To taka rewolucja z zasadami

"Życie jest snem" - reż. Kuba Kowalski - Teatr Wybrzeże w Gdańsku.

- To aż nieprawdopodobne, że dramat, który ma sporo ponad 300 lat, brzmi tak bardzo współcześnie. "Życie jest snem" było pisane w czasie kryzysu w Hiszpanii, u schyłku imperium. Dzisiaj najczęstszym hasłem także jest hasło kryzysu, czy moralnego, czy ekonomicznego. To te same pojęcia zatem - mówi dramaturżka JULIA HOLEWIŃSKA przed sobotnią premierą na Scenie Kameralnej Teatru Wybrzeże w Sopocie.

Z Julią Holewińską autorką dramaturgii i współautorką opracowania tekstu sztuki "Życie jest snem" Calderona w Teatrze Wybrzeże, rozmawia Jarosław Zalesiński

Bardzo trudny dramat do wystawienia...

- Bardzo trudny, ale przecież bardzo ciekawy. Pozwalający na przeprowadzenie wielu wątków interpretacyjnych.

Proponuję porozmawiać o bohaterach sztuki "Życie jest snem". Najpierw o Basilio, władcy Polski, ale po drugie i chyba ważniejsze, posiadaczu tajemnej astrologicznej wiedzy...

- Rzeczywiście, zdecydowaliśmy, że nie będziemy akcentować tego, iż wypadki dzieją się w Polsce. Kiedy zastanawialiśmy się, kim mógłby być dzisiaj Basilio i co mogłoby go skłonić do tego, by zamknąć własnego syna w wieży, wyobraziliśmy go sobie jako szefa wielkiej korporacji, która handluje snami. To oczywiście pewna metafora, która mówi o ingerowaniu we wnętrze człowieka, w to, co wydaje się w człowieku nienaruszalne.

Jeśli Basilio to producent snów, to może jest szefem globalnej firmy medialnej albo marketingowej?

- Koncernu mediowego, ale takiego jeszcze bardziej totalnego niż te dzisiejsze. To chyba taki koncern z niedalekiej przyszłości.

Kim jest w takim razie jego syn Segismundo? W dramacie to ktoś, kto się urodził pod złą gwiazdą.

- A w naszym przedstawieniu jest ofiarą eksperymentów własnego ojca. Co może w tym wszystkim kierować Basiliem? Może chęć stworzenia kogoś na swoje podobieństwo, wymyślenia formatu idealnego człowieka. To było dla nas punktem wyjścia do szukania odpowiedzi na pytanie, czym w tym dramacie jest wieża.

W której Segismundo został zamknięty przez ojca.

- Wyobraziliśmy ją sobie jako swoiste laboratorium, w którym człowiek jest poddawany ciągłym ćwiczeniom fizycznym i duchowym. Współgra to chyba z kondycją współczesnego człowieka, ciągle przechodzącego przez trening, dążącego do doskonałości. A w tym wszystkim myślącego niesamodzielnie.

Basilio zajmuje się więc czymś w rodzaju inżynierii społecznej?

- Albo genetycznej. W tekście nie posługujemy się terminami inżynierii genetycznej czy GMO, ale te idee nam przyświecały. Boimy się przekraczać w tych genetycznych czy innego rodzaju eksperymentach kolejne granice, ale ostatecznie robimy to. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu organizowano protesty przeciwko przeszczepom organów, a dziś jest to powszechnie praktykowane. Może więc za kilkanaście lat również inne rzeczy przestaną być kontrowersyjne? Wszystko staje się płynne.

To dobrze czy źle?

- Staraliśmy się pokazać w tym punkty skrajne. Z jednej strony nurt progresywny, odwołujący się często do nauki, a z drugiej - nurt konserwatywny, który jednak mówi: stop, nie przekraczajmy kolejnych granic.

Wobec tego zapytam o jeszcze jednego bohatera.

- Rosaurę?

Nie, chcę zapytać o przeznaczenie, o los. Bo on istnieje w dramacie Calderona. Istnieje też w przedstawieniu?

- W dramacie jest on różnie nazywany - niebem albo gwiazdami. To instancja, do której odwołuje się Basilio, ale też Segismundo czy Clotaldo. Potraktowaliśmy to dość przewrotnie.

Czy dziś wierzymy w taką instancję? Czy też sądzimy, że wszystko zależy od naszych inżynierskich pomysłów?

- Nie jestem pewna, czy do końca mamy na wszystko wpływ, więc może jednak istnieje to coś, do czego odwołują się różne postacie tego dramatu. Potraktowaliśmy niebo dość współcześnie. Ale zastanawiamy się, czym jest ta instancja. Wyobraziliśmy to sobie jako zbiór komputerowych zasad.

Matrix?

- Matriksa wymyślono już kilkanaście lat temu (śmiech), więc mam nadzieję, że idziemy w tym dalej.

"Życie jest snem", wszystko w dramacie Calderona może się okazać ulotnym mirażem, ale jednak bohaterowie mają w tym wszystkim szansę nauczenia się, jak odróżniać dobro od zła.

Mają ją także w przedstawieniu?

- Na pewno taka intencja przyświecała Calderonowi. Nie wiem, czy to nas aż tak bardzo zainteresowało, ale faktem jest, że rewolucja, która wkracza w ten świat mediów, wirtualności, zapożyczeń, żąda właśnie przywrócenia realności, namacalności, prawdy. To na swój sposób rewolucja konserwatywna.

Mamy teraz taki czas rewolucji, burzliwych wystąpień, niezależnie od tego czy jest to animowane przez ruchy lewicowe, czy przez prawicowe, tak jak w Polsce. Ale nawet w najbardziej liberalnych, progresywnych poglądach widać dążenia do prawdziwego nazwania rzeczywistości. Nie wiem, czy dotyczy to dobra i zła, tak jak u Calderona, ale na pewno istnieje potrzeba nazywania rzeczywistości. Bo chyba tracimy na tę rzeczywistość wpływ.

Z jednej strony - świat staje się coraz bardziej płynny, a z drugiej - potrzebujemy stałości?

- Potrzebujemy określenia siebie w tych wszystkich rzeczywistościach.

Dobrze ten Calderon przystaje do naszych czasów.

- Bardzo. Myślę, że to bardzo aktualny tekst. To aż nieprawdopodobne, że dramat, który ma sporo ponad 300 lat, brzmi tak bardzo współcześnie. "Życie jest snem" było pisane w czasie kryzysu w Hiszpanii, u schyłku imperium. Dzisiaj najczęstszym hasłem także jest hasło kryzysu, czy moralnego, czy ekonomicznego. To te same pojęcia zatem.

Świat się przewraca, a my szukamy w tym oparcia.

- Chyba tak.

rozmawiał Jarosław Zalesiński
Polska - Dziennik Bałtycki
1 marca 2013

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia