Tragedia gnieźnieńska

"Król Edyp - Antygona" - reż. Józef Jasielski - Teatr im. Fredry w Gnieznie

Przed premierą pomysł grania jednego wieczoru "Króla Edypa" i "Antygony" wydawał się znakomity. Ale okazało się, że pomysłodawca - reżyser Józef Jasielski - miał pomysłów znacznie więcej. Powiedziałbym za dużo

Jasielski dokonał zręcznej adaptacji obu tekstów. Przepisał Sofoklesa bardzo współcześnie. Powstał dyptyk o mechanizmach władzy, w którym dylematy rodzinne dopełniają jedynie portrety władców. Dzięki takiej interpretacji Kreon wydaje się w "Antygonie" ważniejszy niż sama tytułowa bohaterka. Mnie ten trop czytania dziś Sofoklesa przekonuje. Dylematy Antygony wydają mi się dość jałowe. Większe emocje budzi we mnie postawa Kreona, człowieka odpowiedzialnego za państwo, w którym obywatele mają prawo czuć się bezpiecznie.

Niestety, Józef Jasielski jako autor przekładu i dramaturg przegrał z Józefem Jasielskim reżyserem, scenografem i autorem opracowania muzycznego. Zamiast dwóch tragedii antycznych brzmiących bardzo współcześnie, oglądamy na scenie trzecią tragedię - gnieźnieńską.

Scenografia sugeruje od początku, że akcja może się rozegrać zawsze i wszędzie. Portrety osób zaginionych na murach podpowiadają jednak współczesność. Ale już w pierwszej scenie "Króla Edypa" pojawiają się żałobnice przypominające swoim wyglądem raczej Czarownice z "Makbeta". Im dalej, tym szaleństwo kostiumowe narasta: żołnierze ubrani są w stroje stylizowane na antyczne, Edyp (Maciej Hązła), Jokasta (Jolanta Skawina) i Kreon (Michał Frydrych) ubrani są w kostiumy iście królewskie. Porządku kostiumowego nie można się też doszukać w "Antygonie". Podobnie rzecz się ma z ilustracją muzyczną. Kiedy wydawać by się mogło, że atmosfera doprasza się o dźwięki żałobne, oddające smutek i ból, słyszymy takty niemal zachęcające do tańca ("Antygona").

Z jednej strony Jasielski scenograf postawił na umowność i znak sceniczny, z drugiej - na dosłowność. Ale w tej ostatniej zabrakło znowu konsekwencji. W "Królu Edypie" kukły zmarłych są umowne, nie udają anatomicznej budowy ciała, natomiast w "Antygonie" ciało Polinika - brata Antygony - zostało wyrzeźbione niczym strongmana (siedząca obok mnie pani szepnęła: "to musiał wyrzeźbić prawdziwy artysta"). Świat przedstawiony obu tragedii, to, co noszą na sobie bohaterowie, dźwięki, które im towarzyszą, określają ich sposób bycia. Trudno się zorientować kto, jest skąd - myślę o języku teatralnym i o konwencji. Jasielski miesza wszystko: teatr plastyczny, teatr realistyczny, efekt obcości... Aktorzy w tych konwencjach się gubią, wychodzą z ról, bo po prawdzie nie wiedzą, kim są, kim mają być w wyobraźni reżysera. Kim jest Tyrezjasz (Wojciech Siedlecki) z głową zwierzęcia w "Królu Edypie" i umierający starzec na łóżku szpitalnym podłączony do kroplówki w "Antygonie"? (Ta druga wersja jako żywo przypomina postaci Jasielski tłumacz i dramaturg przegrał z Jasielskim reżyserem znane mi ze spektakli Janusza Wiśniewskiego).

Nie rozumiem pustego gestu Jokasty paradującej z gołym biustem, który zrzuca z siebie, bo jest sztuczny i jest nadal taka sama jak przedtem? Rozumiem, że Kreon w "Królu Edypie" jest tylko bratem Jokasty i może się zmienić, kiedy zostanie władcą Teb. Ale dlaczego zamienia się wtedy w nawiedzonego proboszcza, który niczym Savonarola grzmi z ambony, by po chwili obmacywać Ismenę. Wreszcie kim jest Posłaniec (Wojciech Kalinowski) ubrany wbłyszczący czarny smoking? Komentatorem telewizyjnym? Zdaje się, że reżyser powinien dodać do programu legendę, kto jest kim. Kto zna tekst obu tragedii, poradzi sobie, ale, kto nie przeczytał wcześniej, temu nie zazdroszczę.

Nie wiem, jak to zrobiły dwie młode aktorki Katarzyna Adamczyk (Antygona) i Martyna Rozwadowska (Ismena), ale jako jedyne tworzą na scenie wiarygodne postaci, bez wymyślonych gierek, bez dziwnych modulacji głosu.

Stefan Drajewski
Polska Głos Wielkopolski
10 listopada 2010

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia