To jest teatr!

Rozmowa z Tadeuszem Wnukiem

Rozpoczął się sezon, mamy trzy przedstawienia, które zostały wyprodukowane w lockdownie. Teraz chcemy je już publiczności pokazać. Zaczęliśmy od tego, że zapraszamy na ten bieżący repertuar, czyli „Zagraj to jeszcze raz, Sam". Niebawem zaczniemy już próby wznowieniowe do spektaklu „To wiem na pewno", chcemy zagrać „Prezent urodzinowy". Do grudnia mamy grania bardzo, bardzo dużo. Mamy ponadto spektakle repertuarowe: „Pułapka na myszy", bardzo dobry spektakl „Osiem kobiet". Tym wszystkim wypełnimy na pewno repertuar do grudnia.

Z Tadeuszem Wnukiem – dyrektorem Teatru im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze o poprzednim i obecnym sezonie teatralnym – rozmawiają Joanna Marcinkowska i Ryszard Klimczak z Dziennika Teatralnego.

Dziennik Teatralny: Byliśmy wczoraj na spektaklu i widzieliśmy teatr po remoncie. Szczególnie rzuca się w oczy widownia, a dokładniej jej kolor, który jest niestandardowy. Czy mógłby pan coś więcej na ten temat opowiedzieć?

Tadeusz Wnuk - Sytuacja była taka, że był spór.

O kolor?

- Tak, bo kolory były bordowe, czerwone – pamiętacie państwo. Tutaj z zastępcą ds.inwestycji, panem Jeleńskim, myśleliśmy o tym teatrze, który jest piękny, sam w sobie jako obiekt zabytkowy, secesja – bo to 1905 rok – być może nie taka bogata, ale secesja w ogóle nie była bogatym stylem. Pan Jeleński mówi, że jeżeli by się udało odbiec od tego tradycyjnego koloru: byłoby nieźle. Oczywiście trzeba było bardzo pieczołowicie do tego podejść, bo to zabytek, no i trzeba, oczywiście, tutaj z konserwatorem zabytków przede wszystkim uzgadniać wszystkie rzeczy. Tak to było – to nie można było inaczej, bez konserwatora. I to też jest chwała konserwatorowi, że przychylił się do pewnej takiej koncepcji, że być może kolory, które były zastosowane przed wojną w tym teatrze, a to były szarości, to była jakaś patyna – być może do tego wrócić. Ostatecznie po wielu, wielu konsultacjach, wielu dyskusjach stanęło na tym, że być może kolor oliwkowy, ale w połączeniu z ornamentyką złotą. Spróbowaliśmy i rzeczywiście to dawało taki efekt niesamowity, inny, aczkolwiek trudno się do tego przyzwyczaić, bo przez tyle lat było zupełnie inaczej. Ale jak poszło się już po całości, jak zaczęły wychodzić te wszystkie ornamenty właśnie zdobione złotem, ale takim nie krzykliwym, tylko spatynowanym, nie nachalnym, bo i balustrady, i balkony trochę „maźnięte", jak ja to mówię, plus ta oliwkowa zieleń, no i siedzenia. Pytanie teraz podstawowe – jakie siedzenia? Ponieważ te siedzenia nie były robione tutaj, one były robione w Turcji, nawet przysłali nam próbki materiałów po prostu, jak by to wyglądało – czy zieleń, czy oliwka i wyszło na to, że oliwka bardziej, w połączeniu z brązem, bo mamy podłokietniki brązowe. Wyglądało, że to może być bardzo ciekawy efekt i stanęło na tym, że tak będzie.
Powiem szczerze: na początku był szok. Może nie tyle publiczności, ale też decydentów tutaj w mieście, którzy muszę powiedzieć, że bardzo, bardzo pomagali. To jest niesamowite. Prezydent miasta był tu co trzeci dzień na budowie i patrzył jak postępy idą i co się tutaj dzieje. Były różne komplikacje, bo wiadomo – jak otworzy się szafę, to trup z szafy wypada. Zwłaszcza, kiedy teatr jest tak stary, no to zaczęło wypadać. Prezydent na początku mówi: a ja bym chciał taki czerwony, a tu już nie ma, inne zamontowane, te oliwkowe. Ale później zaczął patrzeć i powiedział, że rzeczywiście jest to piękne zestawienie. Trudno było się przyzwyczaić po tylu latach, ale teraz, kiedy dostaję opinie ludzi, którzy tu przyjeżdżają z zewnątrz, są po raz pierwszy w tym teatrze albo przyjeżdżają na festiwale, albo na koncerty: oni mówią, że naprawdę tak nietypowa atmosfera się zrobiła w tym teatrze , że wszyscy patrzymy na tę kolorystykę teraz z taką, naprawdę, dumą. Ważne jest, że to się udało, że się przyjęło.

Macie prawo, jak najbardziej, być dumni. Szczególnie, że jak się tak chwilę zastanowić, to te kolory korespondują tak naprawdę z kolorem zewnętrznym, który jest taki wpadający w zieleń i faktycznie to teraz gra ze sobą. Jest to jedno z drugim połączone – ma to sens. Poza tym zrobiło się jakoś tak przytulniej: widownia nie „krzyczy", nie absorbuje uwagi, tylko się po prostu na niej siedzi i cała koncentracja idzie na scenę. To było zaskoczenie. Zwykle siedzimy w jakiejś purpurze i wtedy to się zlewa, a tutaj jest takie wyodrębnienie sceny, jej podkreślenie, a o to chodzi przecież

Tak, tak się zrobiło i wyciszenie jest naprawdę bardzo dobre. Jeśli chodzi o akustykę, myśmy robili audyt specjalny, żeby wprowadzając nowe elementy nie zepsuć akustyki. Inżynieria akustyczna ma swoje prawa. Tutaj Politechnika Wrocławska robiła audyt: czy w tego rodzaju zmianie, bo tu były dokonywane zmiany, nawet ułożenie inaczej widowni już może spowodować zmiany akustyczne. Zwłaszcza, kiedy my wprowadziliśmy te automatyczne zamykanie kurtyn itd. One są podwójne i była kwestia, czy to nie spowoduje czegoś, że np. będzie ta słyszalność zła. Okazuje się, że jest zdecydowanie lepsza. Poprawiło się, ponieważ wprowadziliśmy wykładziny i ten dźwięk przestał się odbijać. On się kumuluje tylko i wyłącznie na widowni. Tak, że tutaj nawet muzycy, którzy przyjeżdżają jak Napiórkowski, Soyka, jazzmani różnego rodzaju – mówią, że jest tu jedna z lepszych akustyk. Nawet w niektórych wypadkach lepsza niż w filharmoniach. Tutaj im się zdecydowanie lepiej gra.

To ciekawe, bo tam przecież sto procent nacisku kładzie się na akustykę.

- Oczywiście, ja nie porównuję się do wrocławskiego Narodowego Forum Muzyki. Mówię o takich obiektach teatralnych, w których wykonywane są koncerty. Widownia mówi, że dla nich jest taki efekt, jakby muzycy cały czas grali studyjnie: słyszą każdy dźwięk, każdy akord. Muzycy nie muszą dodatkowo się aż tak nagłaśniać, bo ten dźwięk jest wokół nich. Tak, że tutaj naprawdę jestem z tego bardzo zadowolony, że jest taki odbiór publiczności.

Ile trwał remont?

- Od samego właściwie początku, kiedy dostaliśmy pieniądze. To było w 2016 roku, kiedy ja objąłem stanowisko dyrektora i przyszła decyzja, że jest dofinansowanie z Unii Europejskiej. Oczywiście tu też miasto partycypowało wkładem własnym. No i zaczęło się dla mnie coś, co zupełnie było niewyobrażalne (śmiech).

Mało który dyrektor przeżywa coś takiego (śmiech).

- Naprawdę, jeszcze dyrektor, który w sumie trzydzieści lat poświęcił na scenie grając, a nie mając do czynienia z budowlanką, nie mając do czynienia z takim gigantycznym remontem i przebudową teatru. No i pieniądze – ponad pięć milionów euro. To jest bardzo duża kwota. To było wtedy ponad dwadzieścia jeden milionów złotych. Bardzo duża kwota, a jednak niewystarczająca na wszystko, co chcieliśmy, jak się okazało. Mieliśmy trzy przetargi, bardzo drogie były przetargi – a my mamy tyle, ile mamy. Kwestia była, co można było zrobić, a z drugiej strony absolutnie nie można było sobie pozwolić: ani organizator (czyli miasto) ani my jako teatr na odstąpienie od czegoś takiego, że dostaliśmy taki grant, bo przypuszczalnie już w życiu nie dostaniemy takich pieniędzy. W związku z powyższym decyzja, że oczywiście: remontujemy, przebudowujemy, ale musieliśmy zrezygnować z pewnych rozwiązań, które mieliśmy w założeniu początkowo. Technicznych rozwiązań typu scena obrotowa, zapadnie itd. Trzeba było z tego zrezygnować na korzyść całości budynku, wyposażenia itd. I na to nam pieniądze wystarczyły. Oczywiście każda decyzja była podyktowana tym, że musieliśmy mieć zgodę marszałkowską na to – na każdą właściwie zmianę, która była poza projektem albo wynikała z czegoś, że inaczej nie można by było czegoś przeprowadzić.

W ramach prawa.

- Tak, absolutnie tak – prawo zamówień publicznych, prawo projektu i unijne prawo, których musieliśmy przestrzegać.

Są granice, poza którymi już mogą być kłopoty.

- Tak. Mogą być kłopoty, oczywiście – i te kłopoty wystąpiły tutaj. Nagle okazało się, że widownia, na której siedzimy teraz wymaga absolutnie wyburzenia. Właściwie ona się sama wyburzyła, bo nastąpiło zawalenie stropu. Kiedy ściągnęliśmy posadzki i wszystkie wierzchnie farby nagle okazało się, że te pęknięcia są tak duże, że absolutnie nie wolno wprowadzić na to nic, żadnej nowej widowni. Najpierw trzeba po prostu nowe stropy zrobić. Teraz siedzimy na widowni, ale już bezpiecznie, bo zostało wprowadzone osiemnaście ton stali, aby po prostu stropy wszystkie wzmocnić i zrobić na nowo. Tak, że to były te przysłowiowe „trupy".

Jaka była przyczyna tych pęknięć?

- Lata. Po prostu. Wiek zrobił swoje. Tego nie można było przewidzieć, ponieważ myśmy nie zdawali sobie pewnie sprawy z tego, że ulica Wojska Polskiego, ulica Sudecka, ulica Teatralna kiedyś były puste. Nic tu nie było. A teraz jest przez ruch samochodów drżenie takie, że to wszystko po prostu pękało, a my nie byliśmy w stanie tego nawet zobaczyć. Później, przy ekspertyzie późniejszej okazało się, że być może (odpukać w niemalowane drewno) groziło to katastrofą budowlaną, bo jeden silniejszy wstrząs, mocniejszy koncert – mógł spowodować, że widownia by się nagle zawaliła. Aż takie pęknięcia były, totalne. Dlatego nam to uznano za okoliczność nieprzewidywalną i dzięki temu mogliśmy dalej prowadzić prace. Nie wstrzymano nam po prostu remontu.

Z czego jest pan najbardziej dumny, jeśli chodzi o tę przebudowę?

- Z tego, że widownia przychodzi teraz, siada w te fotele i jest zadowolona. Fotele są wygodne i to taka rzecz właściwie drobna rzecz, a mówiąca o czymś. Przed wymianą widowni mieliśmy takie sygnały, że np. pani przyszła i delikatnie powiedziała, że sobie np. zadarła sukienkę na poprzednich fotelach czy coś się tam wydarzyło (śmiech).

No tak – teraz one są takie mięciutkie, cieplutkie, takie miłe, o zaokrąglonych krawędziach.

- Tak, dlatego teraz już nikt się nie boi przyjść w garniturze, w pięknej sukni. To jest fajne. Ale przede wszystkim cieszę się z tego, że poprawiły się warunki pracy dla załogi. Ponieważ dużo elementów takich, które już wymagały absolutnie jakiejś modernizacji: chociażby windy towarowe, których tutaj nie było. Są teraz windy towarowe od poziomu zero, czyli scenografia, która przyjeżdża może od razu wjeżdżać niemal na scenę.

Ile tu jest pięter?

- Tu są trzy piętra, cztery właściwie z poddaszem. Ta winda towarowa to jest dla pracowników absolutnie udogodnienie, bo oni nosili te ciężkie scenografie, które czasami naprawdę były strasznie ciężkie. Teraz jest trochę inna technologia wykonywania scenografii. Ale wtedy nosić te ciężary po tych schodach, po tych zakamarkach...

I to w górę i w dół, bo przecież trzeba było jeszcze znieść.

- Dokładnie. Tak jest – była góra i dół. Tak, że wyczerpanie tych ludzi było naprawdę spore i to jest duże ułatwienie. Bardzo dużym ułatwieniem jest to, że mamy windy też osobowe. Osoby niepełnosprawne mogą wjechać już bezpośrednio na salę i na widownię. Też w paradisach są poszerzone drzwi, przez które może wózek inwalidzki np. przejechać, żeby być blisko sceny. To są podjazdy zrobione przed teatrem, gdzie już wózek inwalidzki może podjechać. To było dla nas bardzo ważne, spowodowało, że przyrost widza o te osoby niepełnosprawne się powiększył. Bo przyjeżdżają do nas i ze Zgorzelca, z każdego innego terenu . Widzowie, którzy chcieliby być, ale te bariery tutaj nie pozwalały im na to, żeby uczestniczyć w spektaklu.
Całe zaplecze dla zespołu aktorskiego jest w ogóle zmienione. Garderoby są zmienione, są sanitariaty, są natryski. Już możemy po spektaklu się wykąpać. Zupełnie inaczej to wygląda – bardziej cywilizowanie. Wtedy bardziej to była rzeczywiście bohema teatralna (śmiech).

Teraz jest na współczesnym poziomie. Byliśmy wczoraj w garderobie, to naprawdę robi to wrażenie.

- To spowodowało, że jest inny wymiar pracy. Pracuje się lepiej. Nie powiem, że lżej, bo intensywnie aktorzy pracują, ale też mają ten czas na taki relaks w garderobie. I też zespoły, które do nas z zewnątrz przyjeżdżają inaczej już patrzą na ten obiekt, bo świat idzie do przodu.

Tradycja tradycją, historia historią, ale komfort dzisiaj do pracy jest wymagany inny.

- Dokładnie. Jest bardzo ważny. Tym bardziej, że gościmy zespoły i warszawskie, i krakowskie, i z Łodzi . Zbliżamy się do 48. Jeleniogórskich Spotkań Teatralnych. No to już właściwie na poziomie umów, które zawieramy są pewnego rodzaju wymagania, które teraz spełniamy. Teraz możemy zapraszać zespoły. Teraz możemy i z zagranicy gości zapraszać. Niedawno był tu pan David Hasselhoff, który u nas spędzał właściwie dwa miesiące mówił, że teatr jest przepiękny. No to jak człowiek z Ameryki przyjeżdża i mówi, że teatr jest przepiękny, że atmosfera jest przepiękna – to naprawdę cieszy.

Czyli odpadła wam trochę taka rola „gorszego partnera".

- Tak. Kiedy ktoś wybiera jakiś teatr, to może niekoniecznie właśnie pod tym względem Teatr Jeleniogórski i to jest bardzo ważne. Cieszę się, że udało nam się zrealizować tę inwestycję. Tak jak wspomniałem – absolutnie trudną, nieprzewidywalną zupełnie. Bo remontować obiekt zabytkowy to być może czasami lepiej wybudować zupełnie inny obiekt.

Z ekonomicznego punktu widzenia – dzisiaj na pewno.

- Ale z drugiej strony okazuje się później, że mamy taką perłę. To jest perła i teraz przygotowujemy się tutaj przede wszystkim – my i miasto jako organizator do kolejnej inwestycji: do elewacji. Ponieważ można zobaczyć, nie można tego ukryć, że już są blizny na elewacji.

Czyli to będzie kolejny etap? Dobrze, że myślicie o tym.

- W tym projekcie nie dało się już zawrzeć elewacji, bo to był odrębny projekt. Już w przyszłym roku 2022 pan prezydent Łużniak mówi, że poszukują partnera do tego.

Skąd?

- Będą pieniądze z miasta i najprawdopodobniej trwają rozmowy z Libercem, żeby wejść w takie partnerstwo i w tym momencie te pieniądze dodatkowe się znajdą.

Liberec w jakim charakterze?

- Też jako obiekt zabytkowy. Bo jeżeli dwa obiekty np. zabytkowe mają w tym samym czasie taką potrzebę zrobienia remontu czy jakiejś dużej inwestycji, to można się łączyć i w tym momencie jest łatwiej czasami o pozyskanie środków z zewnątrz, a zwłaszcza unijnych.

Jak został przeżyty ubiegły sezon? Szczególnie to niezwykle ciekawe ze względu na to, że był remont.

- Remont się skończył w 2019.

Aha już, tak?

- Tak. W 2019, we wrześniu była premiera „Dam i huzarów", takie otwarcie – po czym nas zamknęli. Czyli nastąpił lockdown. Trzy miesiące właściwie funkcjonowaliśmy, czyli nie nacieszyliśmy się tym obiektem jako obiektem tak już w pełni wykorzystanym dla widza.

Właściwe otwarcie, tak naprawdę, kiedy było?

- Praktyczne było we wrześniu 2019. Była premiera, graliśmy trzy miesiące, właściwie do końca roku, bo później nastąpił lockdown. Potem była długa, długa przerwa.

Co robiliście w tej przerwie?

- Tak jak wszystkie teatry – radziliśmy sobie. Ja nie zdecydowałem się na tzw. zdalną pracę, zwłaszcza zespołu artystycznego. Zespół artystyczny tutaj był na miejscu i produkowaliśmy. Brzydkie słowo, ale tak to można nazwać, bo produkcja szła on-line. Zrobiliśmy olbrzymi projekt „Norwid w domu". Pokazywaliśmy się właściwie naszym widzom codziennie, prezentując poezję światową, poezję naszych twórców tutaj: przede wszystkim jeleniogórskich, Kotliny Jeleniogórskiej. Chcieliśmy tak to wymyślić, żeby jakoś wspólnie zadziałać, wspólnym frontem poszli – aktorzy i twórcy, np. poeci, literaci, którzy są tutaj na terenie Kotliny. No i oni nam przysyłali swoje wiersze, swoją poezję, a myśmy czytali i gościliśmy codziennie w domach u naszych widzów. To trwało przez ten pierwszy lockdown całościowo, który był. Ponadto zrobiliśmy dwa duże projekty, czyli „Ślub" Gombrowicza – otrzymaliśmy dofinansowanie z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego na ten projekt: sto tysięcy. Zrobiliśmy „Ślub" w formie spektaklu telewizyjnego.

Kto reżyserował?

- Paweł Sablik. I drugi projekt, na który też pozyskaliśmy pieniądze, troszkę mniejsze, ale też w formie telewizyjnej zrobiliśmy „Pustostan". To były takie dwa duże projekty, gdzie zaangażowany był cały zespół artystyczny. Mi bardzo zależało na tym, żeby wszyscy aktorzy byli tutaj ujęci i żebyśmy nie tracili tej kondycji. Póki nas nie dopadł ewentualnie ten problem covidowy. Ale muszę powiedzieć, że zespół teatru Norwida łagodnie przeszedł. Zdarzały się, oczywiście, przypadki, że ktoś poszedł na kwarantannę, ale wcale nie musiał być chory – no, ale rodzina itp. Nie chorowaliśmy jednak tak bardzo mocno. Mogliśmy stworzyć te dwa projekty.
Później się skończył ten lockdown i weszły od razu nasze spektakle repertuarowe, które mieliśmy. Do pewnego momentu, gdzie, oczywiście, nas znowu zamknęli. No to dalej – mówię – drodzy państwo, sytuacja jest trudna. Ja mam popodpisywane kontrakty z realizatorami i podejmuję taką decyzję, że robimy te premiery. Jeżeli będziemy odblokowani, zagramy dla publiczności, jeżeli nie – będą to pokazy zamknięte. Zresztą tak jak masę teatrów w tym czasie.
Tu weszliśmy też w kontakt z Teatrem Zielonogórskim, z dyrektorem Czechowskim i postanowiliśmy zrobić sztukę „To wiem na pewno" Bovella, właśnie w reżyserii Roberta Czechowskiego. To była koprodukcja dwóch teatrów.

Co się też coraz częściej zdarza.

- Co się często zdarza, bo jest podział kosztów, podział zysków też jest (śmiech). Ale ktoś musi być liderem. Liderem został Teatr Norwida i zrobiliśmy to przepiękne przedstawienie, którego premierę dopiero mogliśmy pokazać dziewiątego stycznia 2021. Na początku tego roku i zrobiliśmy pokaz zamknięty, chociaż nie – pięćdziesiąt procent, zdaje się, publiczności było, zrobiliśmy ten pokaz i znowu nas, oczywiście, zamknęli. Dwa razy zagraliśmy to przedstawienie.

Ale zrobiliście premierę. Teatr Śląski robił taki duży spektakl „Prawda prawda prawda prawda" w reż. Agaty Dudy-Gracz i lockdown się zdarzył na tydzień przed premierą. Nie zrobili tego do dzisiaj.

- To jest ból. Bo wszyscy są w blokach startowych.

Tak, na końcówce, łącznie z techniką, ze wszystkim – no wszystko jest gotowe. I nie ma. Koniec.

- I tak było. Tak było w przypadku tej drugiej premiery, „Zagraj to jeszcze raz, Sam". Ja przewidywałem tą premierę na marzec, jakoś tak. Na sobotę. I nagle okazało się, że ma być ogłoszony od soboty znowu lockdown. I ja podejmuję decyzję: słuchajcie, no brakuje nam tego jednego dnia, tej trzeciej generalnej. Dzień wcześniej robię więc premierę dla publiczności, która przychodzi na ten jeden spektakl tłumnie! (śmiech) Tą jedną premierę dajemy, po czym nas zamykają. Ale – znowu przygotowaliśmy.

Aktorzy mają wentyl – zrobili. Pokazali. Najgorzej napracować się bez efektu.

- Nawet, jeżeli dochodzi do takiego pokazu zamkniętego – jest to tylko pokaz zamknięty. Wspaniale jest, ja odbieram przedstawienie jako zarządzający. Jest reżyser, jest parę osób, które realizowały to przedstawienie, ale już nie ma czegoś, ja sam jako aktor czuję, że jest jakaś pustka nagle. Zrobiliśmy, pokazaliśmy, ale dla kogo? Przecież robi się dla widza. Naprawdę tylko i wyłącznie. Dla siebie to jest ta druga strona medalu, że ja pracuję dla siebie. Ale aktor przede wszystkim pracuje dla widza.

Tak, to jest warunek. Jeden aktor – jeden widz. Co najmniej.

- Tak. I już jest teatr.

Jak nie ma tego albo tego, to teatru nie ma. Czeka się też po prostu – żeby tą energię wydać, wymienić się nią.

- Dokładnie. No i później była trzecia premiera. Jerzy Bończak zrobił „Prezent urodzinowy". Właściwie zrobił w czerwcu, ale to już mogliśmy troszeczkę pograć. W czerwcu cztery spektakle zagraliśmy. Ale to już typowa farsa, typowa komedia. Wprawiająca w pewien nastrój i bardzo dobrze zrobiona przez Jurka Bończaka. W farsie, jeśli się nie ma dobrego prowadzącego, to bardzo szybko można przejść na drugą stronę tej niedobrej rzeczy, która gdzieś prowadzi aktora w takie rejony, że on przeszarżuje. I już to nie jest to. Ale tutaj Jerzy Bończak lata poświęcił na robienie komedii, fars – tak, że on czuwał nad tym, żeby tej granicy nie przekroczyć i żeby to się nie stała szmira tak naprawdę. Bardzo dobrze jest odbierane to przedstawienie, bo też po tym okresie takiego zawieszenia, odwieszenia, zawieszenia, odwieszenia – to też widzów bardzo męczyło. Bo to były setki telefonów.

Odzwyczajają się od teatru.

- Tak. Odzwyczajają się i przeszli jakby na tą drugą stronę: tego teatru on-line. To mogło zrobić, w moim przekonaniu, wiele złego.

Niektórzy przeszli na chipsy, piwo i telewizję. Ale też był inny problem, bo normalnie nikt nie był przygotowany na to, że będzie pokazywał jakiś spektakl on-line. I potem były takie sytuacje, że była do internetu puszczona próba nagrana bardziej dla zespołu, a nie faktyczne do pokazania tego widzowi. Z jednej strony mogło to zachęcić widza, bo każdy mógł sobie obejrzeć spektakl choćby, przykładowo, z Teatru Narodowego, a z drugiej strony trafiało się na taką realizację on-line, że właściwie się nie dało tego za bardzo oglądać, bo to nie było profesjonalnie przygotowane nagranie spektaklu.

- Właśnie. Ja się tego dlatego bałem bardzo – wchodzenia tak głęboko w te produkcje on-line. Mówiłem moim kolegom aktorom o tym, że trzeba z tym bardzo ostrożnie. Był już taki moment, że „róbmy coraz więcej", a ja się jednak przed tym trochę bronię. Nie chcę tak daleko i głęboko wchodzić w to, bo aktorzy zaczęli się bawić tym. Zobaczyłem, że niektórym to naprawdę sprawiało frajdę: nowa technologia, nowe doświadczenia, nowa wiedza pozyskiwana. Oczywiście, to rozbudza naszą świadomość, stajemy się kreatywni. Ale z drugiej strony, myślę sobie, a gdzie później jest kondycja aktora? A gdzie później jest warsztat aktora? Przez przypadek możemy zatracić jedną z podstawowych umiejętności: emisyjnego, dobrego mówienia.

Bo przecież inaczej się gra on-line, a inaczej do widza. Nie potrzeba pewnych umiejętności mieć rozwiniętych aż w takim stopniu.

- No tak, bo tutaj „pchełka", mówimy sobie do kołnierzyka i jest fajnie, a tu jest widz.

Widownia wszystko czuje. Najpierw był kłopot, żeby przez maskę zauważyć reakcję, ale dzisiaj już chyba po oczach widać wszystko (śmiech). Ale właśnie o tym mówimy, że jednak ważnych jest dwóch realnych ludzi: widz i aktor naprzeciwko siebie, na żywo, gdzie tylko przestrzeń i powietrze jest między nami.

- Dokładnie. Aktor wtedy musi dokonać wyboru: albo jest z tym widzem, daje mu wszystko z siebie – jest słyszalny, jest zrozumiały, jest kreatywny na scenie. Może zaistnieć, może wprowadzić to, że jest interakcja między nim a widzem albo idzie do serialu i mówi do „pchełki" (śmiech).

To jest jeszcze bardziej widoczne w spektaklach dla dzieci. Jak dzieci nie zainteresuje aktor, to zaczynają gadać, rozrabiać i się słyszy tylko uciszanie ze strony pań przedszkolanek. To jednak nic nie daje – bo to aktor musi wykazać aktywność. Musi nawiązać najprawdziwszy kontakt z widzem. Nie da się inaczej.

- Nie da się. Dzieci nie będziemy uciszać. Dzieci muszą reagować (śmiech). Była taka tendencja, że dzieci nie mogą się odzywać – że teatr jest czymś takim, że nie wolno zakłócić tego, co się dzieje. Ale jest wręcz przeciwnie.

Tak. To jest najlepsza okazja, żeby poczuć jeszcze taki puls tej widowni.

- To jest właśnie edukacja. Na którą wiele lat zresztą gdzieś tam poświęciłem, edukując młodzież i dzieci. Pokazując im, że teatr to jest żywy twór. To jest materia, w której trzeba uczestniczyć. Nauczyciele też muszą otworzyć się bardziej i nie krytykować, nie uciszać dzieci, które chcą być takim czynnikiem też twórczym. Bo one są wtedy twórcze.

Naturalna reakcja na sztukę, tak naprawdę. Tu nie można powiedzieć, że widownia była do niczego (śmiech).

- Tak jest, to my jesteśmy czasami do kitu (śmiech). Nie ma reakcji – no to znaczy, że coś się wydarzyło i trzeba przyjąć na klatę.

Jak wygląda sprawa ze szczepieniami u was? Ma pan dane, kto się szczepił, kto nie?

- Jeżeli chodzi o Jelenią Górę, to pewnie nie przodowała w tych szczepieniach. Nie wiem, jak jest na dzień dzisiejszy, ale jeżeli chodzi o naszą załogę, to tak – jest zaszczepiona. Oczywiście w poszczególnych przypadkach: ze względu na chorobę czy coś, to ktoś nie podjął tego. Generalnie opinia jest taka, że tak, że trzeba się było zaszczepić. Bez nakazu jakiegokolwiek. Ja też jestem zaszczepiony. Poszło to w tym kierunku, że odpowiadamy za coś. Za siebie, za innych: i to jest ta świadomość. My mówimy tak, że mamy regulamin z jednej, drugiej, trzeciej strony. Maseczki każemy nosić, każemy dezynfekować ręce, ale sami co zrobiliśmy w tym kierunku? Przede wszystkim powinniśmy się zaszczepić, bo też jesteśmy w kontakcie z widzami, a chcemy, żeby widz jednak był bezpieczny.
To jest duży obiekt, ale to jest obiekt wietrzony – jako jeden z nielicznych obiektów w Polsce czy może w Europie wokół widowni ma okna, które można otworzyć. Foyer nie jest zablokowane, czyli po każdym spektaklu dodatkowo wietrzymy pomieszczenia. Jest tu masę klatek: możemy sobie pozwolić na to, że widzowie jedną stroną wchodzą, drugą wychodzą. Staramy się naprawdę wszystko utrzymać w porządku, w reżimie. Ale sobie pomyśleliśmy, że jeżeli od nas to nie wyjdzie, to dlaczego mamy wymagać od kogoś? Tak, że jesteśmy zaszczepieni.

Nie ma organizacji „płaskoziemcowych"? (śmiech)

- Nie, nie (śmiech). Mieliśmy przykładowo taką sytuację, że widzieliśmy, jak funkcjonuje film. Bo dwa miesiące tu siedzieli i kręcili film z Hasselhoffem „Ze Network", taki szpiegowska komedia, chyba sześcioodcinkowa.

Kto kręcił?

- CBS i RTL. Dwie stacje zagraniczne. Jakie oni mieli na przykład obostrzenia? Codziennie mieli przeprowadzane testy, a ekipa była osiemdziesiąt osób. Codziennie kręcili i codziennie byli testowani, włącznie – oczywiście – z naszymi pracownikami, którzy tutaj w tym czasie byli. Ten reżim covidowy pozwolił im na to, żeby nie przerwać kręcenia filmu. Umówmy się – jakie to są pieniądze. I też bezpieczeństwo poszczególnych osób. Tak, że myślę, że my też poszliśmy w dobrym kierunku i dlatego mamy te 75% widowni, która obecnie obowiązuje.

Czyli na tym poziomie to się raczej utrzymuje?

- Tak jest – to się bardzo dobrze trzyma. W naszym przypadku to jest ok. 250 osób. Bo my mamy na widowni 479 miejsc obecnie, więc tak mniej więcej wychodzi.

To jest bardzo dobry wynik. Czy robicie też coś takiego jak spektakle dla dzieci, dla młodzieży – takie szkolne?

- Nie nazwałbym tego szkolnymi spektaklami, tylko bardziej familijnymi. To jest „Ania z Zielonego Wzgórza" – duży musical, śpiewający, cały zespół gra. Do tego „Scrooge. Opowieść wigilijna" i to jest już kultowe chyba nasze przedstawienie, grane już dziesięć lat, ale cieszące się zawsze olbrzymim powodzeniem. Wcale się nie dziwię, bo to taki okres, że startujemy zawsze w grudniu tym spektaklem i wtedy czujemy już powiew Świąt. Takie familijne, rzeczywiście, robimy spektakle. Jeden spektakl zrobiliśmy dla dzieci „Szelmostwa lisa Witalisa". Chyba dwa sezony temu. To był taki typowo, właśnie, szkolny – typowo dla dzieci spektakl. Ale to był spektakl, który zrobiliśmy jeszcze na scenie tzw. awaryjnej, kiedy tutaj nie mogliśmy grać.

Gdzie graliście?

- Zrobiliśmy sobie scenę taką zastępczą i to była scena w samym centrum Jeleniej Góry, na ulicy Krótkiej. Było kino, proszę sobie wyobrazić. Prywatne kino w prywatnej kamienicy. Ponieważ ja wiedziałem, że remont już się rozpocznie, pieniądze już są podpisane, więc teraz – co? Muszę wyprowadzić teatr z tego głównego budynku. I co? Przez trzy lata właściwie nic nie będziemy robić? Nie – trzeba po prostu grać. Ponieważ ja mieszkam też w centrum miasta to kino znałem, Kino „Grand", które było prywatnym kinem, puszczało sobie filmy, dla kilku osób.

Jak duża widownia?

- Sto osób. A jak myśmy weszli, powiększyliśmy, bo balkon dodaliśmy – na 160 osób w sumie. Wtedy zaczęliśmy tam grać przedstawienia tylko i wyłącznie takie kameralne, małoobsadowe. Bo scena była mała: na 6-7 osób. Niemniej utrzymywałem cały czas w dyspozycji zespół i cały czas robiliśmy premiery i m.in. dla dzieci zrobiliśmy też tam premierę. Teatr przetrwał i radził sobie bardzo dobrze. Proszę sobie wyobrazić, że to kino, które funkcjonowało na takiej zasadzie, że pojawiał się tam jeden widz, dwóch, trzech – ja byłem na jednym seansie i sam zupełnie siedziałem – wtedy wpadłem na pomysł, że może zrobić tutaj ten teatr zastępczy. Powiększyć scenę (i rzeczywiście ją powiększyłem), tak samo widownię. Zrobiliśmy coś na kształt teatru, czyli np. okotarowanie. Stworzyliśmy taki mały teatrzyk.

A oświetlenie?

- Wszystko zabraliśmy stąd i tam zrobiliśmy, oczywiście, odpowiednie rusztowania, na których umieściliśmy to oświetlenie. Stworzył się taki mały teatrzyk, funkcjonujący w środku miasta. Publiczność była zawsze tłumnie. Ja myślałem, że to będzie tak na odwrót, że ci widzowie, którzy do nas przychodzili, to pomyślą, że to jakaś zastępcza scena, jakieś coś – no to nie będziemy chodzić. Wręcz przeciwnie. Ta publiczność nam pomogła przetrwać cały ten remont. Naprawdę. Bez wsparcia publiczności, bez tego, że czuliśmy się potrzebni jako zespół teatralny, jako aktorzy – nie przetrwalibyśmy. Bez tego, że oni przychodzili do tej małej salki, gdzie czuli się jak w teatrze. Ponieważ myśmy też bardzo się starali, żeby widz czuł naszą obecność: że my chcemy, nie poddajemy się. Nie wiemy, ile ten remont będzie trwał tak naprawdę, bo nie wiedzieliśmy tak do końca. Mimo, że były pewne ustalone daty, ale co chwilę coś się tu wydarzało, jak to przy budowie. Ale zespół aktorski nie odpuszczał i fajne spektakle robiliśmy. Zaczął przyjeżdżać do nas pan Jurek Bończak, pan Sosnowski, pan Siudym – i zaczęliśmy robić fajne, małe przedstawienia kameralne. I to się spodobało publiczności.

Dowiedzieliśmy się, że odpadła wasza Scena Studyjna? Jaka była tego przyczyna?

- Ona nie odpadła tak do końca. Scena Studyjna została stworzona w pewnym okresie i bardzo dobrze. Dawała możliwości tego repertuaru różnorodnego i oddzielenia dużej sceny od małej – to było, oczywiście, bardzo ważne. Natomiast jak weszliśmy w ten remont, to się okazało, że to, że ona się nie zawaliła ta scena, to był cud jeden wielki. Ona w ogóle nie powinna być użyta jak scena. Na dodatek jeszcze nie powinna być wykorzystana na to, żeby obciążenia, które wchodziły – z tytułu inscenizacji, scenografii, widowni, która tam powstała – tam w ogóle były. Te kable, to było tak wszystko ciężkie, że to naprawdę cud, że to się nie zawaliło. Tam była kiedyś piwiarnia, drodzy państwo (śmiech). Przed wojną tam była piwiarnia. Bo to był przecież Dom Sztuki, to nie był teatr.
Było, oczywiście, to fantastyczne, ale wówczas, kiedy powstawała ta scena, nikt nie przeprowadził żadnej ekspertyzy wytrzymałościowej: czy można tam w ogóle to zrobić. Kiedy to wszystko zostało rozebrane, okazało się, że ściany są tak popękane już, że po prostu mogłoby się to zawalić. Teraz już to wszystko jest wzmocnione, ale nie na tyle, żeby przyjmować tak duże obciążenia. Dlatego na dzień dzisiejszy jest taki pomysł mój, że scena tam będzie funkcjonować, ale muszą być zupełnie inne wytyczne. Scenografia musi być lekka: ona musi być z innych materiałów robiona. Inaczej musi być też urządzona widownia – nie może być na tak ciężkich konstrukcjach to wszystko zrobione. Czyli to jest kwestia tylko czasu zmodernizowania. Nie chcę pozbawiać teatru tej sceny, absolutnie, tylko ja ją muszę zrobić z głową. I muszę też mieć odpowiednie obliczenia (które już właściwie mam), ile to może wytrzymać, ile tam widza mogę wpuścić: nie więcej jak osiemdziesiąt osób.

Trzeba przygotować coś w rodzaju regulaminu: jakie spektakle tam mogą powstawać. Jak może w ogóle wyglądać taka produkcja w tym miejscu. Pan musi być też, że tak powiem, kryty.

- Dokładnie. Ja nie mogę już wziąć takiej odpowiedzialności. Szczególnie z tą wiedzą i świadomością. To już byłoby nieodpowiedzialne.
Nie chcę nas pozbawiać tej sceny. Ona jest pięknie teraz zrobiona, z pięknym nowym żyrandolem. Natomiast też właśnie patrzę, jakie są rozwiązania współczesne. Ze względu na oświetlenie choćby – zupełnie jest inna technologia oświetleń. To było wszystko fajne, piękne, ale ciężar tego wszystkiego, w ogóle rusztowania, na którym wisiały te reflektory: był taki, że jak to zaczęli ciąć to się zaczęli zastanawiać, jak to się w ogóle trzymało po prostu w ścianach. To jest niemożliwe! Wracam do tego, ale mówię – wszystko po kolei.
To trudna kadencja moja. Bo ja zacząłem od remontu i działań artystycznych. Tak prawdę powiedziawszy musiałem pogodzić i jedno i drugie. Wcale to nie było łatwe.

Ale jakież jest to doświadczenie dla pana.

- Tak, już mogę budować następny teatr (śmiech). Chcę przygotować tę Scenę Studyjną, żeby odpowiadała naprawdę wymogom ppoż., BHP – wszystkich takich rzeczy, żeby widz, po prostu, nie był zagrożony.

A jak już powstanie Scena Studyjna, załóżmy, zostanie oddana do użytku – myślał pan, żeby przynajmniej od czasu do czasu skorzystać z tej trzeciej sceny? To jest możliwe do użytku dalej, czy to była taka doraźna współpraca?

- To jest obiekt prywatny zupełnie. Zacząłem rozmowy z właścicielem, żeby zachować tę scenę, bo to naprawdę fantastyczna sprawa, lokalizacja rewelacyjna.

Widzowie też się po części już przyzwyczaili.

- Tak, bo mogli szybciutko przejść się na Plac Ratuszowy, tam wypić sobie kawkę i dwa kroki – już byli w teatrze. Chciałem to utrzymać, wydzierżawiać dalej. Niestety właściciel w moim przekonaniu jakby nie wyczuł chyba sprawy do końca, ponieważ miał widza, miał kawiarenkę, która była jego i widz korzystał z tej kawiarenki, czyli czysty pieniądz. Nic nie musiał robić, my utrzymywaliśmy obiekt, a on jeszcze dodatkowo zarabiał. Myśmy się zaczęli wyprowadzać, ja zacząłem rozmawiać i nie zgodził się na zejście z ceny. Mówię, że już tam nie będziemy siedzieli, ale możemy to utrzymać. Tylko dwa obiekty dla mnie utrzymać to już było dużo, i dla miasta też bardzo duże obciążenie. Gdyby tam trochę zejść z ceny – może by się to udało. Właściciel postanowił, że nie, że musi być taka sama cena. No mnie na to nie było stać. Skończyło się na tym, że przyszedł lockdown, to wszystko zostało tam zamknięte i nie funkcjonuje do dnia dzisiejszego. Dochodzą mnie słuchy, że ten obiekt został wystawiony na sprzedaż. Szkoda, bo chciałem to po prostu ratować i z tego korzystać. Jakby dostawał, powiedzmy dziesięć procent mniej – nadal ma zarobek. Wtedy nawet w takim lockdownie gdybym ja to miał, to musiałbym mu płacić.

Szczególnie, że to taka fajna alternatywa, póki nie funkcjonuje Scena Studyjna. Taka mała scena, na małe spektakle. Świetna lokalizacja, super miejsce. Przecież tam nawet i aktorzy prywatnie mogliby malutkie przedstawienia robić.

- Tak, oni już nawet oni gdzieś tam o tym mówili. No, ale właściciel jest właściciel. Gdyby to było w posiadaniu miasta – inna by była rozmowa. Ale jest to właściciel prywatny i on podejmuje decyzję. Ja jestem jednak nadal otwarty na współpracę.

To może warto porozmawiać teraz o sezonie, który się rozpoczął – o planach.

Tak – rozpoczął się sezon, mamy trzy przedstawienia, które zostały wyprodukowane w lockdownie. Teraz chcemy je już publiczności pokazać. Zaczęliśmy od tego, że zapraszamy na ten bieżący repertuar, czyli „Zagraj to jeszcze raz, Sam". Niebawem zaczniemy już próby wznowieniowe do spektaklu „To wiem na pewno", chcemy zagrać „Prezent urodzinowy". Do grudnia mamy grania bardzo, bardzo dużo. Mamy ponadto spektakle repertuarowe: „Pułapka na myszy", bardzo dobry spektakl „Osiem kobiet". Tym wszystkim wypełnimy na pewno repertuar do grudnia. Tym bardziej, że chcemy już uruchomić próby do „Scrooge'a...", bo to tak się mówi, ale to jest przerwa roczna i wszyscy musimy na nowo wejść w cykl takiego bycia, działania. To też nas trochę wszystko jednak wybiło z rytmu, muszę powiedzieć. Jest jeszcze „Mąż mojej żony", „Seks dla opornych" – obydwa w repertuarze. Tak, że tu na pewno do grudnia mamy pełne ręce roboty.
Muszę też wprowadzić zastępstwa, ponieważ tak się wydarzyło, że trójka kolegów z zespołu poszła na emeryturę. Teraz przyjąłem trzech aktorów od tego sezonu na etat i muszę tych aktorów wprowadzić.

To są aktorzy już grający czy po szkole?

- Jeden aktor jest grający, jeden jest zupełnie po szkole, po wrocławskiej, no i przyjdzie też dziewczyna, która jest absolwentką szkoły też wrocławskiej, po dramacie. Muszę uzupełnić więc te spektakle, bo są zbyt cenne, wartościowe, żeby je odłożyć na półkę – będę wprowadzał zastępstwa. Mamy więc naprawdę bardzo dużo pracy.

Jednocześnie odmładza pan zespół.

- No tak (śmiech). Świeża krew – to jest zawsze piękne. My wtedy, starzy aktorzy, zaczynamy widzieć, słyszeć, to jest to. Tak to się będzie działo, a jednocześnie mam nadzieję, że już rozpocznę w październiku „Wycieczki osobiste", dramat psychologiczny Ałbeny Grabowskiej w reż. Marka Siudyma. Chciałbym już próby rozpocząć, żeby mieć już właściwie pierwszy tytuł na pierwszy tydzień Nowego Roku.

Czyli premiera w Sylwestra?

- Z reguły robiliśmy właśnie coś takiego, że jest to premiera w Sylwestra. Być może wyjdzie na Sylwestra, a jak nie, to też praktykujemy, że mamy wtedy pierwszy dzień Nowego Roku – „Szalone nożyczki" tak właśnie grane były, żeby po prostu uczcić Nowy Rok premierą. Powoli się do tego wszystkiego więc przygotowujemy.
Później, na Międzynarodowy Dzień Teatru, chciałbym zrobić „Przez park na bosaka" Neil'a Simona i to będzie robił Andrzej Nejman. Potem jeszcze „Mały Eyolf" Ibsena – to Katarzyna Szczypek będzie robiła.

Kto to jest?

- Zupełnie młoda reżyserka, po szkole krakowskiej. Chcę tu też dać pole już młodym twórcom, młodym reżyserom, którzy chcą. Przysyłają swoje propozycje, czyli chcą zaistnieć na rynku teatralnym, ale też chcą pracować w tym teatrze. Jednak ta legenda wielkich reżyserów jest cały czas obecna i przyciąga. To mnie cieszy bardzo, bo to nie jest taki teatr, który jest bezimienny, tylko gdzieś tam istnieje w świadomości.

Szczególnie jak ktoś studiował w Krakowie, to się musi otrzeć o to, że Jelenia Góra to jest jednak kawał teatralnej historii.

- Tak, jest to kawał historii i w tę historię młodzi chcą wejść. To jest naprawdę fascynujące, że jak rozmawiam z panią Szczypek czy z panem Sablikiem jak rozmawiałem – to są młodzi ludzie, a jednak znają tę historię. Znają historię Jeleniej Góry, wiedzą, kto tu był, że tu pracowali m.in. Lupa, Grabowski, czyli osobistości, gwiazdy. Teraz jeszcze dowiedzieliśmy się, że już nie ma świętej pamięci pana Gołasa, który tutaj w 1956 roku grał „Zemstę", Papkina grał. Ostatni z tej ekipy to już Pieczka pozostał jeszcze.
Plany są – miejmy nadzieję, że się nic nie wydarzy, że nas znowu nie przyblokują. I tak to wygląda do końca tego sezonu.

No to właściwie świetlista przyszłość – jest co robić, jest co grać.

- Tak. No i też mamy cudowną publiczność, która do nas przychodzi. Pracy jeszcze troszkę mamy, jak państwo widzicie. Obiekt jest zupełnie nowy, ale go trzeba zagospodarować. Mamy teraz w planach uruchomienie kawiarni przede wszystkim, bo na razie jej jeszcze nie ma.

Właśnie, ta kawiarnia to też był mocny punkt tak naprawdę tego teatru. Nie tylko przy okazji spektakli, ale tak ogólnie. Niezwykły klimat tego miejsca po prostu.

- Tak, to prawda. Chciałbym to ponownie wprowadzić. Musi się znaleźć ajent, dzierżawca tej sali. Kuchnia już jest zmodernizowana, już jest przygotowana – w trakcie remontu myśmy zmodernizowali to wszystko, więc tylko się tam wprowadzić. Ale ja rozumiem restauratorów, rozumiem przedsiębiorców, którzy nie chcieli ryzykować w momencie, kiedy jest pandemia. Trudno otwierać coś nowego, jak ze swoim się ma takie problemy. Wcale im się nie dziwię. Było tutaj już paru oferentów, którzy już chcieli wchodzić i nagle pandemia. Wycofali się i wcale się nie dziwię, ale teraz podejmiemy po raz kolejny rękawicę. Ja sobie nawet nie do końca umiem wyobrazić, jak to może funkcjonować teatr bez kawiarni.

Tutaj to była właściwie taka integralna część. Teraz w takich kawiarniach się wszyscy spotykają.

- Zdecydowanie – to musi być, musi wrócić.

Widzieliśmy wczoraj „Zagraj to jeszcze raz, Sam" i mamy taką refleksję, że pan Sosnowski to tak fajnie wyważył. Zrobił to w taki sposób, że pokazał, że to nie jest przestarzały tekst. On się jakoś wpisuje w taką dzisiejszą narrację, w sposób myślenia. Był dowcipny na tyle, że publiczność świetnie reagowała, no i na koniec widzieliśmy pana w nowej roli, choć wiemy, że ma pan wykształcenie wokalne, ale dzięki temu świetnie się spektakl zakończył. To dobry pomysł był, żeby zakończyć tą piosenką w pana wykonaniu. Ale chyba często się pan nie obsadza?

Nie, nie. Tutaj akurat było właśnie to połączenie, że pan Sosnowski wymyślił sobie, że na końcu można zaśpiewać to „New York, New York" – no i po co sprowadzać wokalistę, skoro ja mogę zaśpiewać (śmiech). Staram się nie grać, ale też nie miałem jak po prostu. Przy tych inwestycjach, przy tym wszystkim, ja nie dałbym rady. Absolutnie: mnie to tak pochłaniało, ta cała część budowlana, że ja nawet nie byłbym w stanie się skoncentrować właściwie na roli, którą bym miał zagrać. Bo to były miliony telefonów różnego rodzaju, afery. To jest dopiero teatr!

Na pewno. Na koniec jeszcze może jedna rzecz: wiemy, że w tym roku charytatywny koncert „Jesteśmy z Norwida", który przygotowuje cieplickie liceum, odbędzie się na Dużej Scenie Teatru Jeleniogórskiego. Czy mógłby pan coś więcej o tym powiedzieć?

- Powód jest bardzo ważny: dwusetna rocznica urodzin naszego patrona (zarówno szkoły, jak i teatru) – Cypriana Kamila Norwida.

Nawet świeży obraz pan ma na ścianie, piękny portret Norwida.

- Tak, i chcę powiedzieć, że ten obraz jest namalowany przez osadzonego w areszcie śledczym w Jeleniej Górze, gdzie wiele lat prowadziłem zajęcia z zakresu terapii przez sztukę. Stąd ten obraz. Co do koncertu, to tak – chcemy w ten sposób uczcić tę rocznicę. Ponieważ jest w Jeleniej Górze liceum, który nosi to samo imię, czyli Norwida, to pani dyrektor szkoły wpadła na pomysł, żeby to na tej scenie, norwidowskiej scenie, był koncert. Ja nie mam nic przeciwko temu, dla mnie to jest absolutnie fantastyczna sprawa, więc będziemy partnerami. Chcemy tutaj dziewiętnastego października zrobić ten koncert. Młodzież z „Norwida" w teatrze im. Norwida – koncert, któremu będzie patronował pan prezydent Jerzy Łużniak. To jest też takie wydarzenie, które wpisze się w taki program edukacji teatralnej, który w teatrze jest i to jest bardzo dobry kierunek. My pracujemy z młodzieżą, w dalszym ciągu prowadzimy Młodzieżową Scenę Dramatyczną, składającą się właśnie z młodzieży licealnej. Tak, że taka inicjatywa ze szkoły – pomysł bardzo dobry. Szczególnie teraz, na tej nowej, odnowionej, Dużej Scenie Norwida

Dziękujemy bardzo za rozmowę i życzymy wszystkiego dobrego.

- Bardzo pięknie dziękuję, że państwo przyjechali. Dziękuję również za rozmowę.

Joanna Marcinkowska , Ryszard Klimczak
Dziennik Teatralny
9 października 2021
Portrety
Tadeusz Wnuk

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

"Dziady" - reż. Maja K...
Maja Kleczewska
Dziady anno domini 2021 będą przedsta...