Triumf fantasy z polskim akcentem

74. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji - 30 sierpnia do 9 września 2017

74. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji okazał się zwycięstwem popularnego smaku. Jury odłożyło na bok artystyczne eksperymenty i filmy społecznie zaangażowane, nagradzając ambitną rozrywkę. Wprawdzie w tym roku w Konkursie Głównym zabrakło produkcji znad Wisły, ale wśród laureatów znalazła się dwójka Polaków. To reżyserzy "Księcia i dybuka", znakomitego dokumentu pokazywanego w jednej z pobocznych sekcji.

- Weneckie jury pod przewodnictwem Annette Bening postawiło na solidarność z publicznością, nagradzając jednego z ulubieńców weneckich widzów
- Za ukłon w stronę artystycznych tradycji imprezy można uznać Nagrodę Jury dla Samuela Maoza i jego "Foxtrota", surrealistycznej opowieści o absurdach służby wojskowej i cenie, jaką za polityczne konflikty płacą zwykli obywatele
- W tym roku Polskę reprezentowali Elwira Niewiera i Piotr Rosołowski, twórcy - jak się okazało - najlepszego dokumentu sekcji Venezia Classici

Najwyraźniej jury pod przewodnictwem Annette Bening postawiło na solidarność z publicznością, nagradzając jednego z ulubieńców weneckich widzów, który pewnie świetnie poradzi sobie również w box offisie. "The Shape of Water" Guillerma del Toro to skrajne przeciwieństwo zeszłorocznego laureata, czyli blisko czterogodzinnego filipińskiego dramatu "Kobieta, która odeszła" w reżyserii Lava Diaza. Filmu o (najwyraźniej) tak małym potencjale komercyjnym, że wciąż nie trafił w Polsce do regularnej dystrybucji.

Pisałam już o tym, że niespecjalnie zgadzam się z tegorocznym werdyktem. Wprawdzie doceniam wizualny rozmach "The Shape of Water" oraz udaną próbę przemycenia poważniejszych treści w popularnej formie. Zachwycam się grą Sally Hawkins, która prawdopodobnie dostała od del Toro prezent życia (a może powinnam napisać odwrotnie? że to on miał prawdziwe szczęście, wybierając brytyjską aktorkę do roli Elisy?). Bardzo cieszy mnie też zawarta w dziele alternatywna, choć przystępna pochwała ludzkiej (i nie tylko) seksualności.

Wydaje mi się jednak, że nagrody na festiwalach filmowych - w przeciwieństwie do na przykład Oscarów - wymyślono, aby doceniać i promować kino nowatorskie, zaangażowane, poszukujące nietypowych form wyrazu, prowokujące do dyskusji i niekonieczne próbujące przypodobać się publiczności. Dlatego statuetkę Złotego Lwa najchętniej zobaczyłabym w rękach Ziada Doueiriego, twórcy "The Insult", trzymającej w napięciu wiwisekcji konfliktów na Bliskim Wschodzie, albo Warwicka Thorntona, autora "Sweet Country", Aborygena, który rozlicza się z rasistowską przeszłością Australii. Pewne pocieszenie znajduję w fakcie, że Puchar Volpiego za najlepszą rolę męską powędrował do Palestyńczyka Kamela El Bashy, którego Doueriri zwerbował do filmu za pośrednictwem Skype'a.

Za ukłon w stronę artystycznych tradycji weneckiej imprezy uznaję również Grand Jury Prize dla Samuela Maoza i jego "Foxtrota". Izraelski reżyser wyrasta zresztą na pupila festiwalu. Za poprzednie dzieło, wojenny "Liban", którego bohaterami byli zamknięci w czołgu żołnierze, otrzymał bowiem Złotego Lwa w 2009 roku. W "Foxtrocie" powraca do swoich obsesji, pochylając się nad absurdami służby wojskowej i ceną, jaką za polityczne konflikty płacą zwykli obywatele. Film, choć dość manierystyczny, porusza psychologiczną głębią i fascynuje niebanalnością wizualnych rozwiązań.

Całe szczęście, że jurorzy nie pominęli w swoim werdykcie znakomitych "Trzech billboardów za Ebbing, Missouri". Niestety Frances McDormand, grająca tu samotną matkę mścicielkę, wyjechała z Wenecji z pustymi rękami (Puchar Volpiego przyznano weterance wielkiego ekranu, Charlotte Rampling za tytułową rolę w "Hannah" Andrei Pallaora), ale statuetkę za najlepszy scenariusz otrzymał reżyser filmu, Martin McDonagh. Jego wyróżnienie nie zaskakuje. Ten wyrosły z teatru twórca jest mistrzem opowiadania historii i specjalistą od soczystych dialogów.

Ostatnią produkcją znad Wisły, która stawała w szranki o Złotego Lwa, było "11 minut" Jerzego Skolimowskiego pokazywanie na Lido dwa lata temu. W tym roku Polskę reprezentowali Elwira Niewiera i Piotr Rosołowski, twórcy - jak się okazało - najlepszego dokumentu sekcji Venezia Classici. W "Księciu i dybuku" przypominają historię życia przedwojennego polskiego reżysera Michała Waszyńskiego. Odkrywcy Sophii Loren, geja i bon vivanta, który z prowincjonalnego Kowla trafił na europejskie salony. W ramach weneckich Horyzontów można było zobaczyć również islandzką komedię "Undir trénu" (reż. Hafsteinn Gunnar Sigurðsson) ze zdjęciami Moniki Lenczewskiej. Poza tym "polski wątek" pojawił się w belgijskim "Le Fidèle" (reż. Michaël R. Roskam), ale w niezbyt pochlebnym kontekście.

Konkurs Główny 74. edycji włoskiego święta kina był - tradycyjnie zresztą - dość nierówny. Obok dojrzałych artystycznie dokonań pojawiły się w nim kurioza pokroju "mother!" Darrena Aronofsky'ego czy "Mektoub, My Love: Canto Uno" Abdellatifa Kechiche'a. Nowym dziełom uznanych twórców (w tym "Ex Libris – The New York Public Library" Fredericka Wisemana czy "First Reformed" Paula Schradera) towarzyszyły debiuty, chociażby "Jusqu'à la garde" Xaviera Legranda wyróżnionego za reżyserię i nagrodzonego Lwem Przyszłości.

- Różnorodność – to słowo, które jako pierwsze nasuwa mi się na myśl w kontekście tegorocznego Konkursu Głównego - podsumowuje Urszula Wolak, dziennikarka Radia Kraków i "Dziennika Polskiego", doktorantka Uniwersytetu Jagiellońskiego. - To jednak nie uchroniło selekcjonerów przed dokonaniem kilku wątpliwych wyborów w postaci przestrzelonego musicalu "Ammore e malavita", pretensjonalnego "La Villa", egzaltowanego "Una famiglia" czy nudnego "Lean on Pete". Dobre kino (z moim faworytem, czyli "Trzema billboardami..." na czele!) wiodło jednak w Wenecji prym, zacierając złe wrażenie po kilku wpadkach. Szkoda tylko, że jury konkursu nie podjęło odważniejszej decyzji i Złotymi Lwami obdarowało twórcę kina głównego nurtu, który ze swoim widowiskowym "The Shape of Water" nawet bez weneckich laurów z powodzeniem dotarłby do masowej publiczności. Trudniej będzie to na pewno uczynić libańskiemu "The Insult" czy nawet wyróżnionemu Nagrodą Jury izraelskiemu "Foxtrotowi" - dodaje krakowska krytyczka.

Ewa Szponar
onet.film
12 września 2017

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

"Edyta Stein" - Synago...
Roberto Skolmowski