Trwałość jest wartością największą

Rozmowa z Jolantą Motyką i Tomaszem Ignalskim.

Teatry powstają i upadają, a Reduta trwa. Trwałość jest największą wartością. Czasami chóry chełpią się ponad stuletnią historią, ale okazuje się, że średnia wieku ich członków wynosi 75 lat i ich głównym problemem jest brak młodzieży – kontynuatorów. U nas jest inaczej. Największą grupę tworzą osoby poniżej 35 roku życia.

Z Tomaszem Ignalskim dyrektorem i Jolantą Motyką, zastępcą dyrektora Chorzowskiego Centrum Kultury, o Teatrze „Reduta Śląska" o spektaklach -„Ulice Wolności" i „Królewska Huta" oraz o 150. rocznicy Chorzowa rozmawia Ryszard Klimczak.

Ryszard Klimczak: Czym dla pana jest Chorzów?

Tomasz Ignalski: To miejsce mojego urodzenia, miejsce z którego wywodzi się moja rodzina. Spędziłem tutaj całe moje dzieciństwo i dorosłość, a moje życie zawodowe związane jest także z Chorzowem. Myślę, że miasto to zasługuje na to, żeby się nim opiekować. To miasto, które wiele mi dało i mam nadzieję, że odpłacam za te wszystkie dary, które otrzymałem. Chorzów ma świetnych ludzi i olbrzymi potencjał, który nie jest do końca wykorzystany.

Co ma pan na myśli?

T. I.: - Mówi się, że to miasto najlepsze czasy ma za sobą, ale tak mówi się o wielu polskich miastach. Taką łatę ma też ulica Wolności w Chorzowie, o której jest nasz spektakl, i nie tylko ona. Kiedy byliśmy w Nowym Sączu na ulicy Jagiellońskiej, która bardzo nam się podobała, mieszkańcy mówili, że i ona najlepsze czasy ma już za sobą. To mogłoby oznaczać, że ludzie tęsknią za swoją młodością i często postrzegają miasta jako miejsca, które starzeją się razem z nimi. Miejsca mają swoje funkcje, które zmieniają się zależnie od tego, jakie są czasy i potrzeby. Kiedyś na Wolności znajdowało się mnóstwo zakładów zegarmistrzowskich, rymarskich...

A teraz są banki

T. I.: - I być może taka jest potrzeba. To nic złego, nie rozpaczałbym z tego powodu.

Powiedział pan, że Chorzów jest trochę niedowartościowany, a mnie się wydaje, że przez Teatr Rozrywki, amatorskie działania artystyczne, w tym działalność Reduty, miasto to zyskuje nieprawdopodobną wartość, chociażby przez ludzi, którzy się tutaj urodzili, nasiąknęli kulturalno-śląskim klimatem i poszli w świat.

Jolanta Motyka: - Zwrócił pan teraz uwagę na coś, co stanowi część naszej dumy z Reduty. W Reducie jest ten potencjał ludzki, wynikający ze zderzenia pokoleń. Wśród członków zespołu jest dziewięć osób, które pamiętają przeszłość Reduty, a obok nich jest tu bardzo liczna grupa młodych ludzi, którzy potem pójdą w świat, niosąc ze sobą cząstkę Reduty i cząstkę Chorzowa i mogą wpływać na to, jak inne osoby postrzegają Śląsk. Zdajemy sobie sprawę z tego, jak inni postrzegają Śląsk, chociażby z perspektywy Warszawy. Wciąż, niestety, pokutuje obraz Śląska zadymionego. Nie są to rzeczy, które opowiadają ludzie w moim wieku, ale zwracają na to uwagę młodzi chorzowianie, którzy działają m.in. w Warszawie. Tak nas postrzegają ludzie z zewnątrz, ale młodzi ludzie niosąc z sobą cząstkę tego miasta mogą mówić prawdę o Śląsku.

T. I.: - Inna rzecz jest taka, że Śląsk miał przed wojną taki sam potencjał, jak pozostałe miasta. Dom ludowy, to nie jest śląski wymysł, ponieważ takie domy tworzono w całej Polsce. To bardzo ciekawa forma organizacyjna, o której warto wspomnieć. Jesteśmy spadkobiercami jednej z strony domu ludowego, czyli miejsca, które nie było snobistyczne, ale było autentycznym miejscem realizacji swoich tęsknot i pasji. Myślę, że ludzie na Śląsku mieli taką tęsknotę do piękna, która objawiała się w muzyce. Muzyka zajmuje ważne miejsce w kulturze śląskiej, cały ruch muzyczny, ale i blues, który od lat 60-tych jest wyróżnikiem Śląska. Wszystko to wynika z tęsknoty za pięknem. Z tego też powodu ludzie malowali okna na czerwono, raz, że była to łatwo dostępna farba, a dwa, że chcieli się otaczać pięknem.
W miejscu, w którym się znajdujemy znajdował się przed wojną dom ludowy. To tu narodziła się Reduta Śląska właśnie z tęsknoty za pięknem. Po wojnie teatr miejski, w moim przekonaniu, nie nawiązywał do tej tradycji, ale zostali ludzie, którzy dalej robili świetne rzeczy. Teraz, choć nazywamy się Chorzowskie Centrum Kultury, to jesteśmy spadkobiercami czegoś, co nazwałbym teatrem miasta, czy teatrem miejskim. Obok Teatru Rozrywki, który jest świetny, z zawodową grupą artystów i chętnie do niego chodzimy, istnieje jeszcze Reduta Śląska, a wokół niej co najmniej kilka dobrych teatrów, których nie nazwałbym amatorskimi, ale teatrami pasji, bo zdarza się, że pracują w nich ludzie po szkole teatralnej, którzy współpracują z amatorami, jak Lekki Teatr Przenośny.

Amator to niekoniecznie znaczy amatorszczyzna. Amator to miłośnik

T. I.: - Zdarza się, że aktorzy Teatru Rozrywki odczuwają żywą potrzebę spotkania z naszymi odbiorcami. Wielu aktorów jak np. Marta Tadla współpracuje z nami. Mamy świetne relacje z Dariuszem Miłkowskim, który jest fanem Reduty i chętnie spotyka się z grupami funkcjonującymi w CHCKu. Wiele razy dobrze wypowiadał się o niej. Teatry powstają i upadają, a Reduta trwa. Trwałość jest największą wartością. Czasami chóry chełpią się ponad stuletnią historią, ale okazuje się, że średnia wieku ich członków wynosi 75 lat i ich głównym problemem jest brak młodzieży – kontynuatorów. U nas jest inaczej. Największą grupę tworzą osoby poniżej 35 roku życia.

Kiedy powstała Reduta Śląska i w jakich okolicznościach?

J. M. - Historia amatorskiego Teatru Ludowego Reduta Śląska rozpoczęła się w 1933 roku. Tworzyli ją ludzie różnych zawodów, pasjonaci, ludzie, którzy chcieli uprawiać teatr.

Robotnicy?

J. M. - Założycielem Reduty był prof. Stanisław Staśko, nauczyciel języka polskiego. Grupę tworzyli zarówno robotnicy, jak i inteligencja, ale i uczniowie profesora. Jeśli chodzi o reaktywowanie teatru, to przywołany tu już Dariusz Miłkowski podczas jednego ze spotkań Chorzowskiego Centrum Kultury i Teatru Rozrywki, kiedy rozmawialiśmy o możliwości prezentacji naszych grup z ChCK w teatrze, powiedział, że czuje taki niepokój, że Reduta miała kiedyś siedzibę w obecnym Teatrze Rozrywki. Straciła ją, gdy powstał teatr. Przez kilka dobrych lat przenosiła się z miejsca na miejsce, a jej członkowie spotykali się m.in. w domach, ale pomimo przeciwności działali nieprzerwanie. Działalność Reduty Śląskiej została zawieszona w 1995 roku. Po tym trudnym okresie, w 2012 roku postanowiono reaktywować Redutę. Do pierwszego spotkania doszło w sali Chorzowskiego Centrum Kultury. Zaprosiliśmy członków Reduty i innych ludzi, dla których teatr jest sprawą ważną, pasją dającą im radość. Dziś grupa liczy 27 osób, a 9 z nich pamięta jeszcze pracę z Korczem. Wśród członków zespołu jest też syn jednego z założycieli – Tadeusz Michalak, a jego brat Jerzy Franciszek Michalak pracował przy pierwszym naszym spektaklu.

W 2018 roku obchodzimy rocznicę 150-lecia nadania praw miejskich Królewskiej Hucie. Spektakl „Ulice Wolności" jest jednym z elementów jubileuszu.

T. I.: - Wydarzeń jest wiele, ale warto wymienić szczególnie trzy z nich, które są istotne z punktu widzenia mieszkańca miasta. Są to teksty kultury, które z pewnością pozostawią trwały ślad w pamięci chorzowian. Pierwszym z nich jest spektakl „Ulice Wolności", powstały na podstawie tekstu Piotra Zaczkowskiego. Z pewnością kolejne pokolenia, kiedy będą badały historię i kulturę Chorzowa z 2018 roku, będą mogły się na nim oprzeć. Kolejnym śladem jest tekst chorzowianina, Ingmara Villqista, „Królewska Huta" i powstanie też spektakl. Trzecią rzeczą, o której należy wspomnieć jest „Symfonia industrialna", którą z okazji jubileuszu napisał Adam Wesołowski, młody dyrygent i dyrektor artystyczny Międzynarodowego Festiwalu im. G.G. Gorczyckiego. Będzie miała swoją premierę 20 września w Chorzowskim Centrum Kultury, z towarzyszeniem orkiestry Aukso. Wiem już, że wykonanie tej symfonii zapowiedziane jest w czterech miejscach. To także materiał kulturowy, który pozostanie po nas. Przez całe lata duże się tu działo. Gwiazdy przyjeżdżały, wyjeżdżały, przestawały być gwiazdami. Ale co tak naprawdę pozostawiło trwały ślad w Chorzowie? Kiedyś władze miasta wpadły na pomysł, żeby ogłosić konkurs na opracowanie hejnału miejskiego. Wybrano utwór, którego autorami są chorzowianie Tomasz i Maciej Kałwakowie. Hejnał słychać codziennie, w samo południe. Kolejnym śladem jest ławeczka Cieślika. O wykonanie tego projektu został poproszony Tomasz Wenklar, znakomity, młody rzeźbiarz. To właśnie są ślady dedykowane temu miastu, które po nas pozostaną.

Kiedy zakończą się obchody 150-lecia Chorzowa?

T. I.: - Nie chcę uprzedzać faktów, ale z uwagi na nagłą śmierć Bernarda Krawczyka rozmawiamy z Ingmarem Villqistem o tym, jak zrealizować spektakl „Królewska Huta" [premiera była planowana na październik 2018 r. – przyp. red.] jeszcze w tym roku. Z arytmetyki wychodzi, że prawdopodobnie uda się to dopiero w grudniu. W programie mamy też zaplanowanych wiele koncertów, festiwale jak Festiwal Muzyki Alternatywnej, który opowiada historię miasta, wspomina o tym, co działo się, kiedy zamknięto ostatnią kopalnię i wszystkie huty w mieście, a ludzie musieli znaleźć na siebie nowy sposób na siebie. Teraz my znajdujemy się w przestrzeni poprzemysłowej i musimy znaleźć na siebie nowy pomysł.

Chorzów ma 150 lat. Miasto właściwie rodzi się na nowo. Kiedyś osiedlano się tu z uwagi na bliskość różnych usług, był to środek świata, łatwo można było dojechać do Berlina, czy Krakowa. Królewska Huta rozwijała się prężniej niż Katowice, które znacznie później zyskały na znaczeniu. Kiedyś też ktoś wpadł na pomysł, aby było to miasto uzdrowiskowe i mamy tu ulicę zdrojową. Musimy się zastanowić, co teraz, czy będzie małą dzielnicą największego w Europie środkowo-wschodniej miasta, które nazywa się Silesia, czy też będzie odrębnym miastem. Będzie to miasto-sypialnia, miasto usług, a może miasto kultury? I ważne pozostaje pytanie dlaczego ludzie będą chcieli tu mieszkać?

Ryszard Klimczak
Dziennik Teatralny
1 września 2018

Książka tygodnia

Zimowa opowieść. Przepaść czasu
Wydawnictwo Dolnośląskie
Jeanette Winterson

Trailer tygodnia