Trzeba słuchać Boga

"Bolesław Śmiały" - reż. Bartosz Zaczykiewicz - Teatr Polski w Warszawie

Niezwykle rzadko wystawiany w teatrach dramat Stanisława Wyspiańskiego "Bolesław Śmiały" zamknął rok obchodów stulecia Teatru Polskiego w Warszawie. Akcja dramatu toczy się w XI wieku, a treść osnuta jest wokół konfliktu króla polskiego Bolesława, zwanego Śmiałym, z biskupem krakowskim, św. Stanisławem ze Szczepanowa. Dwie wielkie postaci średniowieczne, które odcisnęły trwały ślad w polskich dziejach.

W historycznych przekazach niewiele znajdujemy na ten temat wiadomości o charakterze dokumentalnym. Stanisław Wyspiański już po napisaniu "Bolesława Śmiałego" kilkakrotnie wracał w swojej twórczości do tematu sporu obu tych wielkich postaci, czy to w "Skałce", czy w rapsodach, czy w "Argumentum do dramatu Króla Bolesława i Biskupa Stanisława". Jacek Popiel, autor scenariusza przedstawienia, wykorzystał te utwory.

Ów spór Bolesława i biskupa należy do najbardziej dramatycznych momentów w naszej historii. Bolesław Śmiały i biskup Stanisław to dwie diametralnie różne osobowości, dwie różne wizje polskiej państwowości, dwa różne systemy wartości, zwłaszcza w kategorii moralnej. Tragizm owego konfliktu zakończonego zamordowaniem biskupa Stanisława zasadza się właściwie na tym, że obaj kochali Polskę i obaj czuli się reprezentantami Bożej woli na ziemi, ale każdy z nich widział to inaczej i inaczej postępował. Ponadto w owym konflikcie każdy z nich doznał indywidualnej tragedii.

Święty patron

Biskup męczennik był kapłanem bezkompromisowym, bronił wartości moralnych i ludzkiego życia, tak jak i dziś naucza Kościół. Król zaś, można powiedzieć, wybitny polityk, potężny, władczy i okrutny zarazem monarcha, w swych posunięciach uważa się za pomazańca Bożego, ale nie żyje w zgodzie z przykazaniami Bożymi. Ma żonę (w spektaklu gra ją Małgorzata Lipmann) i liczne kochanki, znany jest z rozwiązłych zachowań, gwałtownego reagowania i folgowania swoim namiętnościom. Ponadto potrafi być okrutny w wymierzaniu kary tym, którzy zawiedli go na polu bitwy. Bolesław dążył do wzmocnienia pozycji polskiego państwa na świecie. Zgodnie ze swoją dalekosiężną polityką prowadził bitwy, wojny.

Biskup Stanisław krytykował niemoralne życie króla, brał w obronę poddanych przed surowością monarchy, bronił ich życia, żądał uwolnienia ludzi skazanych na śmierć. Finał okazał się tragiczny dla biskupa, z rozkazu króla został zamordowany podczas odprawiania Mszy Świętej na Skałce w Krakowie, jego ciało poćwiartowano. Prochy św. biskupa Stanisława przeniesione zostały kilka lat później na Wawel, postać męczennika otoczono głębokim kultem. Naród stanął po stronie biskupa, a król po dokonaniu zbrodni musiał uciekać z Polski. Schronienie znalazł na Węgrzech.

Król bez majestatu

Przedstawienie w Teatrze Polskim utrzymane jest w konwencji teatru rapsodycznego, skoncentrowane na słowie. Rozwiązań sytuacyjnych jest niewiele, a te, które się pojawiają, mają w zasadzie charakter symboliczny. Bo cała akcja fabularna rozgrywa się głównie w warstwie słownej. W większości skąpo oświetlona scena tworzy mroczny klimat spektaklu. Scenografia autorstwa Izy Toroniewicz też nie wnosi jaśniejszych, radośniejszych klimatów. W tej samej mrocznej tonacji utrzymane są pozostałe elementy, obszerna kolumna wypełniająca tył sceny czy zsuwająca się z góry belka, która pełni tu kilka funkcji. Podłogę stanowi rozsypany torf, w którym król Bolesław (Piotr Cyrwus) z pogańską Krasawicą (w tej roli Lidia Sadowa) nurzają się ubłoceni na twarzy i ciele. Zresztą umorusane twarze mają także inne postaci.

Konstrukcja spektaklu wydaje się prosta, jednak fabuła przedstawienia opowiedziana jest dość zawile. Jeśli ktoś wcześniej nie zapoznał się z dramatem Wyspiańskiego, może nie do końca zrozumieć, o co tak naprawdę toczy się spór i co oznaczają niektóre sceny, jak na przykład wejście biskupa Stanisława (postać spokojnie, powściągliwie prowadzona przez Krystiana Modzelewskiego), któremu w tle towarzyszą wierni, kosynierzy ze sztandarami, jak podczas świąt narodowych i kościelnych, a także podczas bitew (notabene scena o urodzie plastycznej). Albo dlaczego Krasawica (Lidia Sadowa) ma tatuaże na ciele. Czyżby chodziło o wskazanie tropu współczesnego? Jeśli tak, to zbyt banalny ten trop.

Ponadto sceny damsko-męskie króla z dziewką pogańską niepotrzebnie nasycone są silną nadekspresją i trwają nazbyt długo. Epizody te wszak nie są kluczowe dla całości spektaklu, mają jedynie podpowiedzieć widzowi, że król folguje swoim namiętnościom, nie liczy się z prawowitą małżonką itd. Twórcy spektaklu najwyraźniej nie znaleźli w pełni czytelnego w odbiorze przełożenia dramatu Wyspiańskiego na scenę. Choć, trzeba powiedzieć, że pomysł inscenizacyjny jest interesujący, ale niestety nie do końca wykorzystany. Niektóre sceny mają w sobie element malarskości, ładnie komponują się plastycznie, jak na przykład padający deszcz czy zapalone świece. Tytułowy bohater, król Bolesław Śmiały, w wykonaniu Piotra Cyrwusa w niczym nie przypomina monarchy. Odjęta została mu wszelka dostojność królewska, zarówno pod względem zachowania, wyglądu, jak i sposobu mówienia. A przecież doprowadził Polskę do politycznej potęgi. Musiał zatem odznaczać się silną osobowością i przebiegłością polityczną.

W spektaklu zaś okropnie ubrany w brudną, poplamioną (pewnie tym błotnistym torfem) koszulę przypomina raczej parobka wiejskiego, prostaka o dużej sile fizycznej. A przy tym moralnie jest nie do przyjęcia. Rozumiem, że najprawdopodobniej duet reżyserski Bartosz Zaczykiewicz i Andrzej Seweryn tak właśnie wykoncypowali tę postać, by ukazać tzw. silnie "biologiczną" osobowość króla Bolesława, jego mentalność, temperament. Nie przekonuje mnie to podane w takiej formie.

Pozostałe postaci - jakkolwiek niektóre zaznaczają się bardziej wyraziście, jak na przykład Lidia Sadowa - stanowią głównie tło dla wyeksponowania rysu charakterologicznego króla.

Można powiedzieć, że pozytywną niespodziankę sprawił mi biskup Stanisław w wykonaniu Krystiana Modzelewskiego. Wprawdzie jego postać jest może zanadto wyciszona i odsunięta w za daleki plan, ale, o dziwo, kapłan nie jest tu poddany deprecjacji, ośmieszeniu, karykaturze. A dziwię się dlatego, że w dobie walki z Kościołem, jeśli dziś na scenie pojawia się postać kapłana, to zazwyczaj po to, by ukazać go w wersji wyłącznie negatywnej, karykaturalnej.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
24 lutego 2014

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia