To, co dawał innym

Mariana Kołodzieja (1921-2009) wspomina Andrzej Wajda

Mariana Kołodzieja (1921-2009) wspomina dawny kolega z akademika, Andrzej Wajda:

Żadnego wspólnego spektaklu z Marianem Kołodziejem Pan nie przygotował. 


- Nie, ale mieszkałem razem z nim w domu akademickim, w latach studiów w Krakowie na ASP. To były takie czasy, że nikt niczego o sobie nie opowiadał. Wiedzieliśmy o Marianie Kołodzieju tyle, że siedział w Oświęcimiu. 

To akurat wiedzieliście? 

- Ale nikt się nad sobą nie rozczulał, nie opowiadał, co go spotykało. Wiedzieliśmy i tyle. Wszyscy żyliśmy tym, co będzie. 

Potem wasze drogi się rozeszły. Kiedy znów Pan usłyszał o Marianie Kołodzieju? 

- Dopiero kiedy już zacząłem robię filmy. Nawet nie wiem, gdzie zaczął pracować jako scenograf - jeszcze w Krakowie czy dopiero na Wybrzeżu? 

W teatrze Wybrzeże. 

- To był wówczas fantastyczny teatr. Kierownikami artystycznymi byli Lidia Zamkow, potem Zygmunt Huebner. Ja pojawiłem się w teatrze Wybrzeże dopiero po nakręceniu "Popiołu i diamentu". I wtedy zobaczyłem te Kołodziejowe obrazy na scenie. 

Zrobiły na Panu wrażenie? 

- Najgłębsze wrażenie zrobiło na mnie to, że ktoś, kto przeszedł przez piekło Oświęcimia, tak dalece potrafił odbudować się jako artysta. To, co dawał innym, nie polegało na minimalizacji, co byłoby pewnie bardziej naturalne - żeby redukować środki do minimum. A działo się wręcz odwrotnie. 

Projekty Mariana Kołodzieja emanowały energią życia, prawda? 

- Wręcz buchały życiem. 

Kiedy opuścił Pan Gdańsk, zachował Pan kontakty z Kołodziejem? 

- Kiedy kilka lat temu gościłem w Gdańsku, odwiedziliśmy Pana Mariana w jego domu. Pokazywał mi nowe projekty. Mało wtedy pracował dla teatru, ale zbierał się do czegoś nowego. Wspominaliśmy dawne lata. Człowiekowi wydaje się, że będziemy żyć wiecznie, że mamy czas, że jak nie spotkamy się dzisiaj, to spotkamy się jutro. A wszystko kończy się inaczej. 

Czasem, kiedy odchodzi jakiś artysta, mamy też poczucie, że razem z nim odchodzi jakaś epoka. 

- Tak jest teraz. Razem z Marianem Kołodziejem odchodzi epoka w historii scenografii, kiedy była ona radością dla oczu. Przychodzi scenografia albo użytkowa, albo będąca kreacją jakiejś rzeczywistości trudnej do określenia. Dawne bogactwo kostiumów, kolorów, życia, światła to piękny okres w naszym teatrze. A Marian Kołodziej jest na pewno tego kierunku artystą wiodącym. 

Epoka, kiedy scenograf był równoprawnym twórcą przedstawienia, na takim samym poziomie jak reżyser? 

- Teraz też jest kimś takim. Czasem nawet bardziej go widać niż reżysera. Nie na tym polegałaby różnica. Spektakl teatralny za czasów Mariana Kołodzieja był w dużym stopniu widowiskiem. Może to się zredukowało także dlatego, że telewizja zaczęła coraz bardziej zaspokajać potrzebę widowisk? 

Czy po latach poznał Pan "oświęcimskie" rysunki Mariana Kołodzieja? 

- Tak, widziałem te prace. Uderzyło mnie, ile lat musiało minąć, żeby Marian Kołodziej chciał wrócić o tych tematów. Bardzo mnie to uderzyło i zaciekawiło, jak głęboko musiał być zraniony, skoro tyle czasu na to potrzebował. A jednak widocznie musiał, skoro to zrobił. 

Zgodzi się Pan pewnie z tym, że odszedł człowiek niezwykłej prawości. 

- Tak, niezależnie od tego, jakiego pożegnaliśmy w nim artystę. W każdej sytuacji można było na niego liczyć. Wie pan, jak to jest w teatrze, różnie bywa w relacjach między ludźmi. Jego lojalność była znana i niepodważalna. 

Nie tylko w teatrze. Marian Kołodziej należał, tak o nim myślę, do "papieskiego pokolenia", był raptem pół roku starszy od Karola Wojtyły. W ludziach z tej generacji była niezwykła godność. Nie dziwi więc, że był tak blisko wydarzeń, związanych z Janem Pawłem II. Zaprojektował te pamiętne ołtarze, w Gdańsku i Sopocie. Również i to zostało mu dane w jego życiu. To piękne, że wymknął się śmierci po to, żeby stworzyć tyle wspaniałych dzieł i żeby też otrzymać możliwość udziału, jako artysta, w tych pielgrzymkach.

Jarosław Zalesiński
POLSKA Dziennik Bałtycki
21 października 2009

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia