To jest piękne

"A planety szaleją.." - reż. Anna Sroka-Hryń - Teatr Współczesny w Warszawie

To tylko godzina w tak zwanym Baraku, czyli na małej scenie warszawskiego Teatru Współczesnego. A jednak dawno nie widziałem tak zachwyconej, w finale na stojąco szalejącej z aktorami publiki.

 

„A planety szaleją..." to widowisko, które polega na tym, że jedenaścioro studentów czwartego roku kierunku muzycznego Akademii Teatralnej śpiewa piosenki Kory Jackowskiej, czyli zespołu Manaam. Śpiewa je w nowych, zdecydowanie nie rockowych aranżacjach pomagając sobie minimalnym ruchem scenicznym.

Manaam, czyli coś mojego
Nie sprawdzałem tego, ale zaryzykuję twierdzenie, że wszystkie te utwory powstały przed narodzeniem się młodych wykonawców. Dla mnie piosenki Manaamu to coś formacyjnego. Nie wyobrażam sobie bez ich wspomnienia kompletnego obrazu schyłku mojego liceum i – zwłaszcza – moich studiów, więc lat 80.. Te utwory z kasetowych magnetofonów kształtowały wyobraźnię, epatowały czasem jadem, czasem dramatycznym wołaniem, czasem przerysowanym komizmem, niekiedy manierą zmieniającą się w swoje przeciwieństwo. Ileż ta kobieta miała wyobraźni i jakiej!

A zarazem było w tych jej miniaturkach świata coś przystępnego. Nuciliśmy to wszyscy, nawet ci odlegli od muzyki rockowej, jak pewien mój kolega ze studiów, dla którego jedna z piosenek Kory, właśnie „A planety szaleją...", pozostała na zawsze symbolem jego niespełnionego uczucia.

Reżyserka Anna Sroka-Hryń wywołała mój zachwyt w roku 2019 przedstawieniem „Lunapark. Piosenki Grzegorza Ciechowskiego". Zrobiła je także ze studentami, o dwa lata starszymi od tych od Kory. Założenie było proste: przemodelowanie przez Mateusza Dębskiego piosenek Republiki na swoistą muzykę środka, jednak bardzo wyrazistą, dynamiczną, dało okazję do zastanowienia się nad nimi raz jeszcze.

Zatrzymać się przy poezji
Niby je znaliśmy. A przecież tempo i brzmienie rockowych kompozycji utrudniają zatrzymanie się nad poezją tekstów. Pewne niuanse, detale, akcenty, uciekały. I oto odkrywaliśmy je jakby na nowo. A że na dokładkę tamci studenci śpiewali pięknie... Poszedłem na spektakl dwa razy. Może poszedłbym trzeci, ale pandemia przerwała kruchy żywot „Lunaparku".

No i teraz doznałem podobnego wrażenia. Chwilami trudno było te piosenki poznać (chociaż stawały się najbardziej sobą w refrenach). Anna Sroka-Hryń złożyła wraz z Mateuszem Dębskim i ze studentami hołd POETCE najprawdziwszej. Unikającej doraźnych komentarzy, chociaż nie sposób nie poczuć w wielu momentach klimatu alienacji, frustracji i buntów z czasów PRL-u. Pięknie malującej najróżniejsze obrazy. Językiem, którego można jej zazdrościć. Przecież to ona sama pisała te teksty (jej mąż, Marek Jackowski, muzykę).

Nie chcę opowiadać, o czym to wszystko jest – niech każdy widz sam to odkrywa, sam szuka własnych odpowiedzi. Każda piosenka jest trochę o czymś innym, a przecież ma się poczucie podążania za spójnym wywodem. Utkanym bardziej z wrażeń niż ze zdarzeń, a jednak wywołującym momentami wilgoć w oczach. Skądinąd brzmienie teamu dowodzonego przez grającego na fortepianie Dębskiego (poza nim Alina Łapińska – harfa, Mateusz Dobosz - kontrabas) przenosiło nas w przestrzenie bez mała niebiańskie.

Rocznik zwyczajnie dobry
No i umiejętność wydobywania przez panią reżyserkę właściwych tonów z młodych wykonawców – niczym z najszlachetniejszych instrumentów. Znam ten rocznik – zachwycali od paru lat: w „Żywocie Józefa" Mikołaja Reja (reżyseria Jarosław Gajewski), a potem w dyplomach: w „Prawieku i innych czasach" według Olgi Tokarczuk (typowe przedstawienie muzyczne, też pod batutą Anny Sroki-Hryń) i w poważnym, nawet ponurym dramacie „Ludzie miejsca i rzeczy" Duncana Macmillana (reżyseria Anna Wieczur-Bluszcz), gdzie nie śpiewa się w ogóle, a muzyki jest jak na lekarstwo. Miałem wrażenie, że patrzę na już ukształtowanych aktorów, którzy zarazem mają pewną przewagę nad profesjonalnymi zespołami „dorosłymi": są w każdym momencie idealnie zgrani i jeszcze się lubią.

Nie zaskoczyło mnie więc właściwie, że odnieśli na Mokotowskiej kolejny sukces. Może jedynie rozmiary tego sukcesu były niespodzianką. Siedząca obok mnie przyjaciółka zerwała się do oklasków wcześniej niż ja, a ona ich nie znała, niczym się nie mogła więc sugerować.

To dla aktora największa zagroda – ta końcowa zabawa, kiedy widownia stała i oklaskami pomagała wybijać rytm ostatniej piosenki, śpiewanej wspólnie najpierw przez panów, potem przez panie, „Kocham cię kochanie moje". Piosenki jednak optymistycznej, wręcz zabawowej, pomimo różnych ponurości, które wyglądały ze spektaklu wcześniej. Jakby użyczono nam na koniec porcyjki wytchnienia.

Struktura widowiska była mniej więcej taka, że z chyba trzema wyjątkami, piosenkę wykonywał jeden dominujący solista, ale wspierany na różne sposoby, czasem chórem, a czasem tylko ruchem, przez całą ekipę. Niekiedy był to rodzaj show wydobywający z tekstów Kory komizm zaprawiany groteską. Tak było w przypadku „Cykad na Cykladach" (kapitalny Juliusz Godzina), tak było z „Lipstickiem" Tomasza Osicy, opadniętego na scenie przez żądne seksu kobiety, czy z „Och, ten Hollywood" niebywale ruchliwego Wojciecha Melcera. Kapitalnie satyryczne i całkiem aktualne przesłanie Kory sprzed przecież już 40 lat, z „Boskiego Buenos" nakreśliła brawurowo wyposażona w skrzydła Olga Lisiecka.

Ale większość piosenek była czasem cierpka, czasem gorzka, czasem wręcz katastroficzna. W takich tonach podawali teksty: Ada Dec, Natalia Stachyra, Karolina Piwosz, Maja Polka, Jagoda Jasnowska czy Maciej Dybowski. A jednak na koniec Maciej Kozakoszczak, jeden z moich ulubionych aktorów tego rocznika (choć cenię ich wszystkich) poprowadził nas ku harmonii, ku subtelnej pochwale miłości, a może i empatii w „Nie poganiaj mnie, bo tracę oddech". Śpiewana wolno, ta piosenka nabrała dodatkowego blasku. A potem jeszcze „Krakowski spleen" wykonany przepięknie przez całą jedenastkę. I wreszcie „Kocham cię, kochanie moje" na bis.

Oni śpiewają inteligentnie
Oni wszyscy śpiewają nie tylko ładnie. Oni śpiewają inteligentnie, co jest pochwałą także Akademii Teatralnej, która ich tego nauczyła. Czy ich opiekunką nie jest czasem mistrzyni inteligentnego śpiewania, Ewa Bułhak? Ale też nie byłoby tego spektaklu bez świetnie modelującego klimaty i konteksty muzyką i śpiewem tandemu Sroka-Dębski.

Tekst wyszedł mi jak laurka, ale dawno nie czułem takiej euforii. Czekam teraz na coś, co mi się nie spodoba i zapewne doczekam się szybko, bo z polskim teatrem nie dzieją się same dobre rzeczy. Ale raz, drugi spotykamy się wokół emocji i uczuć, które łączą, mam taką nadzieję, konserwatystów i progresistów. Za to wypada być wdzięcznym twórcom tego projektu, łącznie z dyrektorem Maciejem Englertem, który użyczył swojej sceny tak zdolnej młódzi.

Piotr Zaremba
Polska Times
9 września 2021
Portrety
Anna Sroka-Hryń

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia

Faust
Tobias Kratzer
Nowy "Faust" z Opery Paryskiej 29 lis...