Trzeba podróżować po swojej wyobraźni

Rozmowa z Wojciechem Malajkatem

Nie traktuję teatru jak świątyni, jestem tu po to, żeby zabierać widzów w różne światy, stany emocjonalne, czasami w różne epoki. Widz też musi angażować się intelektualnie i to powinno przekuwać się na emocje. Po to chodzimy do teatru, kina czy na koncert, żeby coś przeżyć, zapamiętać. Jak zostaje pustka, to nie ma sensu bywać. Teatr musi być rozmową z publicznością, dialogiem na różne tematy, które dotykają nas wszystkich - mówi WOJCIECH MALAJKAT, aktor, dyrektor Teatru Syrena w Warszawie.

Człowiek, który pracuje z pasją i stale dąży do perfekcji, wolniej się starzeje. Jeśli tę istotną częścią życia, która pochłania bez reszty, jest aktorstwo, to zyskują również widzowie, za każdym razem zapraszani do różnych światów, gdzie czekają na nich prawdziwe emocje i niezapomniane wrażenia.

Aktor, reżyser, pedagog, dyrektor, biznesmen, ojciec, mąż, czasami malarz - dużo tych ról, jak pan sobie z nimi radzi?

- Wszystko to łączy się z moją pasją, czyli aktorstwem, przez co wcale nie jest trudne do pogodzenia. Co do biznesmena, ten etap już się skończył, to nie moja bajka. Dyrektora naczelnego teatru też mam już za sobą - teraz skupiam się tylko na najważniejszych dla mnie sprawach artystycznych w Syrenie. Częściej natomiast pojawia się konflikt na linii życie zawodowe - życie prywatne, ale na to też znajduję czas.

Nie marzył pan jednak o aktorstwie, chciał pan zostać nauczycielem.

- Drogi aktorskiej nie wybrałem sam. Debiutowałem w teatrze amatorskim w Mrągowie i polonistka, która się nim zajmowała, stwierdziła, że może będę lepszy na scenie niż przy tablicy. Kiedyś jednak zagrałem nauczyciela w serialu "Klasa na obcasach", w "Szatanie z VII klasy", ale koło się zamknęło, bo jestem nauczycielem akademickim. Uczenie to wielka odpowiedzialność, najważniejsze jest przekazanie własnej estetyki, własnego gustu. Jeżeli mi się udaje, sprawia mi to wielką radość. Mam nadzieję, że moi studenci są też zadowoleni z takiego wykładowcy.

Te pierwsze przygody to "Zad wielkiego wieloryba".

- Oj, jak to było dawno temu? Zagrałem w debiucie filmowym Mariusza Trelińskiego, nakręciłem go zaraz po przyjeździe do Warszawy. Oprócz doświadczenia filmowego to było coś w rodzaju happeningu, niektóre sceny kręciliśmy z ukrytej kamery. Był 1987 r., więc jak na tamte czasy odważny chwyt.

Był jeszcze "Żuraw i czapla", potem "Kot w butach", czyli od wieloryba do kota.

- "Żuraw i czapla" to pierwsze spotkanie z Teresą Budzisz-Krzyżanowską, wielką artystką, którą nieustannie podziwiam. Bezpośredni kontakt z nią na planie to było coś bardzo ekscytującego. A kot kojarzy mi się z Salmą Hayek, Banderasem, na żywo. Kolejna fajna przygoda. Lubię zwierzęta.

Otrzymał pan Nagrodę im. Stanisława Wyspiańskiego i Nagrodę Leona Schillera za wybitne osiągnięcia aktorskie na scenie dramatycznej, za rolę Gustawa-Konrada oraz za kreację w "Hamlecie". Jak pan to przeżył?

- Wieczoru "hamletowskiego" prawie nie pamiętam, byłem tak zestresowany faktem, że wpływam na głęboką wodę, więc próbowałem się tylko nie "utopić". Potem okazało się, że umiem "pływać". Dobrze się czuję w takich rolach, ale cieszę się, że sprawdzam się również w dużej gamie ról charakterystycznych. Jednym z ostatnich inspirujących komplementów, które usłyszałem z ust znawców teatru, było określenie "aktor gombrowiczowski". Nie chcę być zaszufladkowany.

Można powiedzieć, że jest pan człowiekiem bardzo poukładanym, spokojnym, szalenie pracowitym, taka chodząca doskonałość.

- To pani powiedziała. Mam to we krwi, taka konstrukcja. Lubię dopracować wszystko do najwyższego możliwego poziomu. Czasami może mi się nie udaje, ale dążę do perfekcji. Mam wady: nadmierna pracowitość, upór, coś by się jeszcze znalazło? Nie będę wszystkiego zdradzał.

A jak się pan czuje z tą odciśniętą ręką na promenadzie w Międzyzdrojach?

- To był miły moment, kiedy zostałem tam zaproszony. Odczuwałem pewne skrępowanie, tłum ludzi, ale na szczęście wszyscy byli uśmiechnięci, życzliwi. Nie jeżdżę jednak tam co chwila, nie pielęgnuje tego odcisku dłoni, nie wpatruję się w niego. Wiem, że tam jest, i to jest fajne.

Powiedział mi pan kiedyś, że dąży do harmonii , a najlepiej jakby wszyscy byli zdrowi i bogaci.

- Mądrzy też. Napędza mnie dążenie do harmonii, a nie konflikty. Po to tworzę teatr, by przeglądać się w swoich wadach i dążyć do doskonałości.

Co więc przeszkadza panu w życiu, czego się pan boi?

- Najbardziej boję się chyba braku wyobraźni w otaczającym nas świecie: za kierownicą, wsiadania po pijanemu do samochodu, skakania na głowę do wody, po brak wyobraźni, kiedy nie idziemy do wyborów, a potem narzekamy na cały świat. Brak wyobraźni w każdej dziedzinie jest niebezpieczny. Boję się też bezinteresownej zawiści, bo jej nie rozumiem i jestem wobec niej bezradny.

Jak pan traktuje teatr?

- To jest miejsce, w którym zdarzają się niezwykłe rzeczy, emocje czasem wspinają się wręcz na metafizyczny poziom. Nie traktuję teatru jak świątyni, jestem tu po to, żeby zabierać widzów w różne światy, stany emocjonalne, czasami w różne epoki. Jest to miejsce szczególne, niezależnie od tego, jak je nazwiemy.

Powiedział pan, że podstawowa sprawa w odbiorze sztuki to emocje. Może rzucanie pomidorami to byłaby przesada, ekstrawagancja, ale teatr powinien budzić zdecydowane odczucia.

- Tak, podtrzymuję to stwierdzenie. Widz też musi angażować się intelektualnie i to powinno przekuwać się na emocje. Po to chodzimy do teatru, kina czy na koncert, żeby coś przeżyć, zapamiętać. Jak zostaje pustka, to nie ma sensu bywać. Teatr musi być rozmową z publicznością, dialogiem na różne tematy, które dotykają nas wszystkich.

Współpracował pan z najlepszymi reżyserami: Wajdą, Grzegorzewskim, Kijowskim, Machulskim, Majewskim, Hoffmanem. Kto jest pana mistrzem?

- Jerzy Grzegorzewski.

Co takiego zostawił w panu?

- Taką niekwestionowaną potrzebę tego, by sztuka nie była oczywista, banalna, jednoznaczna, odruchowa, byłaby to dla niej śmierć. Jeżeli nie wprowadzimy publiczności w stan ciągłej ekscytacji, tropienia akcji, to ona uśnie i więcej nie przyjdzie. I ta przygoda, którą przeżyłem u boku Grzegorzewskiego, właśnie na tym polegała. Był to stan ciągłej gotowości, na najwyższych obrotach. Wtedy człowiek wolniej się starzeje, nie zamienia się w znudzonego życiem i światem obserwatora. Jest uczestnikiem tego, co się dzieje wokół. Trzeba stale coś robić, podróżować po swojej wyobraźni.

Mało pan mówi o sobie, o pracy dużo, o domu, rodzinie nic. Jaka jest granica między życiem prywatnym a zawodowym?

- To bardzo ważna zasada, którą kieruję się w życiu i sztuce. Trzeba sobie ustalić taką granicę. Nie przekraczam tego pola, chronię prywatność. Nic na pokaz i na sprzedaż. Nie chcę zawracać ludziom głowy, każdy musi mieć swoją przestrzeń. Granica jest wyraźna. Nie chcę jej przestawiać i nie będę jej korygować, i burzyć na potrzeby publiczne. To jest moje terytorium i nikt nie próbuje go naruszać. Ja nie mam nic do ukrycia, niczego się nie wstydzę. I niech tak zostanie.

Skończył pan z byciem dyrektorem naczelnym i został dyrektorem artystycznym. Jakie plany ma pan w tej materii?

- Dyrektor naczelny to urzędnik. Zmagałem się z problemami, załatwianiem pieniędzy, sponsorami. Z artystycznym jest lepiej, ale to też niełatwa praca. Bycie reżyserem jest dla mnie fascynujące, to tak, jakby podlewać roślinę ciągle letnią wodą z witaminami, wtedy bujnie rośnie, a potem kwitnie. I wtedy jestem szczęśliwy. Co do planów, na początku października odbędzie się premiera "Kariery Nikodema Dyzmy", spektaklu muzycznego w reżyserii Wojtka Kościelniaka. Zagram Żorża Ponimirskiego. Dalej "Złota różdżka" - również piosenki i tam też się pojawię. W lutym 2015 r. planuję premierę "Czarodziejskiej góry" na podstawie powieści Tomasza Manna. I to będzie spełnienie moich reżyserskich marzeń. Wszystko oczywiście na deskach Teatru Syrena.

Ma pan chwile dla siebie? Czego panu brakuje?

- Jest ich bardzo mało, a jeśli już się pojawiają, to wtedy czytam. Jestem od tego uzależniony, to mój narkotyk. Czasami brakuje mi czasu i ciszy, tylko nie wiem, czy długo tak bym wytrzymał. Jestem przyzwyczajony do tempa. Jestem ciągle w biegu. Mogę powiedzieć, że niczego mi nie brakuje, bo moja praca to nie męka. I co jest bardzo ważne, robię to dla ludzi, licząc, że dam im radość, chwile refleksji, wzbudzę w nich emocje. O to mi właśnie chodzi.

Anna Arwaniti
VIP
12 września 2014

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia