Temat na czasie?

"Jentl" - reż. Robert Talarczyk - Teatr Żydowski w Warszawie

„Jentl" w reż. Roberta Talarczyka ma jedną podstawową wadę: tekst został bardzo niecelnie dobrany do obecnego kontekstu społeczno-politycznego. Miał pełne prawo bytu na scenie mniej-więcej 15, może 10 lat temu. Dzisiaj bardziej męczy i drażni niż odnosi się do współczesności.

W bardzo dużym skrócie historia napisana przez Singera i wystawiona w Teatrze Żydowskim w Warszawie przebiega następująco: Jentl (tego wieczora: Aleksandra Idkowska), młoda dziewczyna, półsierota, ma ojca, z którym studiuje Torę (pomimo że kobietom nie wolno tego robić). Opiera się wszelkim próbom wydania jej za mąż i tym samym uwięzieniu w matni obowiązków domowych. Jedynym, czego pragnie dziewczyna, jest dalsze studiowanie Tory. Dlatego usłyszała nawet od ojca, że Bóg się pomylił i powinna była urodzić się w ciele mężczyzny.

Po śmierci ojca Jentl została sama na świecie – i decyduje się sprzedać swój majątek pierwszemu chętnemu, który się nawinął, żeby ściąć włosy, założyć męski strój, przyjąć imię Anszel i wybrać się w drogę do jesziwy, żeby studiować traktaty Talmudu. Kieruje ją tam napotkany na drodze Awigdor (tego wieczoru: Daniel „Czacza" Antoniewicz), również uczeń jesziwy, w którym dziewczyna zakochuje się od razu. Oczywiście nie może tego wyrazić wprost. Jentl dowiaduje się po drodze, że jej kompan podróży był zakochany w kobiecie z miejscowości, do której podróżowali. Miała na imię Hadas (tego wieczoru: Marta Tąbecka). Anszel szybko ją poznaje.

Większość późniejszej fabuły rozbijała się o dramaty osobiste w tym trójkącie – Awigdor, jak się okazało, miał samobójstwo w rodzinie, i to dlatego rodzina Hadas zerwała z nim kontrakt zaręczynowy. Kompan Anszela chciał później, żeby ten ożenił się z Hadas, bo stwierdził, że z nim będzie szczęśliwa. Sam natomiast poślubia bogatą sklepikarkę Peszę (tego wieczora: Małgorzata Majewska), bo „potrzebował kobiety". Anszel koniec końców poślubia Hadas. Żadne z małżeństw nie zaznaje jednak szczęścia. Jentl jako Anszel jest wyraźnie zazdrosna o małżeństwo Awigdora; ma coraz większe problemy z ukrywaniem swojego kobiecego ciała przed żoną i jej rodziną; miasteczko plotkuje o tym, dlaczego Hadas nie jest w ciąży; żona Awigdora traktuje go bez szacunku, dlatego że nie potrafi prowadzić sklepu tak, jak ona chce. Awigdor i Anszel dalej przyjaźnią się, chociaż Awigdor kocha Hadas, a Jentl kocha Awigdora. W końcu Anszel nalega na to, żeby wyjechali we dwójkę do Lublina – tam odkrywa przed nim prawdę o swoim ciele i tożsamości. Później Jentl nie wraca już do jesziwy, zamiast tego wysyła papiery rozwodowe do Hadas. O takich oto dramatycznych okolicznościach opowiada spektakl.

Dla formalności warto jeszcze dodać, że całość została utrzymana w klimacie mocno nawiązującym do kultury żydowskiej. Widać to było w strojach, muzyce, tekście, obyczajach opisanych przez Singera.

„Jentl" jest musicalem. W przedstawieniu pojawiło się wiele utworów (również z udziałem chóru, który mniej więcej połowę czasu spędził na scenie w formie rozmaitych scen zbiorowych). Utwory faktycznie pasowały do treści spektaklu, były zgrabnie wykonane, ruch sceniczny został wprawnie poprowadzony, pomimo że w scenach czasem uczestniczył cały tłum. Te elementy spektaklu oceniam na plus. Największe problemy miałam z interpretacją i przesłaniem tekstu, pomniejsze z prowadzeniem aktorów.

Sam tekst był bardzo trudny do właściwej interpretacji w obecnym kontekście społecznym dlatego że bardzo ostro zarysowywał dychotomię pomiędzy światem mężczyzn i światem kobiet. Bohaterka wybiera drogę walki, z którą może utożsamić się każda widzka... jednocześnie tracąc z oczu to, że omija wtedy podstawowe postulaty feminizmu. Czyli powszechnej równości. To nie kobiety są winne swojej sytuacji, tylko stary podział świata. Świat mężczyzn nie powinien stanowić zakazanego owocu dla kobiet – to, że mężczyznom wolno znacznie więcej (w większość sfer publicznych), jest problemem. Rozumiem, że w kontekście czasów głównej bohaterki można to uzasadnić, ale z perspektywy Polki w 2021 roku mogę powiedzieć, że to bzdura. Smutno-gorzko pijana Jentl na weselu Awigdora mówiła, że uważa się za demona i inne rzeczy, z których wynikało, że nie pasuje ani do świata kobiet, ani mężczyzn, i to czyni ją nadzwyczajną. Ale współcześnie raczej naturalna dla kobiet (zwłaszcza młodych) jest chęć przynależenia do świata mężczyzn albo brak pełnej więzi ze „swoim" światem, jeśli postrzega się tę dychotomię tak, jak w XIX wieku (i współczuję, jeśli ktoś tak ma). Ale znów: wyjściem z tego stanu jest powolny ruch zmiany postrzegania kobiet i rozcierania tej dychotomii, a nie jednostkowe wtargnięcia do tej fajniejszej, bardziej dowartościowanej kulturowo i dającej większą swobodę w przestrzeni publicznej sfery.

Problemem w tym spektaklu była też nierównomierność feminizmu. Hadas jest nazwana głupią przez główną bohaterkę, chociaż w końcu również zakochuje się w niej. Mam jednak jakieś niejasne poczucie, że trudno to nazwać miłością – z braku lepszych określeń powiem trochę pretensjonalnie, „pomiędzy dwiema duszami". Anszel pożądał Hadas, bo Jentl weszła w męską skórę. Patrzyła na nią jak mężczyzna, kochał/a ją jako piękną kobietę, bo ważnym elementem tego drugiego świata są baby. Chwalenie się nimi, posiadanie ich. Trochę dało się to zauważyć w piosence ze słowami „Hadas, moja druga połowa", w której widać było dumę, pewność siebie, butę głównej aktorki, która rozkoszuje się tym, że być mężczyzną znaczy sięgać po to, czego się chce – i teraz jej to wolno. I mogła pragnąć Hadas, wyrażać to wprost. Nie było w tym niczego romantycznego, żadnego zachwytu nad nią-w-ogóle, główna bohaterka wyraźnie inaczej zachowywała się też przy Hadas niż przy Awigdorze. A ponoć to jego kochała. Miała poślubić Hadas tylko po to, żeby oni mogli być blisko siebie. Wracając do problemów z feminizmem: Pesza, wykreowana bez litości na potwora w spódnicy, który doprowadził jej męża do zgonu, została nazywana dwa razy „wołem z melonami". Jeśli ten spektakl miał mówić o feminizmie, to co robiły w nim te słowa? Przecież dało się potraktować tę postać z jakąkolwiek życzliwością. Zaznaczyć jej spryt, zaradność, nos do interesów i to, że przecież ona, jak prawie wszystkie kobiety w tym spektaklu (ściślej: poza jedną) nie miała warunków, żeby wybrać swoje przeznaczenie. Albo żeby rozwijać swój intelekt i swojego ducha. Nawet gdyby to było wbrew tekstowi Singera, powtórzę to: dało się znaleźć jakąkolwiek sympatię dla tej postaci, jeśli spektakl dotyczył ograniczeń i okropnej sytuacji kobiet.

Feminizm, który pojawiał się w spektaklu, był łopatologiczny i też raczej nie chwytał za serce. Nie czułam buntu w sobie, gdy słyszałam o tym, że kobieta powinna urodzić mężowi synów. Przejęło mnie tylko to, kiedy Anszel próbował opowiedzieć Hadas o swojej wielkiej pasji, Torze, podczas kiedy ta powiedziała mniej więcej tyle, że jest koszmarnie zmęczona, bo musiała przygotować dom na szabat. To przypominało o – wbrew pozorom! – łatwości drogi, którą podążyła Jentl. Pomimo tego, ile chaosu wywołało jej pojawienie się w Jesziwie, pomimo jej złamanego dwa razy serca, pomimo tego, ile razy niewiele brakowało do jej demaskacji jako kobiety – to cały czas była dla niej łatwiejsza droga niż służenie w domu. Wybrała walkę, dlatego należy ją szanować, ale też walka Jentl to nie walka kobiet w XXI wieku.

Ucieszyło mnie to w spektaklu, że nie miał on cukierkowego zakończenia. Jentl nie wprost dała do zrozumienia Awigdorowi, jakie są jej uczucia wobec niego , ten jednak nie chciał nawet jej dotknąć. Hadas rozwiodła się z Anszelem/Jentl, jako że wyszło na jaw, ze Anszel jest kobietą, a małżeństwo nie zostało skonsumowane. Hadas wychodzi za Awigdora i mają razem synka (nazwanego Anszel), a w scenie końcowej Jentl, z rozpuszczonymi włosami i w sukni, czyta Torę. Nie wiadomo, gdzie była i co dokładnie się z nią stało.

Nie przemawiało też do mnie to, jak zostali pokierowani aktorzy. Wypowiem się tylko co do głównej bohaterki, debiutującej w teatrze Idkowskiej, której czasem kazano zostać na scenie, przycupniętej z boku, jednak w emocjach Jentl. Tak się składało, że siedziałam naprzeciwko niej, i mogę powiedzieć: Idkowska nie wiedziała, przy czym jest. Znaczy widziałam, że jest w szoku, ale nie dało się zobaczyć w niej nic oprócz szoku. Ma świetne warunki do tego, żeby rozwijać się dalej – utwory w jej wykonaniu można uznać za fantastyczne, jej ekspresję też niczego sobie... ale dlaczego Talarczyk, doświadczony reżyser, kazał jej być w roli na scenie przez kilka minut, podczas kiedy nie znała swojego monologu wewnętrznego?

Moją uwagę przyciągnęła rola Henryka Rajfera, taty Jentl. Był ciepłym, kochającym ojcem, któremu urodziła się buntownicza córka. Wierzyłam każdemu jego gestowi na scenie, ale niestety, była to rola tylko epizodyczna.

Wiele miałam też pytań w głowie, gdy oglądałam spektakl. Czemu Jentl, podobno bardzo inteligentna, nie przemyślała kwestii zasadniczej, jaką było to, że weźmie Hadas za żonę i... no właśnie. Kwestia zasadnicza. Co potem? Przepraszam za obrazowość, ale w czasie nocy poślubnej Jentl powiedziała, że nie może się rozebrać i jej żona nie może zobaczyć jej nagiej, do niczego nie dochodzi (tzn. obyło się bez naturalistycznych sugestii, może i zresztą dobrze), nagle pojawia się tłum kobiet, które triumfalnie bierze prześcieradło poplamione krwią. I pytam: skąd się wzięła ta krew na prześcieradle? Jeśli z tego, co myślę, to chyba na miejscu byłby jakiś wątek traumy seksualnej Hadas. Bo sposób, w jaki straciła dziewictwo, najprawdopodobniej można uznać przynajmniej za nieprzyjemny. A jeśli mylę się i krew znalazła się na prześcieradle przez jakąś sztuczkę Jentl, to powinno to zostać zaznaczone w spektaklu. Bo w czasie spektaklu, zamiast śledzić walkę o wolność Jentl, skupiałam się na tego typu sprawach technicznych.

Wracając do teatralnych środków wyrazu – na plus była niewątpliwie warstwa wizualna (o którą zadbała Katarzyna Borkowska). Kostiumy przypominały kostiumy z epoki, ale przez kolory, nieco foliowy wręcz błysk materiału nie tylko pasowały do scenografii (neutralnej, z błękitno-stalowoszarego weluru), sugerowały „klasyczność", „żydowskość" tekstu, ale też dodawały warstwie wizualnej trochę bardziej nowoczesnego charakteru. Oprócz tego brawa należą się Hadrianowi Filipowi Tąbeckiemu za zadbanie o oprawę muzyczną szczególnie ważną w tym spektaklu.

Dramaturgicznie podobało mi się przetasowanie scen „prywatnych" i „zbiorowych", śpiewanych z mówionymi. Niczego nie było za mało i niczego za dużo.

Podsumowując, nie wyszłam z teatru usatysfakcjonowana albo podniesiona na duchu siłą woli głównej bohaterki. Przeciwnie, czułam w sobie wielką złość na to, że ciągle pozostajemy w narracji buntu i wdzierania się do świata tego, co jest zarysowane dla mężczyzn. Oczywiście, że istnieje szklany sufit dla kobiet, sama też czasem się o niego obijam. Ma to jednak niewiele wspólnego z tym, jak kobiety walczą teraz o swoje prawa i uznanie w naszym kręgu kulturowym. I gdyby spektakl został opisany jako „uniwersalna opowieść" albo jako historyzująca klasyka, nie miałabym tego zarzutu. W opisie spektaklu wyczułam jednak silną chęć Teatru Żydowskiego, żeby umocować go we współczesności. Może moje przekonanie wynika z tego, że żyję w bańce warszawskiej – ale jako że tutaj miał premierę ten spektakl i ogląda go publika zwykle z przekonaniami podobnymi do moich, mogę powiedzieć z czystym sumieniem: dla mnie jest to zadanie co najmniej trudne.

Ewa Mazgajska
Dziennik Teatralny Warszawa
21 grudnia 2021
Portrety
Robert Talarczyk

Książka tygodnia

Sztuka aktorska Aleksandry Śląskiej
Uniwersytet Gdański
Marta Cebera

Trailer tygodnia