać się od wybuchów śmiechu. Komuś, kto będzie oglądał „Boga mordu” zupełnie bezrefleksyjnie i powierzchownie, może się nawet wydawać, że Henryk Adamek postanowił zrobić lekką, przyjemną farsę. Natomiast człowiek dysponujący szerszą perspektywą bez trudu dostrzeże, iż za tym parawanem lekkości i dowcipu kryje się gorzka refleksja o wzajemnych ludzkich relacjach. W sztuce tej mamy do czynienia ze śmiechem w iście Gogolowskim stylu: tak naprawdę z samych siebie się śmiejemy.

Warto zauważyć, że „Bóg mordu” jest w istocie tekstem trudnym do przełożenia na język sceniczny. Yasmina Reza odkurzyła nieco porzuconą we współczesnym teatrze zasadę trzech jedności: czasu, miejsca i akcji. Zrezygnowała ze złożonych struktur fabularnych na rzecz maksymalnie uproszczonego układu zdarzeń. Nie ma więc niespodziewanych zwrotów akcji, a sam konflikt dojrzewa bardzo powoli. To, co najważniejsze, rozgrywa się z jednej strony na płaszczyźnie słów, z drugiej zaś – w nadbudowanej sferze niedomówień oraz ukrytych motywacji. Taka formuła wymaga od aktorów wytworzenia kreacji barwnych, prawdziwych psychologicznie, a jednocześnie tak „zakręconych”, by widz nie mógł ich do ostatniej chwili rozszyfrować.

Nic dziwnego, że wobec takich założeń, reżyser szczególnie starannie dobrał obsadę, zapraszając do współpracy najznakomitszych aktorów katowickiego teatru: Barbarę Lubos, Violettę Smolińską, Grzegorza Przybyła oraz Andrzeja Warcabę. Udowodnili oni trafność reżyserskiego wyboru, wykazując na scenie, jak wiele można wydobyć treści z dobrego dramatu, kiedy posiada się dobry warsztat. Na słowa uznania zasługuje umiejętne pokierowanie tempem spektaklu. Chwile, gdy akcja jest szczególnie statyczna (bohaterowie siedzą i rozmawiają) przeplatają się z momentami żywiołowymi i dynamicznymi. Wszystkie role zostały dopracowane i zagrane na wysokim artystycznym poziomie. Umiejętność realizowania scenicznych założeń i wskazówek reżyserskich, mnóstwo własnych pomysłów aktorskich, doświadczenie w pracy w zespole, a także mądrze podtrzymywana przez reżysera wiara w słuszność realizowanej koncepcji i przekonanie o sile sprawczej wzajemnych umiejętności to zdrowa i właściwa podstawa do stworzenia soczystego i pełnokrwistego spektaklu.

Henryk Adamek uruchomił zapewne najlepsze pokłady swoich umiejętności. Spektakl jest od początku do końca przemyślany w najdrobniejszych szczegółach i w najdrobniejszych szczegółach te przemyślenia zostały zrealizowane. Nie tylko w warstwie werbalnej, ale również w geście, mimice i komunikatach mowy ciała. W końcu nawet komediowa ofensywa Andrzeja Warcaby odbyła się w należytych proporcjach i dopuszczalnych przez percepcję widza granicach. 

„Bóg mordu” w reżyserii Henryka Adamka w pełni zasługuje na to, by ten właśnie spektakl określić mianem najważniejszego wydarzenia teatralnego ostatnich miesięcy na scenach województwa śląskiego. Adamek bardzo wysoko podniósł poprzeczkę dla następnych realizacji. Należy mieć nadzieję, że inni twórcy także pójdą tą drogą, ponieważ teatrowi tego regionu gwałtownie potrzeba zbliżenia się do wciąż uciekającej czołówki polskiego teatru.

Monika Wycykał
Dziennik Teatralny Katowice
10 listopada 2010

Książka tygodnia

Utalentowani jak Nardelli
Sekcja Krytyków Teatralnych ZASP
red.: Anita Nowak, Krystyna Piaseczna, Piotr Rudzki

Trailer tygodnia