To nie fabryka amunicji

rozmowa z Mirosławem Połatyńskim

- Środowisko krzyczy "pieniądze nie ważne, misja ważna" i szastają funduszami. Ale kiedy nagle brakuje na tę "misję" pieniędzy, to atakują i krzyczą "nie ma pieniędzy, a my tu misję robimy". To jakieś błędne koło - rozmowa z Mirosławem Połatyńskim, kandydatem na stanowisko dyrektora Teatru Kochanowskiego w Opolu w pierwszym, nierozstrzygniętym konkursie.

Mateusz Rossa: Zakończył się konkurs na dyrektora Teatru Kochanowskiego w Opolu, w którym brał Pan udział. Żadnemu z kandydatów nie udało się przekonać komisji konkursowej do swojej koncepcji programowej. Czy zechciałby Pan przedstawić opinii publicznej zarys swojego programu zaprezentowanego komisji konkursowej?

Mirosław Połatyński: Komisja miała okazję przeczytać przed przesłuchaniami moje bardzo wnikliwe i detaliczne opracowanie Konceptu na najbliższe trzy lata, z uwzględnieniem dotacji Urzędu Marszałkowskiego, oparte na podstawie sprawozdań finansowych teatru z trzech ostatnich lat, jak i wielu dodatkowych danych, o które poprosiłem panią księgową z teatru. Poświęciłem temu bardzo dużo czasu i wyszło 19 stron. Opracowanie dotyczyło analiz finansowych i repertuarowych, dotychczasowej strategii menadżerskiej, kosmetyki organizacyjnej oraz propozycje nowych rozwiązań i szerszej oferty kulturalnej dla opolskiego odbiorcy. Do tego dołączyłem dodatkowo dziewięć stron samych analiz finansowych i symulacji wyjścia z impasu na najbliższe trzy lata. Czyli razem 28 stron. Chyba za dużo. Posłużyłem się także, na samym początku, pokazem multimedialnym w Power Point. Pokazałem krok po kroku, rok po roku, jak można precyzyjnie i bezboleśnie wyjść z finansowej pułapki. Poświęciłem dwanaście stron działalności podstawowej teatru i samemu zespołowi. Mimo, że to nie zespół i pracownicy teatru są tu dziś problemem. Niektórzy twierdzą, tak w prasie, jak i w rozmowach, że nie ma zespołu. Według mnie to jest absurd. Będę bronił kolegów. Zespół jest, tylko rozproszony i zagubiony w tym wszystkim, co się wkoło od dłuższego czasu dzieje i z nim wyprawia. Problemem są finanse, a nie pracownicy teatru. Stąd więc w pokazie Power Point skupiłem się nad rozwiązaniem problemu. Chirurg, w trakcie operacji myśli o samym polu operacyjnym i jak wykonać to, co jest w polu operacyjnym do zrobienia. Tak się rozwiązuje problemy i scala porozrzucane elementy układanki. Dobre strony w teatrze też są. Być może był to z mojej strony zbyt obszerny i zbyt detalicznie pokazany materiał, co nie pozwoliło Komisji na dokładną analizę i wyciągnięcie podstawowych wniosków. Finalnie więc, nie przekonałem Komisji, co do realnej realizacji mojej koncepcji.

M.R.: Czy byłby Pan skłonny podać do publicznej informacji swoje założenia konkursowe, jakie przedstawił Pan komisji?

M.P.: Może zacznę nieco wcześniej. Kiedy w styczniu tego roku było wiadome, że będzie konkurs na dyrektora, zadałem sobie pytanie. Jaki klucz można znaleźć (i czy jest jakiś), żeby nie dezorganizując pracy mojego rodzimego teatru i nie zwalniając ludzi, pokonać problemy finansowe? Bo takie było i jest realne zagrożenie i jedyne dotychczasowe propozycje rozwiązań. To właśnie jest największą aktualnie bolączką. Niska dotacja i grubo ponad milion złotych straty za rok 2014, o co została pomniejszona dotacja na rok 2015. Mimo, że dyrektor Tomasz Konina wypracował przychody z biletów na ponad milion złotych, przy dużo obniżonej dotacji na 2015 rok, w stosunku do roku 2014, powstała luka w aktywach. Powiedziałem sobie, że jeżeli nie znajdę realnego rozwiązania, to do konkursu nie przystąpię. Jaki to miałoby sens? Ja nie szukam stanowiska pracy, żeby się utrzymać. Radzę sobie dość dobrze.

Ale wróćmy do Pańskiego pytania. Przy takim długu, ekonomia pokazuje, że należałoby zwolnić około 20 osób i otrzymać dotację o ok. 20% wyższą, suma ta pokryje straty - tę brakującą kwotę ponad miliona złotych. Z tego co wiem, obaj moi kontrkandydaci taką właśnie propozycję wysunęli, a jeden z przedstawicieli teatru w Komisji, za taką opcją głosował. Ciekawe, prawda? Wiem także, że były też osoby, które nie przystąpiły do konkursu, ale w rozmowach z władzami województwa też wysunęły takie oczekiwania i taki klucz przedstawiły. Rozmawiałem z nimi. Nie przystąpiły, bo o zwiększeniu dotacji nie ma mowy, a zwolnienia też nie były dla nich godnym i miłym rozwiązaniem. Przy tym okres zbilansowania do zera finansów, w tej wersji, to minimum trzy lata. Trzy lata wynagrodzeń pracowników na dzisiejszym poziomie. Ja też to obliczałem i to jest prawda. Taką sumę można w ten sposób wygenerować. Jednak znalazłem inną opcję i dlatego zdecydowałem się kandydować. Dziś rozumiem, że jest ona zbyt nowatorska i stąd trudno tak szybko ją przyswoić. Liczyłem na to, że wspólnie to poważnie przedyskutujemy. Jednym z argumentów Komisji było to, że jeżeli to jest takie proste, to dlaczego inni dyrektorzy teatrów publicznych na to nie wpadli? Hm ja sobie też zadaję to pytanie. Może dlatego, że mieli komfort otrzymywania co roku dotacji, nie dane im było dwanaście lat pracować w innym, bardziej brutalnym i realistycznym rynku, gdzie nie ma dotacji "z klucza". Mam tu na myśli oczywiście Kanadę. Nie będę się zagłębiał w temat "dlaczego", bo nie chcę się narażać pewnemu gatunkowi myślenia. Poza tym, do rzeczy. Nie o polemikę tu chodzi.

W mojej koncepcji, zachowując podstawową działalność i misję teatru publicznego, chciałem wejść dodatkowo trochę w paradę agentom, którzy od zawsze organizują w całej Polsce spektakle komercyjne. Zachowując więc działalność podstawową teatru, czyli własne produkcje, oparte na własnych aktorach i załodze, zabrać agentom troszkę z tego tortu. Wpadłem na to, że teatr nasz może też organizować na boku pokazy spektakli komercyjnych ze znanymi nazwiskami, dzierżawionych od prywatnych producentów i teatrów komercyjnych. Klucz jest następujący. Pięć tytułów. Jeden grany trzy razy w miesiącu w naszym regionie i cztery pozostałe po cztery razy w miesiącu w województwach ościennych. Rotacja odbywałaby się co miesiąc w systemie karuzelowym. Tytuły jak i Agentów można zamieniać. System jest elastyczny. Daje to w sumie w miesiącu przychody z 18, 19 przedstawień obcych, granych poza siedzibą naszego teatru. Taki system przyniósłby, nie wdając się w szczegóły liczb, w ciągu roku finansowego kwotę równą tej, którą teatr ma dziś pod kreską. Zgodnie z zapisem w Statucie i Ustawie, teatrowi wolno przecież prowadzić dodatkowo działania impresaryjne: opera, operetka, balet czy teatralne imprezy obce. Więc dlaczego nie może on ich organizować poza swoją siedzibą? W niczym to nie uszczupla teatrowi i nie ma konfliktu z repertuarem ani zajętością sceny. Działoby się zupełnie boczną linią i generowało dodatkowe dochody dla naszego teatru. A my spokojnie możemy realizować misję teatru publicznego na bazie własnych produkcji. Jaki tu problem? Ja go nie widzę. I tak, nikt z agentów nie pyta nas o zgodę, czy może organizować pokazy komercyjnych produkcji na terenie Opolszczyzny. To się dzieje obok nas. Naszą salę też do tego wynajmują, a i Filharmonia też w tym procederze uczestniczy. Nie rozumiem więc oporu i braku zrozumienia, skoro to rozwiązanie może wyciągnąć teatr z finansowej pułapki. Wszyscy w koło już od lat uprawiają drenaż naszego rynku i okolicznych województw. To dlaczego nie mamy walczyć też dla siebie o kawałek finansowy z tego ciastka? Tak więc, po jednej stronie była opcja, żeby wyrównać brakujący minus teatru poprzez zwolnienia i żądać zwiększenia dotacji, a moja, jako jedyna tego typu propozycja, że bez zwolnień i wyższej dotacji, można z tego dołka dość sprawnie wyjść. Byłby to dodatkowy dla teatru zastrzyk finansowy, obok dotacji i dochodów z produkcji własnych. Zwolnienia w danej instytucji, jak napisałem w Koncepcji, to "przyznanie się do klęski tak organizacyjnej, jak i do nieumiejętności strategicznego zarządzania repertuarem i zespołem". Zwolnienia oszczędnościowe powodują efekt domina. Za rok, dwa, trzeba ten zabieg powtórzyć. Nie trzeba więc szukać rozwiązań w zwolnieniach ale w tym, jak istniejący potencjał ludzki zaprosić i włączyć do sprawnego planu wyjścia z impasu. Ale ten zespół ludzki musi też wiedzieć i zrozumieć w czym bierze udział i jakie są cele. Wtedy się chętnie w to zaangażuje.

"Opole jest miejscem bardzo specyficznym. Nie mówimy tu wyłącznie o teatrze, lecz o szeroko rozumianej kulturze. Rola misyjna, edukacyjna w przypadku teatru jest niezwykle ważna. Teatr jest dla wszystkich. Dobrego, trudnego teatru można się nauczyć. Tak jak jest z czytaniem. Im częściej się obcuje z kulturą, im więcej się ogląda, czyta, tym łatwiej jest zrozumieć to, co wartościowe, a co tylko wydaje się trudne na początku" (Piotr Guzik - wywiad z dr Agnieszką Wójtowicz, Gazeta Wyborcza, Opole, 10-05-2015, oraz Tektura Opolska, 11-05-2015). Utożsamiam się z całym tym wywiadem, opinią i diagnozą Pani Agnieszki i zachęcam wszystkich do jego uważnego przeczytania.

Dalsze moje propozycje dotyczyły także samego doboru tytułów. Odbudowania repertuaru tzw. środka, którego praktycznie nie ma. Może tu chwila wyjaśnienia. Wesele, Iwona, księżniczka Burgunda, Dżuma, Rękopis znaleziony w Saragossie, Zmierzch Bogów, itp. to też tytuły repertuaru środka. Ale tytuły. Zależy jednak, czy zrobimy je konwencją klasyczną, czy też inną, np. konwencją teatru tzw. progresywnego. Norm Foster, kanadyjski dramatopisarz, w jednej ze swoich sztuk napisał, że Piotrusia Pana też można zrobić formą współczesnego teatru alternatywnego. Tam aktor, Axel, ma problem. Cieszył się, że zagra Piotrusia Pana. Okazało się na próbach, że w tej koncepcji reżysera teatru off-owego, Piotruś Pan, to ponad trzydziestoletni, wytatuowany facet. Należy do gangu motocyklowego, jest dilerem narkotyków, a najgorsze jest to, że ma być wiele nagich scen orgii seksualnych z wytatuowaną i z kolczykami gdzie się da Wandą. Dzwoneczek też ma w tym brać udział. A Nibylandia, to kraina, gdzie wszyscy są ciągle na haju.

Wróćmy jednak do tematu. Chciałem też powrotu do objazdów po regionalnych scenach. To nie jest teatr miejski. To teatr regionalny. Także poszerzonej formuły Konfrontacji, koprodukcji z innymi teatrami, programów edukacyjnych i rozwojowych dla młodzieży, wyjścia naprzeciw środowiskom akademickim, współpracy z Teatrem EkoStudio oraz Teatrem Lalek, organizowania paneli dyskusyjnych na temat sztuki teatru ze znanymi twórcami itd. wystaw z zakresu teatru i historii polskiego i światowego teatru... tyle ogólnie. Teatr powinien mieć szeroki wachlarz propozycji z dziedziny kultury i dziedzictwa narodowego dla odbiorcy. Edukacja to nie tylko kontakty z młodzieżą. To też przybliżanie widzowi historii teatru i jej wielkich twórców, tak polskich jak i światowych. To także niskonakładowe publikacje z dziedziny teatru. Jest naprawdę co prezentować przy okazji premier i spektakli. A pomieszczeń w naszym teatrze do tego typu akcji bez liku.

M.R.: W Nowej Trybunie Opolskiej napisano, że "Kolegów z zespołu miała zrazić jego koncepcja teatru impresaryjnego, opartego na aktorach 'z Polski', angażowanych do różnych produkcji". Odniesie się Pan do tej informacji prasowej?

M.P.: W Statucie Teatru oraz w ustawie sejmowej o prowadzeniu i organizacji instytucji kultury jest wyraźnie napisane, że podstawową działalnością teatrów publicznych jest wychodzenie naprzeciw oczekiwaniom i aspiracjom społecznym, a teatr ma to realizować w oparciu o produkcje własne oraz własny zespół realizatorów. Proszę mi powiedzieć. Czy uważa Pan, że przystępując do konkursu na dyrektora teatru publicznego, złamałbym ten podstawowy zapis? Ktoś wprowadził w błąd Panią redaktor z Nowej Trybuny Opolskiej, wpuszczając taką właśnie fałszywkę. To jest po prostu kłamstwo, którym ktoś się z Panią redaktor podzielił. Nigdy i nikomu nie przedstawiałem takiej koncepcji. Nigdy nie miałem planu przekształcać naszego teatru w teatr impresaryjny, ani też angażować na zasadach gościnnych do naszych produkcji kolegów aktorów z Warszawy. Mój koncept czytało wcześniej wiele zaufanych mi osób, znających teatr od podszewki. Też kilku byłych i aktualnych dyrektorów teatrów. Odbyło się to zanim jeszcze złożyłem ten koncept do konkursu. Niektóre osoby z naszego teatru, też poznały ten pomysł, zanim jeszcze zostały otwarte koperty. Analizowaliśmy to razem, żebym nie popełnił błędów. Naginałem się też do ich wielu sugestii. Te właśnie osoby, dobrze wiedzą, że to co się pojawiło w mediach na temat mojego projektu jest nieprawdziwe. Kontaktowałem się z nimi w związku z tym artykułem. Nie przekażę ich komentarzy.

Jeszcze raz powtarzam. To, co powiedziałem powyżej, a dotyczące konceptu, jest prawdą. A zarzut opisany w Nowej Trybunie Opolskiej, jest oparty na przekazaniu gazecie fałszywej informacji. Cieszę się, że przy okazji wywiadu z Panem, mam okazję to sprostować.

W teatrze w Opolu zacząłem pracować w 1983 roku. Byłem jego aktorem przez ponad 25 lat i nadal czuję się z nim związany emocjonalnie. Jestem ostatnią osobą, która moim kolegom chciałaby zrobić jakąkolwiek krzywdę. A właśnie zwolnienia, czy też przekształcenie naszej sceny w impresariat, byłyby wielką i niewybaczalną krzywdą. Nasz zespól na coś takiego sobie nie zasłużył.

M.R.: Łukasz Drewniak w swoim tekście na teatralny.pl napisał, że ze znanych mu przecieków, Pana "plany ekonomiczno-artystyczne na milę pachną komercjalizacją sceny". Jakie jest Pana zdanie w tej sprawie?

M.P.: Myślę, że już powyżej wystarczająco się na ten temat wypowiedziałem. Ta informacja jest nieprawdziwa. A na przecieki, najlepsze są dobre gatunkowo uszczelki. Pan do mnie napisał i stawia mi pytania. Tak to chyba się powinno odbywać. Pytania stawia się u źródła, a nie przekazuje informacje z trzeciej ręki. Artykuł Pana Łukasza Drewniaka pachnie na milę sztandarowym hasłem, które lekko sparafrazuję: "Postmoderniści wszystkich krajów, łączcie się!" Ma on żal, że niektórzy reżyserzy coś w Opolu robili i nagle nikt z nich nie broni tego przyczółku i nie zgłosił się do konkursu. Oczywiście, że się nie zgłosili. Te osoby są bardzo dobrze zorientowane, że nie da się takim repertuarem i taką konwencją utrzymać finansowo teatru. A krzyk Pana Drewniaka, to jak "wojna postu z karnawałem". Czuje się w nim zapach paniki, że jeden z przyczółków wymyka się pewnej grupie z ręki. Uświadommy sobie wreszcie, że Opole ma za mało mieszkańców, żeby przełknąć aż tyle tytułów w konwencji teatru progresywnego. Nie uważam, że nie powinno ich być wcale, ale nie aż tyle. Każda z tych sztuk wykazuje wyraźnie bardzo wysokie straty finansowe. I to nie jest kilkadziesiąt tysięcy strat. To są setki tysięcy, a jeśli podsumujemy je wszystkie, to już idzie na przestrzeni kilku lat w miliony. Dwie takie sztuki w repertuarze na trzy sezony by zupełnie wystarczyły. Ale nie siedem, a w tym półroczu doszły jeszcze trzy. Jak to łyknąć? Kim? Opolanie są już zmęczeni tą formą teatru. Z drugiej zaś strony, farsy reżyserowane po tekście, jeden do jednego, tego nie zrównoważą. Głównym filarem w Opolu powinien być wyważony repertuar środka. Ale to już inna historia. Pisała też o tym we wspomnianym wywiadzie dr Agnieszka Wójtowicz. Proszę po niego sięgnąć. Nie będę wchodził w szczegóły. Nie chcę prowokować publicznej dyskusji na ten temat.

M.R.: Ostatnie kilka sezonów teatralnych na opolskiej scenie nacechowane było cięciami finansowymi oraz brakiem dobrego nadzoru nad finansami teatru ze strony organu prowadzącego. Cięcia budżetowe w wydaniu urzędu marszałkowskiego oraz wygenerowany przez obecnego dyrektora dług, to bardzo duże wyzwanie dla przyszłego dyrektora. Jak poradzić sobie z prowadzeniem sceny, z wystawianiem nowych premier, skoro pieniędzy z trudem wystarcza na koszty stałe?

M.P.: Na to pytanie odpowiedziałem już wcześniej. Ale dodam jeszcze. Dobry nadzór, to ciągły monitoring i elastyczność repertuarowa. To też klarowny i transparentny system. To znajomość jednostkowego progu opłacalności danego przedstawienia, żeby szybko reagować i niwelować na bieżąco ewentualnie powstające straty. Progu opłacalności nikt w tym teatrze nie wyznaczał. A to podstawowe narzędzie informacji, żeby Centrum Promocji Teatru, celem zbilansowania, mogło natychmiast zastąpić taką stratę graniem w następnym miesiącu innego przedstawienia. Za przedstawieniami stać musi z tyłu cała sprawna maszyneria: marketing, strategia ekonomia. Przy tym, zanim się podejmie dobór sztuki do produkcji, trzeba wyznaczyć jej target. Do kogo tym razem i w jakim celu kierujemy temat i problemy stawiane w przedstawieniu. Przepraszam bardzo. Czy jest "komercjalizacją" propozycja gospodarowania otrzymanym od Organizatora budżetem, zgodnie z zasadami i wymogami ekonomii i rynku?

A jak sobie radzić z pieniędzmi? Też o tym wcześniej wspomniałem. Moje rozwiązanie w postaci dodatkowego wpływu, jest w stanie generować dodatkowe środki. Nie chcę posiłkować się tutaj obliczeniami, ale tak jest. Jeszcze raz proszę. Rozdzielmy mój koncept na dwie części. Jedna to główna, podstawowa i ustawowa działalność teatru publicznego, którą prowadził on do dziś, niczym nie zagrożona w ciągłości i zakresie swoich działań. A druga, ta zupełnie na boku, nie wchodząca w paradę repertuarową, ani nie komercjalizująca naszej sceny, dodatkowa, stanowiąca ułamek, zewnętrzna działalność impresaryjna na terenie naszego województwa i czterech województw ościennych, uprawiana dzierżawionymi produkcjami prywatnych teatrów. Nie potrzebujemy wówczas produkować na szybko i w panice czterech fars dla napędzenia kasy. Możemy dwie, dla zabawy, a resztę dzierżawić i precyzyjnie nimi operować po terenie. Odpadają nam też wtedy koszty produkcji komercyjnych (nie komercjalizujemy naszej sceny) i możemy zająć się repertuarem środka i spełnianiem misji teatr publicznego. Mam nadzieję, że teraz jest to klarowny koncept.

M.R.: Jako jedyny kandydat na stanowisko dyrektora teatru, został Pan zaproszony na spotkanie z zespołem. Jakie są Pana wrażenia po spotkaniu?

M.P.: Powiedziano mi, że "nie jestem jedynym kandydatem, który może przyjść na spotkanie". Ale kto się jeszcze pojawi, nie było wiadome. A wrażenia? Są niewielkie. Poza tym, na spotkanie poprosił mnie szef Związków Zawodowych "Solidarność". Aktorzy poszli obradować do innej sali, a ich przedstawiciel, mimo że wiedział, że jestem do dyspozycji, jakoś nie zaprosił mnie na rozmowę. Może miał inne priorytety. Nie wiem. Mogę tylko dywagować. Stąd pewnie brak zrozumienia przez zespół mojego konceptu. Pewnie ktoś im tam go przedstawił, ale jak dziś widać, błędnie i nieprawidłowo. Szkoda. Szkoda, że nie dano mi, ani koleżankom i kolegom, szansy i okoliczności sprzyjającej przedstawieniu osobiście tego konceptu. Wiem tylko, że koledzy obawiają się, że kiedy okaże się w przyszłości, że dodatkowe działania impresaryjne skutkują, władze mogą pójść za ciosem i zmienić teatr w jednostkę impresariatu. Ponieważ nie miałem okazji wytłumaczyć, że to bzdura, osobiście zrobię to teraz. Rozumiem, że nie wszyscy muszą mieć ochotę studiować i rozumieć ustawy. W Ustawie Sejmowej rzeczywiście jest klauzula mówiąca o tym, że jednostka kultury może być zlikwidowana lub oddana przez Organizatora (w naszym przypadku Urząd Marszałkowski) odpłatnie lub nieodpłatnie w zarządzanie osoby fizycznej lub prawnej. To prawda. Ale to się może stać wówczas, kiedy teatr będzie bankrutował, nie będzie miał płynności finansowej, a jednostka organizacyjna (Urząd Marszałkowski) nie będzie miała środków na jego utrzymanie. To teraz właśnie jest zagrożeniem, bo finanse teatru sukcesywnie padają. Ale nie ma to miejsca w moim koncepcie. Moim kluczem teatr odzyska sprawnie płynność finansową. A jeżeli będzie miał płynność finansową i będzie rentowny, nie będzie podstaw prawnych do jego likwidacji, ani do przekształcania go w jednostkę impresaryjną, ani też do zwalniania pracowników w celu szukania oszczędności. To trzeba zrozumieć. Tak więc rzecz warta była jednak wysłuchania i naświetlenia. Obyłoby się bez zbędnych plotek, nieprawdziwych informacji, zamętu pojęciowego i nerwowego ulegania teoriom spiskowym wpuszczanym przez różne indywidua.

M.R.: Wszyscy dla teatru chcą dobrze - to sformułowanie powtarza każda z zainteresowanych stron. Jednakże gdy przychodzi do konkretnych działań, opinia publiczna nie widzi, by wykluwał się kompromis dążący do dobra wspólnego. Jak zatem układać relacje na linii dyrektor teatru - pracownicy - marszałek województwa?

M.P.: No tak. W dobrą nutę Pan ponownie uderza. A ja chcę dla teatru "skutecznie". "Dobrze", to dla mnie takie propagandowe określenie. Nic nie znaczy i nie stoją z tym żadne mechanizmy. Łapie za duszę, ale skutecznie nie rozwiązuje problemów. A z tym kompromisem, to też taki trochę trik. Co to znaczy "kompromis"? Kto ma odpuścić? Jak słyszę słowo "kompromis", to od razu widzę w tym mechanizm próby manipulacji po drugiej stronie. Nie uważam, że dzięki kompromisom rzeczy się dzieją. Kompromis jest dobry może w jakiejś krótkofalowej taktyce. Raczej hamuje rozwój i sprzyja stagnacji. Po niedługim czasie przyjdzie moment, kiedy kompromis się kończy i powraca brutalny fakt. Tak więc nie kompromisy są rozwiązaniem, a rzeczowa i konsekwentna strategia. Tak postępuje facet, który ma kręgosłup. Na kompromisach nie zbuduje się sukcesów. Na kompromisach buduje się tematy chwilowo zastępcze. Problem i tak wróci rykoszetem. Kompromisami nie likwiduje się przyczyny, tylko skutki. Bólu nie likwiduje się kompromisem wzięcia tabletki. Ból trzeba likwidować u źródła. Trzeba szukać i likwidować źródło bólu, a nie uśmierzać ból. To bezsensowny półśrodek. To właśnie kompromis. Kompromisem jest też koncepcja zwalniania pracowników. To przecież kompromis. Niektórzy na taki chcą iść. Ale czy dla tych, którzy zostaną zwolnieni, to też będzie kompromis?

A jak układać relacje na linii dyrektor-pracownicy-marszałek województwa? Raczej na linii poziomej, a nie pionowej. Administracyjnie rzecz biorąc, dyrektor jest urzędnikiem państwowym, któremu powierzono pieczę nad majątkiem państwa i osobami pracującymi w sektorze budżetowym. Tyle skrót definicji. Z drugiej strony, tak specyficzna instytucja, jaką jest teatr, nie może poddać się dyscyplinom, jakie mają miejsce w sektorze produkcyjnym skarbu państwa. To nie jest fabryka amunicji. Choć materiał w teatrze też wybuchowy. Jestem zwolennikiem bycia reprezentantem interesów pracowników teatru i samej tkanki teatru wobec instytucji Marszałka, niż odwrotnie. I nie sądzę, żeby Pan Marszałek miał cokolwiek przeciwko takiemu myśleniu. Jednak, żeby to miało wyraz w swojej sprawnej formie, z pewnością kontakt i koordynacja wielu istotnych działań powinna być z Urzędem Marszałkowskim konsultowana i koordynowana.

M.R.: U źródeł opolskiego problemu, ale nie tylko w Teatrze Kochanowskiego (wszak niedofinansowane są wszystkie instytucje kultury podległe urzędowi marszałkowskiemu), tkwi niedostateczne ich finansowanie. Od lat obserwujemy degenerację całego obszaru kultury jako takiego i nie dotyczy to tylko Opola. Jak rozmawiać z politykami, jak ich przekonać do budowania, a nie kolejnych cięć?

M.P.: To trudne pytanie, ale może znowu powrócę do kilku moich wcześniejszych sugestii. A może tak by zacząć troszkę inaczej podchodzić do dotacji? Może pies jest pogrzebany w archaicznym i wygodnym nieco myśleniu wielu dyrektorów państwowych teatrów, że wszystko się należy z góry, bo to teatr publiczny z misją? Więc my sobie będziemy tu eksperymentować i poszukiwać siebie, widz nas nie obchodzi, robimy teatr dla siebie, antyteatr, antysztukę, będziemy się upajać nagrodami za anty-anty i "za odwagę", a wy nam za to płaćcie. Dzisiaj, w obecnej sytuacji rynkowej, dyrektor teatru powinien być artystą (dorobek i doświadczenie), ale też o zacięciu i organicznych zdolnościach menadżerskich (zdolność kierowania zasobami ludzkimi i budżetowymi). Dyrektor tylko artysta, będzie realizował jedynie wizję artystyczną i określony artystycznie, lubiany przez siebie typ teatru - padnie ekonomia i finanse. Czysty menadżer, będzie kierował się jedynie mechanizmami ekonomicznymi i rynkowymi, czyli zwolni dużo osób i przekształci teatr w instytucję rozrywkowo-komercyjną - padnie publiczna misja teatru. Ja chciałbym traktować dotację, jako paliwo zapalne do projektów i szerokich działań, które miałyby generować potrzebne dochody na bieżące, ciekawe produkcje własne, utrzymanie budynku i godne apanaże pracowników. I to jest zupełnie realne. A narzędzi do takiego działania jest naprawdę dużo. Trzeba tylko mieć to menadżerskie zacięcie. A z Pańskim określeniem "degeneracja" w stosunku do teatru zgadzam się. Ale zgadzam się w zakresie tego raczej, co oglądam na scenach niektórych z nich. Wie Pan co? Skrzętnie czytam Tekturę Opolską. Przez te lata mojego pobytu w Toronto dawaliście mi często taki papier lakmusowy, co się dzieje na mojej opolskiej scenie. Przy tym, przyjeżdżałem często do Opola i natychmiast kierowałem swoje kroki na przestawienia. Widziałem więc prawie wszystkie realizacje. Zgadzam się więc z Pańskimi i Pana współpracowników ocenami. Pana artykuły i recenzje, często nafaszerowane buntem wobec scenicznej degeneracji i Pańską walką ze zjawiskiem anomii, podtrzymywały mnie przy nadziei na przyszłość. Degeneracja nie jest spowodowana niższymi dotacjami. Myślę że to pracuje odwrotnie. Że to w efekcie niższe dotacje powstają stąd, że zwiększa się niezadowolenie środowiska odbiorców, co do kierunków działań teatru, wyboru jego repertuaru i konwencji zmniejsza się też ilość widzów, czyli przychody. Prosty przykład: w zeszłym roku, w pierwszym półroczu, teatr odwiedziło 36.658 osób, to też niewiele (mimo, że doszły farsy). To realna liczba. (Dyrektor podał w raporcie więcej o 44.500, bo dodał jeszcze widza telewizyjnego). W tym półroczu ilość widzów w teatrze, to 18.951 osób. A więc o połowę mniej. Czy potrzeba jeszcze komentarza? Oczywiście. Możemy też podłączyć kamerkę i puszczać spektakl na żywo w Internecie. Dopiero nam wtedy ilość widzów skoczy. Wskaźniki dla władz się poprawią, a że przychodów będzie jeszcze mniej kto się tym martwi? "Uprawiamy misję, jesteśmy niezrozumianymi wizjonerami, solą ziemi, więc nam to pokrywajcie. Należy nam się". Jeżeli uprawiacie misję, to może niektórzy by tak zrezygnowali z połowy gaży reżyserskiej. Jak misja, to może z obu stron. I tak zostanie wam wtedy więcej, niż średnio otrzymują pozostali reżyserzy w Polsce. Nie rozumiem tej euforii w kręgu Towarzystwa Wzajemnej Adoracji, bez liczenia się z opinią normalnego, przeciętnego odbiorcy i posiadanych ram finansowych. Dobrze dla teatru, że była szansa pokazania spektaklu w telewizji, ale nie poprawiajmy tym wskaźników statystyki widza. Wiem, to dobrze wygląda, ale nic za tym więcej nie stoi. To taka "kreatywna statystka", tak samo jak "kreatywna księgowość".

M.R.: Ledwie kilka tygodni temu na scenie Teatru Kochanowskiego ze środowiskami twórczymi Opolszczyzny spotkała się minister kultury i dziedzictwa narodowego, pani Małgorzata Omilanowska. Spotkanie trwało nieco ponad pół godziny i zakończyło się na słowach bez konkretnej treści. Kulturą zarządza pani minister, ale lokalne budżety są we władzy urzędów marszałkowskich, a te nie zawsze są w stanie sprostać wszystkim swoim zadaniom. Przy cięciach, na pierwszy ogień idzie kultura, od lat. Czy taki model finansowania kultury jaki mamy obecnie jest Pana zdaniem do utrzymania?

M.P.: Widzi Pan. Nauczyłem się nie torpedować danego pomysłu, kiedy nie mam w zamian ekwiwalentu lub lepszego rozwiązania. Bardzo pomaga mi to w pracy aktora i reżysera. Inaczej odrzucamy to co jest, a w zamian nie mamy niczego. Dziura. Sam kiedyś miałem takie skłonności. "To niedobre, tamto też do kitu", ale pomysłu często innego w zamian nie miałem. I co wtedy? Wszyscy siedzą, drapią się w głowę, do tamtego nie wracają, a nic w zamian nie ma - próżnia, stagnacja i stupor. A skutek? Pusta przestrzeń. Typowy efekt i skłonność do szerzenia defetyzmu. Na dziś mamy taki, a nie inny system w Polsce i trzeba szukać samemu rozwiązań na dole, w tym co jest. Ustawy tego nie zabraniają. Są dotacje unijne do projektów, koprodukcje z innymi teatrami, wymiany przedstawień na zasadach gościnnych. Możliwości w impresariacie w innej formule, niż utarta dotychczas. Czego jest brak, to sponsorów. Tu też tkwi odpowiedź na Pańskie pytanie. W zamian za obniżanie dotacji, jeżeli tak już musi być, Państwo powinno wprowadzić jakiś ekwiwalent. Na przykład dla sponsorów wspierających kulturę, odpisy podatkowe. Tak jest właśnie w Kanadzie i w Stanach. Wszystkie praktycznie teatry mają status non-profit i firmy mogą dokonywać odpisów kwot sponsorujących sztukę. Są oddzielne przepisy i uregulowania, na jakich zasadach, legalnie to ma się odbywać. Każdy kraj poszukuje różnych opcji wspierania sztuki. Chociażby właśnie przez ulgi i odpisy. Wtedy Państwo rezygnuje z części podatku na rzecz instytucji kultury. I nie muszą to być instytucje non-profit. Przychody dla Teatrów z kilku źródeł, pomogłyby stworzyć lepszy system ich finansowania. To taki rodzaj dywersyfikacji przychodów. Środowisko krzyczy "pieniądze nie ważne, misja ważna" i szastają funduszami. Ale kiedy nagle brakuje na tę "misję" pieniędzy, to atakują i krzyczą "nie ma pieniędzy, a my tu misję robimy". To jakieś błędne koło. Trzeba trochę ruszyć głową i do tej "misji" też trochę dorobić samemu.

M.R.: Czy spróbuje Pan swoich szans w kolejnej edycji konkursu na stanowisko dyrektora Teatru Kochanowskiego?

M.P.: Nie wiem. Zastanawiam się i mam duże wątpliwości. Siedzę teraz w Toronto, dwa tygodnie po powrocie z kraju i analizuję to wszystko. Zbiło mnie z pantałyku niedawne doświadczenie. Wiem, że projekt jest nowatorski. Może potrzeba troszkę więcej czasu, żeby go przegryźć i spojrzeć bardziej przychylnym okiem na koncept swojego kolegi ze sceny, bez budowania teorii spiskowych. Może z większym zaufaniem zobaczą w nim realną szansę, w którą warto się wspólnie zaangażować. Ważną rzeczą jest przychylność pracowników teatru. Ponieważ, nawet gdybym przekonał Komisję, to bez zrozumienia i zielonego światła od zespołu, nie widzę szansy na powodzenie tego konceptu. Czy wystarczy czasu, żeby zespół dojrzał do niego, przynajmniej na tyle, żeby zobaczyć jego poszczególne elementy i w niego uwierzyć? Zaufać? Te pytania mnie najmocniej nurtują przed podjęciem takiej decyzji. Ja nie chcę z nikim walczyć. Chciałbym, żeby razem z zespołem, moimi kolegami ze sceny, zakasać rękawy i wspólnie nad tym projektem popracować i wdrożyć go w życie. Ten projekt, to propozycja. To też byt wszystkich pracowników. To sensowne i realne rusztowanie, gotowe do wspólnego dopracowania. Tak to widzę. Uważam, że lepiej cenną energię spożytkować, żeby to zrobić, aniżeli z tym walczyć. W mojej propozycji, nikt nie będzie zmuszony iść na jakikolwiek kompromis.

Mateusz Rossa
www.tekturaopolska.pl
5 sierpnia 2015

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia