Trochę to wszystko dziwne i zatrważające

"Follow me" - reż. Radosław Rychcik - Teatr Nowy w Krakowie

„Widzisz, oprócz tańczenia na rurze, potrafię też mówić. Wkurwia cię to, co?” – pada z ust Ady Grudziński. Co się dzieje dalej? O spektaklu „Follow me” w reż. Radosława Rychcika pisze Kamil Robert Reichel.

Przedstawienie„Follow me" w reż. Radosława Rychcika powstało w ramach międzynarodowego interdyscyplinarnego projektu Parallel Lives – „Światy równoległe – XX wiek oczami tajnej policji". Pokaz premierowy odbył się 30.09.2013 na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym w Nitrze na Słowacji. Oprócz spektaklu Rychcika można tam było zobaczyć projekty z Czech, Węgier, Niemiec, Rumuni i Słowacji, w myśl towarzyszącego wydarzeniu hasła „6 krajów, 6 inscenizacji".

Spektakl Rychcika to teatralna opowieść o dwojgu ludzi, którzy nigdy nie mieli szansy się spotkać.

On – Józef Schiller – pracownik krakowskiej bezpieki. Zasłynął z niezwykłej skuteczności: przywiązywał do siebie pracowników, manipulował nimi tak, żeby myśleli, że jest niezbędnym składnikiem ich życia. Jedni go kochali, inni się go bali, czasami czuli strach
i miłość jednocześnie. Był wytrawnym uwodzicielem, manipulatorem, miał ogromne właściwości adaptacyjne. Przyjaciel, pracodawca, znakomity psycholog, który prowadził swoje ofiary na emocjonalnej smyczy tam, gdzie oprócz niego nie było już nikogo, na kim mogłyby polegać. Chwytał je, osaczał psychicznie, by następnie zniszczyć.

Ona – Ada Grudziński – córka polskiego opozycjonisty, francuska żydówka, aktorka, nieświadoma swojej przeszłości, nie mogąca stworzyć swojej przyszłości. Radosław Rychcik dokonuje bardzo ciekawego zabiegu – zestawia autentyczną postać (aktorka gra tu samą siebie) z „reprezentowanym" przez Schillera (w tej roli Krzysztof Zarzecki) systemem.

Efekt prawdziwości, z którym mamy tu do czynienia, potęguje wnikliwe opracowanie postaci Schillera. Tomasz Kireńczuk, autor tekstu, skonstruował modelową postać pracownika Służby Bezpieczeństwa, zaś Krzysztof Zarzecki zindywidualizował postać, pozwalając jej na chwile intymności.

Rozliczenie z przeszłością czy próba konstruowania teraźniejszości? Na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć się nie da. Umieszczony na wózku inwalidzkim Józef Schiller jest w pewnym sensie zredukowany, okaleczony, nie wzbudza jednak współczucia. W pierwszej części mówi o władzy, polityce i seksie –upodlony we własnym ciele, wyrzuca z siebie wszystko. Po „publicznej spowiedzi" przechodzi rzeczowo do przesłuchania. Pyta o małomównego ojca, a właściwie o powody jego małomówności, o Mordechaja Gertela, Haima Hirszmana i Jana Tomasza Grossa, o narodowość, przynależność do organizacji partyjnych – chce wiedzieć o niej wszystko. Dowie się jednak tylko tyle, ile ona sama będzie chciała powiedzieć. W czasach, kiedy Józef Schiller pracował w SB, wszystkie niewiadome musiałby zastąpić fikcyjną historią. Dla Służby Bezpieczeństwa nie było niewiadomych – stosy teczek, świadectw oskarżanych i oskarżających, nawet sygnowanych własnoręcznym podpisem do dziś pozostają wątpliwym materiałem dowodowym w procesach lustracyjnych.

W fikcyjnej przestrzeni Schiller niczego nie musi zastępować, przesłuchanie jest jedynie konwencją – sankcjonuje stosunek między uwodzicielem i uwodzoną. Kluczowym dla tej relacji jest moment, w którym Zarzecki chwyta Grudziński za włosy.

Mężczyzna w pomiętym garniturze, inwalida, który nie może już stanąć na własnych nogach, używa przemocy wobec striptizerki – młodej, prawie zupełnie nagiej: pięknej. Grudziński uśmiecha się tylko nieznacznie – w tej sytuacji pułkownik Józef Schiller musi ponieść sromotną klęskę.

W większości niema rola aktorki sprowadza się do erotycznego tańca. W tym wszystkim jest zupełnie beznamiętna jakby odgrywała rolę nie na swoją miarę, źle skrojoną. Milczy jakby nikt i nic jej nie obchodziło, a opowiadana historia była jedną z wielu jakich wysłuchała. W kulminacyjnym momencie aktorka otwiera usta i wypowiada pierwsze słowa. Robi to tak jakby mówienie było dla niej czymś zupełnie normalnym, a milczenie, do którego przyzwyczaiła Schillera i publiczność jedynie dziecięcą zabawą.

„Widzisz, oprócz tańczenia na rurze, potrafię też mówić. Wkurwia cię to, co?" – pada z ust Grudziński – trochę obojętnie, trochę na przekór wszystkiemu temu, czego milcząc słuchała.

Odpowiada na pytania zadane przez Józefa Schillera rzeczowo, konkretnie, jak gdyby całe to przedstawienie zafundowane jej przez pułkownika nie było jej w stanie ani zaskoczyć, ani szczególnie dotknąć.

Opowiada historię rannego jelenia. Podaje koszt utylizacji dużego dzikiego zwierzęcia. Trochę to wszystko dziwne i zatrważające – „Follow me" doprowadza widza do takiego momentu, w którym bardziej współczuje potrąconemu przez samochód jeleniowi niż ludziom ginącym pod kołami ciężarówek, uginającymi się pod ciężarem pałek Milicji Obywatelskiej. Cierpienie jelenia, jest bardziej realne niż wyświetlany z tyłu sceny gest papieża-Polaka błogosławiącego tłumy. Jeleń, który zmarł w jakiejś niedalekiej, bliżej nieokreślonej przeszłości jest bardziej godny pamięci i pamiętania niż stan wojenny, upadek komunizmu
i wcale nie tak odległa, a dość tragiczna historia Polski. Historia, która zredukowana do stosu fotografii, opracowań została bezmyślnie upomnikowiona – a może zupełnie straciła znaczenie.

Kamil Robert Reichel
www.rozswietlamykulture.pl
31 maja 2014

Książka tygodnia

Matkobójcy
Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego
Joanna Komorowska

Trailer tygodnia

Mewa
Jarosław Fedoryszyn
Po sukcesie, jaki odniósł plenerowy s...