Trudny Fryderyk, biedna Delfina

"Fryderyk" - reż. Agnieszka Lipiec-Wróblewska - Teatr Telewizji Polskiej

Kiedy przeczy talem jesienne zapowiedzi Teatru Telewizji, poczułem się jak człowiek, któremu obiecują ucztę życia. Czeka nas maraton historyczny. Nawet zacząłem kręcić nosem, że brak współczesności. Ale mamy jesień stulecia niepodległości. No i Wojciech Tomczyk nauczył mnie, że pisząc o historii, można poddawać współczesność bezlitosnej egzegezie.

Mam się nie cieszyć, że Jakub Pączek i Piotr Derewenda napisali sztukę o Rejtanie? Ze wreszcie obejrzę "Generała" Jarosława Jakubowskiego, sztukę osnutą na tle dziejów końca życia dyktatora Jaruzelskiego? Że Paweł Woldan zajął się postacią prymasa Hlonda? No i z deseru: Wawrzyniec Kostrzewski, mój ulubiony reżyser, porywa się na "Wesele" Wyspiańskiego? Z optymizmem zapewnia, że znajdzie klucz.

Ale zaczęło się od "Fryderyka", o Chopinie - napisała go i wyreżyserowała Agnieszka Lipiec-Wróblewska, uczennica Grzegorzewskiego. Na ekranie telewizorów jest w poniedziałek 10 września.

Mateusz Matyszkowicz, wicedyrektor TVP, opowiadał, jak go zaciekawiła książka Piotra Witta "Przedpiekle sławy. Rzecz o Chopinie", więc inspirował jej literacką adaptację. Bo Witt, obecny zresztą na premierze na Woronicza z masą anegdot, odkrył, że Chopin nie od razu zdobył sławę w Paryżu, że cierpiał biedę i załamanie. Powstała ascetyczna opowieść o człowieku niepewnym, niecierpiącym swego nowego miejsca na ziemi, poddanym opresjom typowym dla początkującego artysty.

Moje wrażenie było mieszane. Bo Chopin tak nastawiony jest tu na przeżywanie aktu twórczego, że nas z trudem dopuszcza do swego wnętrza. Bo ta sztuka wolna jest nie tylko od tez (to akurat dobrze), lecz i od dylematów. To właściwie strumień luźno płynących, chwilami dygresyjnych scen, skądinąd kręconych z wielkim smakiem. Jeszcze z wątkiem współczesnym, młodej artystki cierpiącej na niemoc twórczą, dopóki nie dotknie fortepianu, na którym on wygrał w końcu karierę.

Nie w każdym momencie męki tak szczególnej grupy jak muzycy, z rozprawami na temat muzycznych technik, mnie porywały. A zarazem... Ten strumień obrazów jakoś zaciekawiał, choćby tym, co stanie się dalej z tak emblematyczną dla polskich dziejów postacią. No i nie mając mocnej fabuły, ta opowiastka miała klimat. Anegdoty - nawet jeśli dygresyjne, niebudujące wielkich pytań - przykuwały uwagę. W tle Mickiewicz i Słowacki, pogubienie polskiej emigracji, gdy zawiodły nadzieje na wolność, dekadencja i rozpacz. Wywodzimy się przecież wszyscy i z tego.

Krzysztof Szczepaniak, jeden z najlepszych dziś aktorów polskich młodego pokolenia, był Chopinem nie tak wątłym jak jego wyobrażenie, choć szamocącym się z sobą i bardzo zapatrzonym w głąb siebie. Ale Szczepaniak zdominuje świat przedstawiany swoją charyzmą, kogokolwiek zagra. Mnie kazał zadawać stare jak świat pytanie, czy można żyć komfortowo obok wielkich artystów.

Zaskoczeniem była zjawiskowa Paulina Szostak, aktorka Narodowego, znana z serialu "Belfer", jako sprzeczna ze stereotypem Delfina Potocka. Nie sawantka z salonu, ale krucha dziewczynka prześladowana przez męża i tracąca dzieci.

Poniekąd ofiara egoizmu twórczego Frycka, niemająca odwagi tak tego nazwać. A w tle galeria postaci: Marcin Hycnar jako wiecznie szlochający Mickiewicz, bardzo dobry Maciej Charyton jako zblazowany Słowacki, naturalny Maciej Musiał jako polski powstaniec, Grażyna Barszczewska, Krzysztof Wakuliński, Zbigniew Zamachowski - postaci z paryskiej socjety muzycznej. Klasa aktorów czyniła ten zapis faktów dodatkowo interesującym. W ostateczności historyczne przedstawienia są po to, żeby wiedzieć, jak było.

Piotr Zaremba
Sieci
26 września 2018

Książka tygodnia

Nice, cosie i duchy. Eseje o sztuce
Pewne Wydawnictwo
Michał Krawczyk

Trailer tygodnia