"Traviata" Szapołowskiej

"Traviata" - reż. Grażyna Szapołowska - Opera Wrocławska

Zgodnie z nową tradycją Opera Wrocławska zakończyła sezon przedstawieniami w plenerze. Tym razem wybór padł na "Traviatę" Giuseppe Verdiego, którą zainscenizowano na operowym parkingu jako "superwidowisko". Szkoda, że z okazji Roku Moniuszkowskiego nie zdecydowano się na "Hrabinę", "Straszny dwór" czy "Parię". Szkoda tym bardziej, że w tym samym czasie Opera da Camera di Roma prezentowała "Traviatę" we wrocławskiej katedrze Marii Magdaleny (sic!). Ponadto "Traviata" jest raczej operą kameralną, cóż z tego, że w czerwcu wystawiano ją w Arena di Verona (z Aleksandrą Kurzak). Wrocławskie przedstawienia w plenerze poprowadził Simone Valeri z Włoch, a wyreżyserowała Grażyna Szapołowska.

Estetyczny fenomen "Traviaty" polega na tym, że z jednej strony mieści się ona jeszcze w konwencji opery bel canto, z drugiej natomiast zawiera już kategorię realizmu. Grażyna Szapołowska zignorowała literalne szczegóły libretta. Raziła statyczność chóru w jakże dynamicznych u Verdiego dwóch scenach zbiorowych. Odczuwało się brak jakiejkolwiek koncepcji postaci. Szapołowska zbanalizowała aż do absurdu realistyczną scenę śmierci chorej na tuberculosis Traviaty - dwudziestotrzyletniej paryskiej kurtyzany Marie Duplessis, "damy kameliowej" (1824-1847), którą zachwycony był Ferenc Liszt. Dramatu nie było tu w ogóle. Na dekorację składały się dwa podesty, posąg leżącej nagiej półkobiety i najważniejsze tu schody, z lewej oraz prawej strony, a także po środku. Zamiast studolarówek może powinny być franki. Jedna kamelia dla Marie kosztowała mężczyzn ponoć aż trzy franki. No cóż, reżyserii operowej można się uczyć - albo w szkole, albo u mistrzów tej miary, co Giorgio Strehler, Franco Zeffirelli, Jean-Pierre Ponnelle. Nie wystarczy być znaną aktorką.

Simone Valeri był w trudnej sytuacji. Orkiestrę umieszczono mu nieszczęśliwie w tyle sceny (jak na festiwalu piosenki w Opolu), pod drugim, wyższym podestem. Śpiewacy nie widzieli dyrygenta. Niesprzyjająca akustyka parkingu, wraz z całą sonosferą centrum miasta, wymusiła zapewne nagłośnienie. Ono z kolei zaburzyło właściwe proporcje brzmienia między orkiestrą a solistami i chórem. Z samej orkiestry słychać było w gruncie rzeczy jedynie grupę pierwszych skrzypiec, niewątpliwie najsłabszą sekcję w zespole. W tej sytuacji dyrygent nie mógł wznieść się na wysoki poziom interpretacji. Do tego wszystkiego śpiewacy bardzo często zamiast muzyką zajęci byli nieustannym, wysoce kłopotliwym dla nich, jak się okazało, bezsensownym chodzeniem po schodach.

W rolach Violetty Valery i Alfreda Germonta wystąpiła para śpiewaków: Renata Vari z Włoch oraz David Banos z Hiszpanii. Vari dysponuje miłym dla ucha sopranem lirycznym, jednak reżyseria Szapołowskiej uniemożliwiła jej stworzenie autentycznej kreacji. Banos z kolei ujmował słuchaczy prawdziwie włoskim tembrem swojego tenorowego głosu. Adam Kruszewski jako Giorgio Germont imponował zaś wokalną i w ogóle muzyczną dojrzałością. Jadwiga Postrożna wreszcie stworzyła wyrazistą postać Flory. Należy przyznać, że afrykański upał, duszność i tzw. ciężkie powietrze nie sprzyjały naprawdę dobremu śpiewaniu. Dodam, że wśród publiczności zdarzały się omdlenia.

Andrzej Wolański
Ruch Muzyczny
30 lipca 2019

Książka tygodnia

Złoty garnek i inne opowiadania
Wydawnictwo Media Rodzina
E.T.A. Hoffmann

Trailer tygodnia