Trwoga, śmiech, anarchia i głębsze znaczenie

„Powarkiwania Drogi Mlecznej" Bonna Parka, reżyseria Adam Orzechowski, Teatr Wybrzeże w Gdańsku, premiera 9 lipca 2021 roku.

„Powarkiwania Drogi Mlecznej" Bonna Parka, reżyseria Wojtek Klemm, Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, prapremiera polska 3 lipca 2021 roku.

Przyznam, że nie doceniłem Bonna Parka. Jego „Powarkiwania Drogi Mlecznej" poznałem już czas jakiś temu dzięki czytaniu w ramach Laboratorium Dramatu w warszawskim Teatrze Dramatycznym. Wówczas rzecz – że tak to ujmę – przyjąłem do wiadomości, ale nie zrobiła na mnie szczególnego wrażenia. Zapamiętałem ją jako nic więcej ponad ekstrawagancką osobliwość, nie wydawało mi się, że odznacza się większą rangą. No i o „Powarkiwaniach Drogi Mlecznej" spokojnie zapomniałem aż do początku lipca, gdy w ciągu niespełna tygodnia dramat Parka wystawiły dwa ważne polskie teatry. Już samo to jest wydarzeniem bez precedensu. Zwykle jest bowiem tak, że nowa sztuka doczekuje się premiery, po czym słuch po niej ginie na bardzo długo, a nierzadko i na zawsze. Zjawisko występowania dramatów jednorazowego użytku dotyczy bowiem nie tylko dzieł rodzimych autorów. Polski teatr przez ostatnie lata zdążył nas do niego przyzwyczaić.

Dwa w krótkim czasie spotkania z utworem Bonna Parka pozwalają docenić znacznie więcej niż tylko jego tytuł, bo ten od początku w swym absurdalnym humorystycznym wymiarze wydawał mi się trafiony w punkt. „Powarkiwania Drogi Mlecznej" – Bonn Park jest w tym względzie dłużnikiem polskiej tłumaczki sztuki Iwony Nowackiej, która tę fenomenalną frazę wymyśliła. Zresztą cały przekład to fantastyczna robota. Nowackiej udało się złapać równowagę między rozwibrowanym anarchistycznym humorem Parka, jego zaprogramowaną z góry niepoprawnością polityczną, a tonem serio, bo bez niego „Powarkiwania Drogi Mlecznej" de facto nie istnieją. Dzięki jej tłumaczeniu uzyskujemy sto procent Parka w Parku i łatwiej nam zrozumieć, że wychowany w Niemczech i żyjący tam Koreańczyk to potężnego kalibru teatralny macher. Wie, jak rozbawić widownię, a za moment bezceremonialnie złapać ją za twarz. Usypia czujność, by znienacka wyprowadzić morderczy sierpowy. Przy tym – i wiem to dopiero po podwójnej konfrontacji „Powarkiwań..." ze sceną – to kawałek o większym niż tylko doraźny wymiarze. Partytura, którą ludzie teatru muszą wypełnić po swojemu. Nasycić śmiechem i przerażeniem. Najlepiej we w miarę podobnych proporcjach.

O krakowskim spektaklu Wojtka Klemma napiszę mniej, bo w mniejszym stopniu wykorzystuje on potencjał sztuki Bonna Parka. Reżyser i współpracujący z nim dramaturg Tomasz Cymerman rozbili strukturę „Powarkiwań...", w oryginale składających się z przeplatających się monologów i dopowiedzeń. W Teatrze Słowackiego nie ma tradycyjnego podziału na role, owe monologi podzielono fragmentami na poszczególnych członków cały czas obecnego na scenie zespołu aktorskiego. Skutek jest taki, że nie ma mowy o poddanych hiperbolizacji jak u Parka postaciach, kuleje też napięcie między nimi, jest za to polifonia głosów, coś na kształt ironicznego rapsodu z wpisanymi weń kulminacjami. Klemm w wielu swoich przedstawieniach pokazywał, że jego teatr rodzi się w ruchu, w fizycznej najdosłowniej interakcji między aktorami. W jego najlepszych inscenizacjach dawało to dojmujący efekt bolesnego konkretu, udowadniało, że nie ma mowy o pięknoduchowskim bujaniu w chmurach, ale o rzeczywistości pełnej prawdziwego bólu, świecie z krwi i kości. W „Powarkiwaniach..." Klemm zatrzymuje się w pół drogi. Cała fizyczna partytura zespołowa ma w sobie wiele wdzięku i z przyjemnością się na nią patrzy, ale zbyt często nie przypomina niczego ponad zbiorowy układ gimnastyczny, przetykany odpowiednio dobranymi słowami. Wybrzmiewa w tym anarchistyczny humor sztuki Parka, ale niemal doszczętnie zaprzepaszczona zostaje cała warstwa serio. Są w widowisku Klemma mniej lub bardziej wyszukane żarty, jest nastrój zabawy na złamanie karku, ale brakuje przełamania, a to w dramacie niemieckiego Koreańczyka rzecz kluczowa. Może się bowiem Bonn Park bawić słowami i obrazami, ale pod tym wszystkim czai się najczystsza trwoga. Przerażenie światem, który zalewa piana beznadziei i przeświadczenie, że całość zmierza jedynie ku najgorszemu, a my tu i teraz już w tym stanie się pogrążamy bez szans na ratunek.

Wystarczy wsłuchać się w słowa zapisane w „Powarkiwaniach...", by to dostrzec, ale nie pomaga w tym spektakl w Teatrze Słowackiego, bowiem jest tylko gładką zabawą bez podtekstów. Po raz kolejny natomiast udowadnia, że Teatr w Krakowie ma świetny zespół aktorski, bez trudu przeistaczający się na scenie w oddychający wspólnie organizm. Aktorzy „Powarkiwań..." wszelkie zadania wykonują precyzyjnie, z wdziękiem i polotem – szczególne brawa należą się Ewelinie Cassette, Karolinie Kazoń oraz Katarzynie Zawiślak-Dolny za partię Tłustej Heidi Klum – ale na uznanie zasługują wszyscy. Tyle że ich umiejętności i zgranie nie podnoszą krakowskich „Powarkiwań..." na wyższy poziom. Mogłaby to uczynić jedynie odmienna od wybranej koncepcja reżysera.

Czego zabrakło w krakowskich, trochę „dyplomowych" „Powarkiwaniach..." zobaczyliśmy w gdańskim Teatrze Wybrzeże. Adam Orzechowski wraz z dramaturgiem Radosławem Paczochą nie bawili się w burzenie struktury dramatu Bonna Parka, pozostawili monologi, ograniczyli się do ułożenia akcentów oraz skrótów. Wyszła im zaprawiona wisielczym humorem metafora współczesności, przypowieść o ludziach, a nawet ludzkości, która „jest tak beznadziejna i tak do dupy" i w żaden sposób nie potrafi „się ogarnąć". Całość rozgrywa się na ruchomej platformie talerzu, będącej jednocześnie mapą świata, zaprojektowaną przez Magdalenę Gajewską. Orzechowski buduje zatem przestrzeń dosłowną i symboliczną, co znać także w innych rozwiązaniach, na jakie się zdecydował. Otrzeźwiały Donald Trump (świetny Grzegorz Gzyl) rozrywa na sobie płaszcz zrobiony z dolarowych banknotów, dziecięcym chórem są Jerzy Gorzko, Mirosław Krawczyk i Jarosław Tyrański, którzy z ról dzieci wyrośli już jakiś czas temu. Reżyser gdańskiego przedstawienia bawi się sztafażem zastosowanym przez Parka, podkreśla co bardziej niepoprawne kwestie, niczego w duchu poprawności nie cyzeluje ani nie wygładza, ale skupia się na esencji „Powarkiwań...". Spod szalonych tyrad kolejnych bohaterów wyłania się obraz bezradności, z którą nie może sobie poradzić pragnący zjednoczyć obie Koree Wstrząśnięty Kim Dzong Un (znakomity Grzegorz Ninkiewicz), ani dowcipnie przerażona/y nami Alarmujący Kosmita Biolog (Monika Chomicka-Szymaniak). Dopiero w Teatrze Wybrzeże można poczuć siłę oskarżenia sformułowanego przez Bonna Parka, jak i zrozumieć meandry jego anarchistycznego poczucia humoru. Tłusta Heidi Klum (Małgorzata Oracz) szykuje światu apokalipsę, pogrążona w depresji Kasandra Joanny Kreft-Baki ma w sobie zagubienie wszystkich lewicujących intelektualistek obecnej doby, choć nie dostrzegłem jej podobieństwa do Olgi Tokarczuk i nie posądzam Adama Orzechowskiego o tak dosłowne zestawienia. A i tak wszystko zaczyna się i kończy na Bonnie Parku uwięzionym w ciele jedenastoletniej dziewczynki, którą/którego olśniewająco gra Agata Woźnicka. Młoda aktorka ma za sobą wiele ról w Wybrzeżu, ale chyba po raz pierwszy tak bardzo jest na pierwszym planie. I przyciąga całą uwagę widowni, bywa bezczelna i uwodzicielska, a czasem po ludzku zdesperowana. No i wspaniale śpiewa, ale o tym trzeba przekonać się samemu.

Desperacja – to chyba najważniejszy temat upiornie śmiesznego seansu w gdańskim Teatrze Wybrzeże. To właśnie desperację w najmocniejszych barwach maluje Bonn Park. A że zanosi się przy tym opętańczym śmiechem? Cóż, może na więcej niż śmiech nie zasługujemy.

Jacek Wakar
Dziennik Teatralny
21 lipca 2021

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

Film balkonowy
Paweł Łoziński
Czy każdy może być bohaterem filmu? C...