Tenebrae

"Ciemności" - reż. Monika Strzępka - Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach

Już po pięciu sekundach wiedziałem, że to będzie boskie. Bo weszła Anna Kłos-Kleszczewska, kiedyś aktorka Teatru Dramatycznego w Warszawie, teraz niezrzeszona, i zaczęła mówić. Kielczanom szczęki opadły, niekoniecznie z zachwytu, takiego aktorstwa jeszcze nie widzieli. Kłos-Kleszczewska jest najbardziej brechtowskim aktorem (nie tylko aktorką) w Polsce i to nie tak łatwo od razu zrozumieć, a już w ogóle - docenić. Jest w naszym kraju najbardziej metaaktorska. Wiele scen ma "kieszeń", wolną przestrzeń z boku, głębię, lecz niektóre jej nie mają - to samo z aktorami. Kłos-Kleszczewska ma wiele kieszeni, jej mówienie tekstu to jest tort wielopiętrowy, który tak serwuje, jak gdyby go sama piekła.

"Ciemności" Demirskiego otwiera charakterystyczny dla tego pisarza monolog otwarcia, z których przynajmniej dwa - w "Był sobie Andrzej Andrzej Andrzej i Andrzej" w wersji Mirosławy Żak i we "Wszystko powiem Bogu!" w wersji Juliusza Chrząstowskiego - już przeszły do historii teatru polskiego. Słuchamy o lękach porannych związanych z budzeniem, bo dla Demirskiego poranek to pora zaraz po 4.48, kiedy jeszcze czuć tę grozę. 4.48 jest mityczną godziną dla ludzi teatru, jest godziną kanoniczną, ciemną jutrznią, tenebrae, przez Sarę Kane kanonizowaną.

I do czego się tam budzą? Do świadomości, do przejrzenia na oczy, do rozjaśnienia kwestii kolonialnej. Punktem wyjścia jest "Jądro ciemności" Josepha Conrada, ale nie on napisał scenariusz spektaklu. Tekst Demirskiego jest tekstem Demirskiego, to znaczy dobrym, do tego lękowym i poetyckim, do tego dowcipnym. Nie będę cytował, bo się oczywiście okaże, że akurat ten fragment to Was mało śmieszy. Paweł Demirski robi jedną rzecz, za którą go kocham - nie popada w lewicowy banał. Lewicowe rozwiązanie kwestii kolonialnej to zazwyczaj "przyznaj się", "kajaj się", "przepraszaj", lewica lubi sobie pooskarżać ludzi, poczuć się lepsza swoim oskarżeniem, bo mało ma powodów do czucia się dobrze, lubi dąć w poczucie winy. Demirski to widzi i opisuje, wyszydza ze sceny swoimi słowami, z szykiem przestawnym i nieodpowiadaniem na pytanie.

Kielce nareszcie przeprosiły się ze Strzępką. Za poprzedniego dyrektora wywaliły ją z roboty, z zaczętego i niedokończonego procesu twórczego. Nie wiem, co to wtedy było, bo Strzępka jeszcze nie była Strzępką, teraz wraca jako gigant, nikt jej nie podskoczy. "It's never too late to say I'm sorry".

Trząsłem portkami, żeby wyszła ta premiera, bo nie może być tak, żeby moja ukochana reżyserka nie była najlepsza ("K.") i żeby moje miasto urodzenia świeciło ze sceny kaką ("1946"). Ale mam dowód na boskość spektaklu lepszy, niż że chciałbym: Tomasz Schimscheiner. Znany showman - znany ze swej skłonności do pajacowania. POSKROMIONY. Gra, a nie aktorzy. Oprócz niego w obsadzie Burdeltata z Pożaru w Burdelu, co mnie mało mówi, ale wszyscy się jarają. Joanna Kasperek, jak zawsze, w formie, nie wiem, jak miałoby być inaczej, kiedy ona jest formą, od niej odmierzam wykony innych aktorek. W zespole Teatru im. Żeromskiego witamy pana Jacka Mąkę, który przyszedł z Płocka, by wreszcie coś pograć. Kielce to coraz lepszy adres teatralny.

Podzielam niechęć tego przedstawienia do mediów społecznościowych.

Maciej Stroiński
Przekroj.pl
30 stycznia 2018

Książka tygodnia

Cyrk w świecie widowisk
Warsztaty Kultury w Lublinie
redakcja Grzegorz Kondrasiuk

Trailer tygodnia