Trumna z teatralnych desek

"Oskar i pani Róża\'\' - reż. Grzegorz Kempinsky - Teatr Śląski w Katowicach

Śmierć wykluczona z codzienności znajduje swój dom w teatrze. To właśnie na scenicznych deskach żywi mogą spotkać umarłych. Także w naszych teatrach

Kult życia nie pozwala nam na rozmowy o śmierci. Dziś umiera się w szpitalu, a konsekwencjami śmierci zajmuje się zakład pogrzebowy. W zapomnienie odchodzi swoisty dramat śmierci w tradycyjnej kulturze, rozłożony na poszczególne akty: czuwanie przy umierającym w domu, pożegnania, obwieszczenie wspólnocie faktu śmierci, czuwanie przy zmarłym, wreszcie procesyjne odprowadzenie zwłok z domu na miejsce spoczynku.

Wykluczona śmierć znajduje swój dom w teatrze. W ciemności zamknięta w Sali publiczność zostaje przymuszona do myślenia o tym, co niewygodne, bolesne, najtrudniejsze do zaakceptowania i nieuniknione.

Do teatru śmierć wkroczyła oczywiście wraz z "Dziadami" i kolejnymi głośnymi inscenizacjami dzieła Adama Mickiewicza. Najpełniejszy obraz śmierci w polskim teatrze zostawił po sobie Tadeusz Kantor z "Umarłą klasą". Za Kantorem Józef Szajna. Ale nie ma dekady, roku, sezonu, by teatr nie opowiadał o śmierci.

Często próbuje ją oswoić. Eric-Emanuel Schmitt, autor "Oskara i pani Róży\'\', przerywa kulturowe milczenie mówią co śmierci głosem dziesięcioletniego chłopca. Oskar choruje na białaczkę. Bo nieudanej operacji przeszczepu szpiku śledzimy jego ostatnich kilkanaście dni życia. Za namową pani Róży zaczyna pisać listy do Boga. Książka francuskiego autora stała się bestsellerem, a katowicką inscenizację w Teatrze Śląskim przygotował Grzegorz Kempinsky. - Kiedy zgoliłem włosy, okazało się, że coś się we mnie wewnątrz zmieniło. Najważniejsze było, by moje sceniczne umieranie nie okazało się sztuczne bądź śmieszne - mówił po premierze Marek Rachoń, odtwórca roli Oskara.

To nie jedyny obraz śmierci w Teatrze Śląskim. Na tej samej Scenie Kameralnej oczekiwanie na śmierć będzie wyczekiwaniem cudu. Bri i Pam, bohaterowie "Jednego dnia", są rodzicami głęboko upośledzonej Joe. W teatralny sposób odtwarzają w nieskończoność pierwsze wizyty u lekarza, diagnozy w sprawie porażenia spastycznego czy wizyty w konfesjonale w poszukiwaniu odpowiedzi ze strony Boga. Bri pozwoli sobie nawet na dialog o morderstwie. Na fikcyjną chwilę ulgi, której nie może zaznać w rzeczywistości po śmierci własnego dziecka.

Tymczasem po drugiej stronie ulicy na Scenie w Malarni, w posępnym Connemary irlandzki dramaturg Martin McDonagh zaprowadzi nas wprost na cmentarz. Zakpi z żywych i z umarłych, wplącze nas w sensacyjną intrygę, by w finałowej scenie w deszczu, w samotności zastanowić się nad ludzką żałobą i pustką, jaką zostawiają w nas ci, którzy już odeszli.

Jak opisać śmierć? W jednoaktówce chorzowianina Ingmara Vilqista "Bez tytułu" umieranie jest równoznaczne z zanikaniem dialogu. Jerga odwiedza matka. Przywozi pastę rybną, sok z czereśni, suszoną kiełbasę... Tylko że Jerg już nie potrzebuje jedzenia. Najpierw z ledwością porusza się i siada, w końcu kładzie się. "Mów do mnie... Mów do mnie... Mów do mnie będzie cicho błagał , wczepiony w rękaw matki, gdy ta będzie nucić mu kołysankę przed ostatnim jego zaśnięciem. Reżyser Łukasz Barczyk, który przygotował inscenizację jednoaktówki dla Teatru Telewizji, zmienił jej tytuł na "51 minut". Tyle, jak wyliczył, trwa konanie Jerga. W trzech kwadransach do śmierci fenomenalną rolę matki zagrała Stanisława Celińska.

Villqist do tematu śmierci powrócił raz jeszcze, tym razem w pracy nie nad swoim tekstem, a pozornie tylko rozrywkowym musicalem. W Chorzowie wciąż jest na afiszu "Rent" w jego reżyserii. "Vic, Droga Vicks, 1996 będzie naszym rokiem. Żadnych pogrzebów więcej" - pisał do swojej przyjaciółki Victorii Leacock na kartce świątecznej Jonathan Larson, autor musicalu. Kilka miesięcy wcześniej pochowali dwójkę bliskich znajomych, którzy zmarli na AIDS. "Jak zmierzyć życie, gdy szybko mija, jak rozliczyć rok, całe 525 600 minut? Ilością poranków, nocy, a może wypitych filiżanek kawy?" - pytają bohaterowie "Rent" w otwierającym utworze "Seasons of Love". W chwili gdy każdy dzień może być tym ostatnim, jedyną wartością jest miłość. W "Rent" nowojorska bohema śpiewa i tańczy, nie czekając na jutro, bo może być to dzień zakończony pogrzebem.

Jak kopie się grób? Czy żywym wypada myśleć o nekrologach, kiedy ciało wciąż jest gorące? Cathrin Hayes napisała tekst o umieraniu bez skrupułów, bez łagodności, nie stroniąc od fizjologii śmierci. "Utarczki" - premierę tego sezonu - można oglądać w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej. To obraz godzinnego spotkania dwóch sióstr - Rity i Jane - nad łóżkiem umierającej matki. U Hayes śmierć jest oswojona. Nekrologi z gazet skrzętnie wycięte przez Jane leżą w kartonowym pudle, by w odpowiedniej chwili przepisać z nich wiersz. Choć na początek Rita brzydzi się samą myślą o pogrzebie, wkrótce i ona będzie rozważać, gdzie rozsypać prochy matki. Jane, popijając po śniadaniu kawę, zredaguje ostatnie pożegnanie, zostawiając tylko puste miejsce na datę, a w rozmowie z zakładem pogrzebowym upewni się, że w razie czego to oni umyją ciało. Przewrotność tekstu i inscenizacji polega na tym, że choć schorowanej staruszce została godzina życia, w spektaklu umiera zupełnie ktoś inny. To Jane (w doskonałej kreacji Grażyny Bułki), która może mówić beznamiętnie o śmierci, bowiem jako kobieta, niespełniona matka i żona dla świata jest już martwa.

Żywi rozmawiają z umarłymi i spotykają się w określonym miejscu kolejny raz - w teatrze właśnie.

Aleksandra Czapu-Oslislo
Gazeta Wyborcza Katowice
3 grudnia 2009

Książka tygodnia

Street Art. Wielcy artyści i ich wizje
Wydawnictwo ARKADY
Alessandra Mattanza

Trailer tygodnia