To nie jest kraj dla słabych ludzi

"Anioły w Ameryce" - reż. Małgorzata Bogajewska - Teatr Ludowy w Krakowie

"Anioły w Ameryce" na festiwalu Boska Komedia w Krakowie. Najsłynniejszy gejowski dramat powraca. Za nami premiera festiwalu Boska Komedia. W Teatrze Ludowym w Krakowie dyrektorka Małgorzata Bogajewska wystawiła "Anioły w Ameryce" Tony'ego Kushnera. Przedstawienie jest tylko dla dorosłych. Ale czy również dla tych, którzy walkę o równe prawa nazywają dziś "zarazą" i "ideologią, która zawładnęła ludzkimi umysłami", a HIV i AIDS problemami przeszłości?

 

Małgorzata Bogajewska wzięła na barki niełatwe zadanie. Po spektaklu dyplomowym, zrealizowanym w tym roku ze studentami Filmówki, znowu przenosi na scenę "Anioły w Ameryce". Mierzy się z legendami - świetnym dramatem Tony'ego Kushnera, genialnym miniserialem na jego podstawie Mike'a Nicholsa z Alem Pacino i Meryl Streep, oraz wybitną, wznawianą do dziś, inscenizacją Krzysztofa Warlikowskiego. Choć reżyserka zapewne wolałaby uniknąć porównań, te nasuwają się same. Zwłaszcza w przypadku klasycznej, pozbawionej aktualnych kontekstów interpretacji.

Miłość w czasach zarazy
"O miłości w czasach zarazy" - opisuje swoją najnowszą premierę Teatr Ludowy. Oto jesteśmy w czasach, gdy Amerykanie mają homofobiczne slogany na ustach, epidemia AIDS zbiera śmiertelne żniwo, a rządy sprawuje ultraprawicowy Ronald Reagan. Ale sztuka nagrodzonego Pulitzerem Tony'ego Kushnera, określana przez niego "gejowską fantazją na motywach narodowych", to nie tylko opowieść o gejach z Nowego Jorku, zaszczutych przez populistów-hipokrytów. To też obraz amerykańskiego mitu, skorumpowanych polityków, lęku przed nowym milenium, czy wreszcie potrzeby duchowości, która może być tym silniejsza, im większy panuje akurat w kraju poziom wykluczenia.

Czy tytułowe anioły naprawdę istnieją, czy są tylko wizją umierającego bohatera? Kushner nie daje odpowiedzi, Bogajewska, na szczęście, również. W chłodnej scenografii Joanny Jaśko-Sroki (czerwone fotele, łazienkowe akcenty - trochę w stylu Małgorzaty Szczęśniak), nad głowami postaci pojawia się Anielica (Weronika Kowalska), nucąca amerykańskie szlagiery. Co jakiś czas serwowany jest nam grupowy taniec (choreografia Maćko Prusaka), a narkotyczne majaki uzależnionej od valium bohaterki (miejcie na oku swoje lodówki!), przeplatają się ze studium rozpadu gejowskiego związku, skazaną na klęskę walką z AIDS, losami kryptogeja-mormona i ziejącego nienawiścią, wpływowego homofoba.

Co z wykluczonymi za naszymi oknami?
"To opowieść o tym, jaka jest cena prawdy, wolności i indywidualizmu, która okazuje się boleśnie aktualna szczególnie dziś, szczególnie w Polsce" - przekonywała przed premierą Małgorzata Bogajewska. Jednak w praktyce jej spektakl nie sprawdza się jako komentarz do rzeczywistości, zwłaszcza polskiej, w której geje, lesbijki i osoby trans zaczynają bać się wychodzić z domu. Bogajewska wiernie podąża za Kushnerem, pokazując postaci i sceny, skonstruowane według wzoru, który dobrze znamy. Również z wcześniejszych, lepszych inscenizacji.

Ekspresyjny Piotr Pilitowski do złudzenia przypomina Roya M. Cohna w wydaniu Ala Pacino, tak jak Ethel Rosenberg, skądinąd świetnie zagrana przez Jagodę Pietruszkównę, trudno odróżnić od równie dobrej Danuty Stenki w spektaklu Warlikowskiego. Aktorsko świetna jest (znowu) Anna Pijanowska, jako rozchwiana Harper. Mało wiarygodnie wypadają Karol Polak (Louis) i Piotr Franasowicz (Prior) w rolach pary nieszczęśliwych kochanków. Może łatwiej byłoby przymknąć na aktorskie niedostatki, gdyby Bogajewska zaryzykowała i uczyniła bohaterów swojego spektaklu mniej przewidywalnymi. Albo gdyby zechciała w jakikolwiek sposób nawiązać do wykluczonych za naszymi oknami.

Grzech przepychu
Spektakl Bogajewskiej, jak na prawdziwą epopeję przystało, jest rozciągnięty w czasie - trwa ponad cztery godziny, czyli niewiele mniej, niż serial Nicholsa i spektakl Warlikowskiego. Bogajewskiej nie udaje się zbudować napięcia na tyle, by utrzymać przez taki długi czas uwagę widzów. Może za sprawą zbyt urywanych scen, może przez nagromadzenie atrakcji, które z czasem, zamiast ekscytować, nudzą, zwłaszcza w pierwszej, mniej udanej części. Najlepiej, mniej powierzchownie, wypadają najprostsze sceny (rozmowy umierającego Roya z duchem Ethel, końcowy monolog Harper). Grzech przepychu? Bardzo możliwe.

"To nie jest kraj dla słabych ludzi" - mówi homofobiczny Roy, tłumacząc, dlaczego nie opłaca się "żyć na społecznym marginesie" i być zdeklarowanym homoseksualistą. Po "Aniołach w Ameryce" w Teatrze Ludowym nie tylko nie wiadomo, co zrobić, żeby jakikolwiek kraj zmienić, ale też trudno powiedzieć, czy przybędzie tych, którzy będą chcieli podjąć tę nierówną walkę. Czy najsłynniejsza gejowska epopeja narodowa w takim wydaniu pomoże osobom LGBT? Nie sądzę.

"Anioły w Ameryce" według Tony'ego Kutshnera, Teatr Ludowy w Krakowie, spektakl w ramach 12. Międzynarodowego Festiwalu Boska Komedia , który trwa od 6 do 15 grudnia 2019 w Krakowie.

Dawid Dudko
Onet.Kultura
12 grudnia 2019

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...