Termin ważności

"Wstyd" - reż. Wojciech Malajkat - Teatr Współczesny w Warszawie

"Wstyd" z warszawskiego Współczesnego to przykład teatru, który nie zauważa, że ktoś wcześniej już zdążył go opowiedzieć, i to skuteczniej.

Niby na starcie wszystko się zgadza. Kameralna przestrzeń zdarzeń, mocny punkt wyjścia i konkretny konflikt, na dodatek rozpisany na dwie małżeńskie pary. W dzisiejszym dramaturgicznym bałaganie to rzecz nieczęsta, co być może dotyczy zwłaszcza sztuk polskich, ale też autor Marek Modzelewski już nieraz udowodnił, że wie, co znaczy sprawnie działający na scenie tekst. Jednak najważniejszy jest ten konflikt: narzeczony kilka chwil przed ślubem rozmyśla się, porzuca dziewczynę i znika, więc rodzice obu stron muszą z tym kłopotem jakoś się uporać. Sami nie znikną, unikając niewygodnej konfrontacji, bo opłacona sala weselna już czeka, orkiestra się stroi, wódka mrozi, a goście liczyli na biesiadę. Zatem oto przed nami, by tak rzec, Polska w pigułce. Przynajmniej takie jest założenie tego przedstawienia.

Z dramatem Modzelewskiego naprawdę wszystko byłoby jak najbardziej w porządku, gdyby powstał jakieś piętnaście lat albo przynajmniej dekadę temu. Starcie tzw. polskiej inteligencji (to inteligencja tylko umownie rzecz biorąc, bo zero w niej etosu, nie wspominając o moralności) z Polską B, w którym wychodzą na jaw frustracje, kompleksy i łgarstwa obu rodzin w równym stopniu, dzisiaj nie ma już w sobie nic z prowokacji i nic z trafnej socjologicznej diagnozy. To jedynie powtórzenie schematu. Przebywamy na zapleczu domu weselnego, w którym dochodzi do jatki napędzanej alkoholem, ale przecież w sensie metaforycznym znajdujemy się także na zapleczu jednego z wątków głośnego "Wesela" Wojciecha Smarzowskiego (2004) i gdzieś w rzeczywistości z dialogów "Cichej nocy" Piotra Domalewskiego (2017). Nie da się powiedzieć, by we "Wstydzie" było coś zaskakującego, choć może sam finał daje nieco do myślenia.

Narzekam na znaczenia i konteksty, ale na szczęście są znakomici aktorzy, świetnie prowadzeni przez reżysera Wojciecha Malajkata. Nie wypada nie wymienić całej czwórki: Iza Kuna, Agnieszka Suchora, Jacek Braciak, Mariusz Jakus. Każdy ma tu swoje mocne wejście i swój fenomenalny moment. I to dla nich z pewnością warto "Wstyd" przy Mokotowskiej zobaczyć. Jednak tylko dla nich. Reszta pozostaje w dobrze znanej normie.

Przemysław Skrzydelski
wSieci Historii
14 października 2019

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia