Trzewik Montaigne\'a

rozmowa z Ludwikiem Flaszenem

Kto zabił teatr w Polsce? Papież podczas swojej pierwszej pielgrzymki. On był protagonistą, ludzie - greckim chórem. Rozmowa z Ludwikiem Flaszenem, współtwórcą Teatru Laboratorium i współpracownikiem Jerzego Grotowskiego

Pięćdziesiąt lat temu założyli w Opolu teatr, który miał się stać słynnym Laboratorium - określanym dziś jako sakralny, choć bywał odbierany jako bluźnierczy. "Grotowski - Flaszen, jeden z wielkich duetów teatru XX wieku - tak zapowiedział niedawne wrocławskie spotkanie z Ludwikiem Flaszenem brytyjski teatrolog prof. Paul Allain. - Adwokat diabła. Taką wyznaczył sobie rolę: kogoś, kto potrafi prowokować bez zaburzania delikatnej równowagi zespołu. Flaszen pilnował, aby surowe idee, które powstawały w praktyce laboratorium, miały należytą jasność, intelektualną strukturę. To on współpracował przy tworzeniu koncepcji, które w tamtym czasie były zadziwiająco świeże: teatr ubogi, via negativa, jedność spontaniczności i dyscypliny".

Słuchałem tego i myślałem: jak o tym wszystkim mówić w 2009 roku do widowni o dwa pokolenia młodszej? Jak - będąc mistrzem - nie wpaść w rolę mistrza ani w fałszywą skromność? Flaszen wydał mi się żonglerem, który zderzając śmiech z powagą, wiarę z ironią, na moment łączy ze sobą sprzeczności. Zabiera słuchacza w drogę.

Pod koniec swego monologu powiedział coś, co zabrzmiało ironicznie, ale nie do końca: „Jestem trochę jak doktor Półtawska, wpływowa współpracownica papieża Wojtyły, która bywa zapraszana na spotkania jemu poświęcone, bo toczy się proces kanonizacyjny. Ja też ciągle bywam zapraszany, bo mamy Rok Grotowskiego [2009] ogłoszony przez UNESCO, czyli jakby kanonizację mistrza w kulturze światowej. I zdarza mi się spotykać ludzi, którzy jeszcze pamiętają nasze doświadczenia poteatralne z lat 70., kiedy Grotowski nie robił już przedstawień, ale uprawialiśmy różne osobliwe doświadczenia w grupach, znane pod nazwą »parateatru «. W styczniu miałem publiczne spotkanie w Mediolanie, gdzie z Grotowskim bywaliśmy wielokrotnie i gdzie w roku 1979 odbył się ostatni spektakl »Apocalypsis cum figuris «. Po spotkaniu podchodzili do mnie ludzie: »Poznajesz mnie? Bo ja pamiętam... «. Po kilkudziesięciu latach pozostało w nich żywe doświadczenie - radości? szczęścia? wyciszenia? milczenia? A może to jest jak »sen nocy letniej «? Wszystko wtedy i tuż potem wydaje się piękne, zagadkowe. Czuje się także obecność śmierci, bólu. I nostalgię przemijania. A może to złudzenie? Czy w tej pracy odnajdywaliśmy rzeczywistą postać świata, ukrytą na co dzień przed niewtajemniczonym okiem? Czy była to owa hinduska »maya « - kosmiczna iluzja, sen na jawie, który bierzemy za prawdę? Nawet jeżeli iluzja - to pożyteczna. Zostawiła w ludziach ślad. Iskierkę w ich spojrzeniach. Pewnie i w moim, gdy wymienialiś-my w pośpiechu kilka słów”.

Następnego dnia w kawiarni Literatka nagrywamy wywiad. Flaszen zastrzega, że wszystko zostało już wcześniej powiedziane w książce "Grotowski & Company", która ukaże się na początku roku, najpierw po angielsku, przy współpracy Uniwersytetu w Canterbury z Instytutem Grotowskiego. Po czym rozmawiamy dalej i dowiaduję się rzeczy niezamieszczonych w żadnej książce.

Ludwik Flaszen: Chrześcijaństwo zawsze mnie fascynowało. Może dlatego, żem ja niechrześcijanin? Gente Iudeus, natione Polonus? W każdym razie, pracując z Grotowskim, dotykaliśmy tej sfery. Jako jego poufny rozmówca zwracałem mu uwagę, iż - w imię pełni, autentyczności aktu twórczego - winien porzucić kosmizujące abstrakcje, do jakich miał skłonność, i zmierzyć się ze swymi korzeniami. Byłoby przesadą powiedzieć, że nawracałem go na utraconą wiarę przodków. Mesjanizowaliśmy... Romantycznie. W obcowaniu z wieszczami, wielbiąc i szydząc. On to świetnie czynił w praktyce, w swoich przedstawieniach.

Prymas Wyszyński potępił "Apocalypsis cum figuris" w homilii na Skałce, w 1976.

- Pewien czcigodny polski badacz gnozy suponował, że Grotowski jest członkiem światowego ruchu arymanistycznego (Aryman to staroirańskie bóstwo zła), mającego na celu "animalizację", czyli zezwierzęcenie ludzkości. Pewnie - pozwolę sobie dodać - by przyspieszyć Apokalipsę.

Wchodziliśmy na teren zakazany. W kraju byliśmy heretykami, pornografami, na Zachodzie - to się zdarzało - katolickimi obskurantami. W opinii nowoczesnych oświeconych - mistycznymi maniakami, a niewykluczone, że jakimś horrendalnym bluffem...

Nie chcę tu wchodzić w archaiczne uzasadnienia, że przez bluźnierstwo można stawiać pytania o sens świata, o Absolut, o Boga. Jesteś? Nie ma Cię? Konrad w "Dziadach" woła: "bo strzelę przeciw Twej naturze, jeśli jej w gruzy nie zburzę..." itd. - aż do słynnego: "...Carem!". W przedstawieniach Grotowskiego, bluźnierczych, kacerskich, pojawiało się sacrum. Jakim prawem? Bez żadnego imprimatur? Ani kościelnego, ani partyjnego? Wysoki dostojnik kościelny rokował z władzami komunistycznymi, aby "Apocalypsis..." obłożyć cenzurą. Myślę, że to los arcydzieł. One stoją poza takimi podziałami.

A Grotowski ze swoimi herezjami został klasykiem. To jakby sprowadzenie zwłok Słowackiego na Wawel. Są tacy, co sarkają, ale w sumie "królom był równy", jak powiedział Piłsudski. Toutes proportions gardées.

Pociąga pana Wschód? Spędził pan tam lata wojny.

- Tak, w Sowietach. Najpierw na wschód od Moskwy, w Maryjskiej Republice Autonomicznej, w lasach, gdzie pracowałem jako młodociany drwal, drwal pacholę. Wywieziono nas z rodzicami ze Lwowa w czerwcu 1940, po nocnej rewizji, w towarowych wagonach. Nie był to jednak gułag, ale tzw. spec-posiołek, status pośredni między przesiedleniem a obozem pracy, gdzie żyło się z rodzinami, z możliwością poruszania się bez przepustki w promieniu dwóch kilometrów.

Mieszkaliśmy w barakach, w lesie, w ciasnocie, wiele rodzin na kupie, w jednej izbie. Drewniane prycze, pluskwy, stada karaluchów, na zewnątrz latem komary, zimą mróz, przeciętnie minus 20. W zimie wilki podchodzące pod osiedle, latem w lesie żmije, za to grzybów, jagód, malin w bród. Moje wielkie doświadczenie dzikiej natury. Co prawda pod okiem enkawudzisty z psem. Kiedyś w nocy obudziła nas niezwykła jasność na niebie - zorza polarna. Kosmiczny teatr dla małego sybiraka. Zgroza - i cudowność.

A jesienią 1941, uwolnieni dzięki układowi Sikorski - Majski, wyruszyliśmy na południe - najpierw statkiem Wołgą, a dalej przez Morze Kaspijskie do Uzbekistanu. Orient, wielbłądy, osły, bazar, zakwefione kobiety, mężczyźni w tiubietiejkach, w barwnych chałatach, każdy z ozdobnym kindżałem u pasa. Mieszkaliśmy jak ludzie średniowiecza - w lepiankach z niewypalanej gliny. Skorpiony, pełno żab, jak w biblijnym Egipcie skazanym na plagę. Żmije w głębi ogrodu, gdzie załatwiało się w kucki.

Pewnie dlatego byłem nieco sceptyczny wobec orientalizowania "Grota". Te jego wędrówki w warunkach uprzywilejowanego studenta GITIS-u [moskiewskiego Gosudarstwiennogo instituta tieatralnogo iskusstwa], a później uznanego artysty, po Indiach. Dla niego to były wyprawy duchowe w poszukiwaniu prawdy w innych cywilizacjach. A ja tam żyłem. Głód, czerwonka, ludzie umierający na ulicach. Umierający był mój ojciec, umierająca matka, także ja byłem bliski śmierci. Stałe zagrożenie, pod okiem NKWD. Poczucie, że nigdy już z tego świata się nie wyjdzie.

Ocaleliśmy - to jest jak cud - wszyscy w komplecie: ojciec, matka i ja.


Ale i tak było to dla was lepsze niż Polska za okupacji.

- Ojciec dobrze wiedział, że z sowieckiego Lwowa nie wolno nam wracać do domu, mimo iż mówiono, że bolszewicy to dzicz, a Niemcy to jednak naród cywilizowany. Ciotki, siostry matki, wróciły do Krakowa - i zginęły, wraz z rodzinami, pewnie w Auschwitz. Ojciec dowiedział się we Lwowie, że nim hitlerowcy wkroczyli do Dziedzic, szukali go miejscowi chłopcy z piątej kolumny. Rozstrzeliwali Polaków znanych z antyniemieckiego nastawienia. Feliks Flaszen zginąłby nie jako Żyd, ale obrońca polskości Śląska... Zmarł w Krakowie, w swoim łóżku, 3 maja 1975. Miał w sobie światło człowieka spełnionego, podobnie jak matka. Spełnili się w małżeństwie.

Co można wynieść z zesłania?

- Zdumienie, że się uszło z życiem. No i to bytowanie wśród różnych ludów, kultur, wierzeń, które trwały pod sowieckim walcem, w zgiełku wielu języków. Żyłem w rozległym, w większości glinianym mieście Andidżanie, wśród Uzbeków, Ujgurów, Kirgizów, Tadżyków, Żydów bucharskich, Rosjan, Mongołów, Ormian - bo ja wiem, kogo jeszcze? Mam w uszach lamenty uzbeckich płaczek nad zmarłymi, gardłowe wykrzykiwanie przekupniów na bazarze, śpiewne nagabywania żebraków, melodyjne bicie kowalskich młotów i młoteczków w warsztatach sztucznej biżuterii. Zachowałem w pamięci prawosławne modły paschalne na grobach, z przechrypłym od babiej gorliwości refrenem "Christos woskresie!".

Została mi po tym w głowie osobliwa wieża Babel. Od dziecka zaprawiony jestem do życia w różnych obczyznach - i, że tak powiem, do antropologii czynnej teatru.

U sąsiadów Rosjan pochodzących ze wsi za piecem mieszkał "domowoj", opiekuńczy duch domu, mały skamlący staruszek. Opowiadała mi o nim matka szewca, u którego terminowaliś-my. Ten przemyślny staruszek we śnie siadał mi niekiedy na piersiach i przyduszał mnie. A znów z wieloplemienną bandą chłopaków czatowaliś-my w nocy na azinę - kuzyna arabskiego dżina, który siadał okrakiem na glinianych murach w białym chałacie i turbanie, majtał nogą i coś mruczał. Taki był świat moich "Ballad i romansów". Zabobony ludu, jego czucie i wiara. Moja własna szkoła romantyczna. Zaszczepiona na grozie i niedogodnościach wygnania. To wtedy zdecydowałem, że będę poetą, i żeby się tego nauczyć, pójdę na polonistykę w Krakowie.

Polonistykę, owszem, ukończyłem, poetą nie zostałem, ale krytykiem, eseistą, i z moją własną szkołą romantyczną przyczyniłem się do narodzin Teatru Laboratorium.

W Paryżu, gdzie pan mieszka od 25 lat, też wszystko jest: Azja, islam, Żydzi.

- Tu, w Paryżu, jest taka grupa intelektualistów, teologów katolików nawróconych na prawosławie. Ciekawe umysły, np. Olivier Clement czy Jean-Yves Leloup. Żywo piszący. Grotowski interesował się tym nurtem duchowości, jej założycielami i patronami, tzw. ojcami pustyni. Pewnie dlatego, że ci mistycy uznawali rolę cielesności - mowa u nich o "modlitwie zmysłów", o "energiach bożych" - no i posługiwali się techniką wokalno-oddechową pokrewną praktykom hinduskiej jogi. I mnie to było bliskie, dzięki moim dziecinnym kontaktom z prawosławiem. Kiedyś bywałem w paryskim soborze im. św. Aleksandra Newskiego, bo tam pięknie śpiewają, i zastanawiałem się: może to lepsze od tego, co Grotowski uprawia, nie mówiąc o moich wokalnych doświadczeniach. Bo proste, szczere, naturalnie wertykalne...

Nie, żaden ze mnie kandydat na prawosławnego. U mnie to wszystko są pokusy! Ja zawsze jestem gościem, przybyszem, zauroczonym przechodniem. Zatrzymuję się na progu. Także na progu cerkwi - niekiedy. Na progu kościoła. Nawet na progu synagogi, gdzie brzmią śpiewy i mamrotania moich przodków. Może to z pychy? Żeby uniknąć zobowiązań, jakie pociąga za sobą przynależność do wspólnoty?

Nie wspomnieliśmy jeszcze o chasydach. Oni też interesowali Grotowskiego.

- Owszem. Wspaniałe jest u nich ciepło ludzkie, sławienie Pana pieśnią i tańcem, jak w Psalmach Dawidowych. A może oni pieśnią i tańcem budzili Boga ze snu, powoływali do istnienia? Nawiasem dodam, że jedna z węzłowych scen "Apocalypsis cum figuris", gdy dziwny przybysz, zwany Ciemnym, rzuca się do szalonego tańca wokół sali, nosiła roboczą nazwę "Taniec Dawida wokół Arki Przymierza".

Grotowski był pod wpływem chasydyzmu, tego znanego z tradycji dawnej Rzeczypospolitej i z opowieści filozofa Martina Bubera. A nawet w pewnym okresie wyglądał na chasyda. Zdarzało się, gdy przechadzaliśmy się po Paryżu, że brano go za Żyda. Nie mnie. Jego.

Podobno wyglądał też na jogina. 

- Kiedyś, w latach 70. Tę jego przemianę psychofizyczną notują kroniki światowego teatru. Wiedział, jako przenikliwy psycholog i przewodnik aktorów, że silne przekonanie, wiara w jakąś twórczą ideę, przekształca nas zarazem ciałem i duchem. Przed laty obłędnie interesowałem się taoizmem. Jak Biblię czytałem "Księgę południowego kwiatu" mistrza Zhuangzi. Grotowski zauważył, że wyglądam jak Chińczyk - skoś-ne oczy i zagadkowy uśmiech...

Aby w teatrze być twórczym, potrzebny jest jednak kontakt z tymi naszymi przeklętymi korzeniami, o które - jeśli jest im się przesadnie wiernym - można się brzydko potknąć. Główny bohater wszystkich jego przedstawień jest postacią chrystusopodobną. On miał słabość do judaizmu, do Żydów, a ja miałem słabość do katolików. Każdy z nas opuścił swoją wiarę przodków, wyszedł ze swojej parafii.

A do czego doszedł?

- U kresu drogi Grotowski nie chciał, jak za młodu, zbawiać świata. Ani zbawiać, jak później, sztuki teatru. Ani zbawiać człowieka przez teatr. Ani przez wizję rajskiego ogrójca dla wybranych. Schronił się w skromnej roli rzemieślnika otoczonego kilkoma wybrańcami, czeladnikami, z których tylko jeden miał być wyzwolony na mistrza. Uprawiał swe rzemiosło w warsztacie za zamkniętymi drzwiami, ale za to w pobliżu axis mundi. Osi świata. Te drzwi niekiedy uchylał dla mniejszej liczby wybranych niż kiedykolwiek w Teatrze Laboratorium i Brzezince.

Wspomniał pan o swoich żydowskich przodkach. Kim był dziadek Flaszen?

- Poszukiwaczem prawdy. Prowincjonalnym Faustem. Miał zostać rabinem. Żydowska gmina w Tarnowie wysłała go, jako zdolnego ucznia miejscowej jesziwy, na studia rabinackie do Wiednia. Ale po drodze ugrzązł w Szczakowej na Górnym Śląsku, został pracownikiem firmy spedycyjnej. Utalentowany przedsiębiorca, ożenił się z córką pryncypała i odziedziczył firmę. Mieli dom w Szczakowej przy głównej ulicy oraz obszerne mieszkanie w centrum Krakowa, skąd pochodziła rodzina babki. Zamożny, miał gest i zamach wielkiego pana. Podobno był w Krakowie posiadaczem pierwszego gramofonu z tubą, pod oknami przy ulicy Zielonej gromadził się tłum, żeby słuchać muzyki z tej machiny. Kolekcjonował naukowe instrumenty, lunety i teleskopy. Nie lubił Żydów ortodoksyjnych, zachowywał się względem nich prowokacyjnie. W Jom Kippur, największe święto żydowskie, o surowym poście, kiedy do synagogi szli na modlitwę, siadał na balkonie ze swoim psem Filusiem i palił cygaro.

Uczony autodydakta. Znał biegle podobno koło dwudziestu języków, z arabskim włącznie. Urodzony w 1856, zmarł w drugim roku Wielkiej Wojny. Ale jakbym go znał osobiście. Dziadek miał wąsy jak Jan Sobieski. Podobno korespondował z obserwatorium w Greenwich i w Pułkowie. Obserwując niebo nad Szczakową, zauważył nieznane ciało niebieskie. Powiadomił o tym swego korespondenta w Pułkowie, który przywłaszczył sobie to odkrycie. I nie nazwano komety naszym nazwiskiem... Przyjeżdżali do niego rabini z Wiednia, by z bezbożnikiem i odstępcą dyskutować jakieś trudno wyjaśnialne miejsca Talmudu, kabały.

Pod koniec życia dziadek nadużywał trunków, zaniedbywał interesy. Wrócił do synagogi. Ojciec, zwolniony z frontu pod Olkuszem na czas żałoby, czuwał przy jego zwłokach w nocy, rozciągniętych na słomie na podłodze, zwyczajem pobożnych Żydów. Mój ojciec, wieczny niedowiarek, a na starość pogodny agnostyk.

W rodzinie mówiono, że jestem do dziadka podobny. Odziedziczyłem po nim imię. No i liczono, że spełnię to, do czego dziadek nie doszedł.

Dziadek mówił pięknie po polsku, ale czuł się Austriakiem. Jego żona została gorliwą katoliczką. Podobnie jak - włącznie z kuzynostwem - brat ojca, krakowski lekarz Juliusz Piotr Flaszen, ocalały wraz z żoną i synkiem w czasie okupacji, legitymując się metryką protestancką swego kuzyna i wzorową wiedeńską niemczyzną.

Mój ród to istna encyklopedia etnoreligijna. Część - protestanci. Był też jakiś Flaszen nawrócony na prawosławie w Bułgarii. W Londynie mam krewnego rabina z synagogi liberalnej. Ojciec Kłoczowski, intelektualista katolicki, to mój powinowaty, a moja żona jest po szkole krakowskich urszulanek. Do tego dochodzi mąż kuzynki mojej matki, pułkownik od Andersa, wojskowy z polskich Tatarów, nazwiskiem Harasiewicz.

Stryj należał do elitarnej studenckiej konfraterni, był zagorzałym pojedynkowiczem na ciężkie szable kawaleryjskie. Z dumą pokazywał bliznę na podbródku, po starciu na ubitej ziemi z jakimś pruskim oficerem, który zachował się w sposób wyzywający w kawiarni względem jego siostry, mojej ciotki Zofii, która w latach międzywojennych była wielką damą w Krakowie. Pod okupacją poszła dobrowolnie do getta, choć mogła się ukrywać.

W ogóle linia mojej rodziny po mieczu była jakby pańska, elegancka, wielkomiejska... Mój ojciec był najmłodszy spośród rodzeństwa i musiał pomagać dziadkowi w firmie. Ożeniwszy się z córką spedytora ze Szczakowej, z naprzeciwka, Jakuba Frischera, sam został spedytorem i jakby prawnikiem z powołania.

Frischerowie też byli Żydami?

- Oczywiście, ale nie ortodoksyjnymi. Nosili się po europejsku, ale utrzymywali koszerną kuchnię i wszystkie święta. Dziadek modlił się trzy razy dziennie. W kapeluszu, w obszernej chuście modlitewnej, z rzemieniami na rękach, z tefilin na czole. Czynił to w kącie pokoju, pod ścianą. Nad głową miał barwny obraz, który mnie intrygował. Po latach go zidentyfikowałem - oczywiście była to reprodukcja - "Olszynka Grochowska" Wojciecha Kossaka. We wspomnieniu moim, w snach na jawie - modlitwa dziadka, pobożnego Żyda, kojarzy mi się z Olszynką Grochowską. Dziadkowie za okupacji hitlerowskiej wywiezieni zostali do Terezina i zgładzeni prawdopodobnie w Auschwitz.

My byliśmy odroślą rodziny prowincjonalną, skromną - może mniej udaną? Wśród tych lekarzy, prawników, inteligentów zalatywaliśmy chyba szykiem nie całkiem z królewskiego miasta Krakowa, choć wszyscy byliśmy urodzeni w Krakowie. W każdym razie rodzice czuli się Polakami. W domu panował istny kult polszczyzny. Ojciec z humorem traktował śląskie gwarowe germanizmy, a także jidyszyzmy zacofanych, jak ich nazywał, Żydów.

Jak pan pamięta przedwojenny antysemityzm?

- W Dziedzicach były pochody. Wrzaski, transparenty: precz z Żydami! Uczestniczyli w nich księża, noszono krzyże i święte obrazy. Tłuczono szyby w żydowskich sklepach i mieszkaniach. W naszych oknach nie. Może chronili nas ci sami kolesie, z którymi ojciec tłukł szyby w niemieckich sklepach w czasie eskapad do pobliskiego Bielska?

Pierwsze pogromy były w roku 1918 - także chyba na tle wojennej demoralizacji i zlumpienia ludności. Spalono okazały dom dziadka Flaszena. Stało się to w nocy, ogień buchnął mocno: w magazynie apteki na parterze były materiały łatwopalne. Z dymem uleciało całe Flaszenowskie dobro.

Kiedyś, kiedy matka żyła jeszcze w Krakowie, w czasie odwiedzin u niej pojechałem do Szczakowej w poszukiwaniu śladów moich rodzinnych gniazd. Długo siedziałem na skwerku założonym na splantowanym żwirem miejscu, gdzie stało domostwo Flaszenów. Spod żwiru widać było ślady fundamentów. Dobre miejsce do kontemplacji.

Przeskoczmy do roku 1968. Bo wtedy pana dopadli. 

- Zaczęło się od Grotowskiego. Zaatakowano go w "Trybunie Ludu", że nie robi właściwej roboty dla Polski Ludowej, która go karmi, tylko rozgłasza, że jest teatrem ubogim, czyli skarży się, że nie ma wystarczających środków do funkcjonowania Teatru Laboratorium. I czyni to w straszliwym, rewizjonistycznym RFN! W "Trybunie" jako corpus delicti - tak można to rozumieć w atmosferze marcowych czystek - zamieszczono reprodukcję okładki zachodnioniemieckiego pisma "Theater der Zeit", mającej przedstawiać - według podpisu - trzech luminarzy współczesnego teatru - Petera Brooka, Juliena Becka oraz Jerzego Grotowskiego. Tylko że zamiast podobizny Grotowskiego była moja... Co za tym się kryje? - sugeruje autor artykuliku. Czy zwykły drukarski chochlik? To było - przeciw nam obydwu - pierwsze uderzenie. Potem przeciw mnie nastąpiły inne. Żona zapamiętała cytat, za którego dosłowność ręczy: "Niejaki Jan Kott, Leszek Kołakowski i Ludwik Flaszen piszą piórem maczanym w kałamarzu z gównem".

Czy to prawda, że w 1968 Grotowski był gotów popełnić samobójstwo, gdyby panu coś się stało?

- Że myślał wtedy o samobójstwie - to pewne, mówił mi o tym. Zaufany młody reżyser, były nasz stażysta, później znakomity człowiek teatru, Eugenio Barba, miał Grotowskiemu zdobyć na Zachodzie cyjanek. Ale na ten zamiar Grotowskiego - może nie tyle zamiar, ile branie pod uwagę takiej możliwości - złożyło się wiele czynników. Także kryzys twórczy, wątpliwości co do dalszej drogi. Śmierć ojca w odległym Urugwaju. Ostry kryzys zdrowotny. Grotowski mógł w każdej chwili - przy swej chronicznej chorobie nerek - wylądować w szpitalu bez nadziei powrotu. Od wczesnych lat zagrożony uremią myślał - w razie czego - o godnym odejściu, niby jakiś stoicki mędrzec. A do tego ta marcowa apokalipsa...

Moja dymisja dla dobra firmy - o czym myślałem - była dla niego nie do przyjęcia. Grał hazardowo. Twardo rozmawiał z władzami, groził im skandalem międzynarodowym i przeskoczyliśmy ten próg. Grotowski, jak wielkie drapieżniki, miał talent spadania na cztery łapy. Ocalała firma, ocalałem ja. Tak naprawdę, poza rokiem 1968, nigdy osobiście nie ucierpiałem w Polsce od antysemityzmu. W PRL-u żyłem wśród dobrej polskiej inteligencji. W Rzeczypospolitej Umysłów Otwartych.

Z kraju wyjechałem w roku 1984, po rozwiązaniu Teatru Laboratorium.

Grotowski zaczynał od polityki, w 1956 był młodym rewolucjonistą, później przeszedł przez teatr, działania parateatralne. Potem było wędrowanie, działalność zagadkowa, mistyka. Cały czas przekraczanie jakichś granic. Czyli wolność.

- To problem godny zastanowienia: w jaki sposób twórcze spełnienie artysty związane jest z wolnością. A może i - na sposób pokrętny - ze zniewoleniem? Np. w Rosji carskiej, nawet za Mikołaja I, kiedy car osobiście cenzurował pisarzy, powstała wielka literatura, a potem nowatorski teatr na poziomie światowym. Dziś lubi się wyciągać różne kompromitujące dokumenty z peerelowskiej przeszłości. Dla niektórych już sam fakt, że się w tamtej epoce tworzyło - oczywiście będąc na usługach zbrodniczego reżimu - bywa krechą w życiorysie, tym bardziej jeśli taki spełniony osobnik został uznaną światową wielkością!

Grotowski jakby był winien, że się wtedy zrealizował, i to nie jako zaangażowany bojownik opozycji. Na szczęście są także miłosierni, którzy mu wybaczają, że był członkiem partii. Pozostaje fakt: w PRL-u, kraju realnego socjalizmu i ograniczonej suwerenności, powstała wielka kultura o światowym rezonansie. W poezji - Różewicz, Herbert, Szymborska, nie licząc pięknego rozwoju starych, jak Przyboś, Iwaszkiewicz, Jastrun. W kinie: Wajda, Munk, Kawalerowicz, Has, Kieślowski. W teatrze: Kantor, Swinarski, Jarocki, no i Grotowski. Józef Szajna, cała plejada plastyków, scenografów. W muzyce też.

Oczywiście nie byłoby to możliwe w tyranii totalnej, stalinowskiej. Ale u nas po roku 1956 despotyzm był dziurawy, chory, wstydził się sam siebie. Poza kryzysowymi momentami, gdy postanawiał traktować się w pełni serio, niemal ciągle zmuszony z hałasem uzasadniać racje swojego istnienia, począwszy od odbudowy kraju ze zniszczeń wojennych po ostateczną geopolitykę, zimną rację stanu bez wizji świetlanej przyszłości.

Wasze pokolenie, które przeżyło Zagładę i Stalina, po 1956 było zwrócone w przyszłość.

- Nie wiem, czy u nas z Grotowskim było to spojrzenie w przyszłość. To raczej szary dramatyzm bezwyjściowości, który osobliwie sprzyjał twórczym napięciom, stymulował. Trzeba działać - tu i teraz. Bo co będzie jutro? Człowiek bywał mocno umotywowany. Grotowski świadomie zakładał, że jednostka wybitna powinna spełnić się w warunkach, jakie są jej dane. Przebić się jak motyl wychodzący z poczwarki. Ocalić swoje wewnętrzne przeświadczenia, projekt siebie, to, kim się jest, wedle swej najlepszej wiary. A to wszystko nie jest oczywiste, nie jest dane, jest procesem.

Dodam tu coś, co może zabrzmieć niewłaściwie, po heretycku: krajowi takiemu jak Polska, cierpiącemu na prowincjonalizm, wejście w system komunistyczny, wewnętrzny opór przeciw niemu, gra z nim, w końcu walka z nim - dawały optykę światową. To było wyjście z zaścianka, z parafiańszczyzny. Jakby Pan Bóg - niby w Księdze Hioba - zawarł układ z Szatanem, żeby biednego Polaka poddać wyzwaniom, ku większej chwale swojej i chwale doświadczonych. Czy Polak zostałby papieżem, gdyby nie próby, jakim Kościół poddany został pod polskim komunizmem?

Paradoksalnie ów rozmiękczony totalitaryzm waloryzował jednostkę, znaczenie osoby ludzkiej. Chciano nas kupić. Nęcono, pouczano, besztano, naciskano. Śledzono nas. Jakby się nas bano. A to znaczy, że jesteśmy ważni! Spoczywało na nas oko Ducha Dziejów! Z lekceważeniem mówi się dzisiaj o peerelowym wallenrodyzmie, a okazało się, że tkwiła w tym kulturorodna siła. Nie przymierzając, jak w Wilnie Nowosilcowa. A Mickiewicz, prowincjonalny chytrus, napisał na swym rosyjskim wygnaniu "Konrada Wallenroda" i zadedykował go carowi. I to wygnanie otworzyło przed nim wielki świat, jakim były wówczas Petersburg i Moskwa.

Z Grotowskim nie pchaliśmy się do wielkich teatrów, bo im większy teatr, tym większe naciski, zależności, zobowiązania oficjalne wobec reżimu. Zadowalać się swoim marginesem - byle był widzialny. Teatr eksperymentu, laboratorium - to była formuła pozwalająca na praktycznie nieograniczoną swobodę twórczą.

Scenarzysta filmu o Grotowskim głowi się, jak pokazać, że należał on do partii. Czy to w ogóle był problem?

- Obawiam się, że PRL staje się coraz bardziej niezrozumiały, oczywiście, staje się także przedmiotem giełdy politycznej. Trwa licytacja, kto był świnią, a kto bohaterem, przy czym liczba bohaterów rośnie. Z tęgą przyprawą tego, co Nietzsche nazywał moraliną - forsowanie biało-czarnych stereotypów. Nie jest to przyprawa sprzyjająca rozwojowi kultury.

Nie umie się czytać gestów, znaków, zachowań symboli, psychiki ludzi tamtej szczęśliwie minionej epoki. A w młodym pokoleniu stało się trudno zrozumiałe, że Jerzy Grotowski, twórca epokowego przedstawienia "Księcia Niezłomnego" - wizerunek Ryszarda Cieślaka w tej roli stał się emblematem całej epoki światowego teatru - był członkiem PZPR. I sam Cieślak, Książę Niezłomny, również. Czy przez to nie był Księciem Niezłomnym? A znakomity aktor Gustaw Holoubek, który został legendarnym Konradem z "Dziadów", był posłem na Sejm PRL. Ja przez cztery lata byłem kandydatem, legitymacji ostatecznie nie przyjąłem.

Byli w politycznym establishmencie ludzie, którzy popierali kulturę, bo chcieli korzystać z tradycyjnej sławy mecenasowania, bo ze snobizmu lubili artystów, bo szukali ekspiacji. Byli też, zwłaszcza na niższych szczeblach, poczciwcy, którzy wierzyli, że w socjalizmie kultura ma być kwitnąca. Żywy był dziewiętnastowieczny ideał, że rozkwit kultury jest znakiem pomyślności społeczeństw i państw, a w Polsce jest ona znakiem niezawisłości i tężyzny ducha polskiego.

Oczywiście nie była to sielanka. Były granice mecenatu - i granice dopuszczalnego funkcjonowania, by nie znaleźć się wśród dyżurnych dworzan. W okresie dyktatury wojskowej Jaruzelskiego, po ucieczce Grotowskiego na Zachód - a już wcześ-niej sprawowałem obowiązki dyrektora Teatru Laboratorium - proponowano mi, abym nadal tę placówkę prowadził, że otrzymam dotację, że czeka na mnie jakieś odznaczenie... Odmówiłem. Zaproponowano mi, abyśmy zorganizowali uroczystą międzynarodową sesję zamknięcia Teatru Laboratorium - działo się to w 25-lecie jego powstania. Odmówiłem. Na miękkich nogach, ale nic mi się nie stało. Co prawda rozmówcą moim był kierownik wydziału kultury w radzie wojewódzkiej Stanisław Krotoski, późniejszy dyrektor wrocławskiego Ośrodka Grotowskiego we Wrocławiu, postać zasłużona. Wyjechałem do Francji.

W opublikowanym w "Pamiętniku Teatralnym" (2001, z. 1-2) liście Grotowskiego do prof. Osińskiego, gdzie mistrz rozważa podobieństwa i różnice między znanymi parami w historii teatru, Stanisławski - Niemirowicz-Danczenko, Osterwa - Limanowski, Grotowski - Flaszen, czytam: "Ludwik pisywał o mnie krytycznie jako o reżyserze i właśnie Ludwik dostał propozycję objęcia dyrekcji w Opolu i scedował tę propozycję na mnie (mówiąc: Pan będzie dyrektorem i reżyserem, a ja będę głównym pana współpracownikiem; nie byliśmy wtedy nawet na ty)".

Mówimy o rzeczach poważnych, a panu cały czas śmieją się oczy. Zabawa była ważnym elementem życia w PRL?

- Tak, bawiliśmy się. Dansingi, łażenia po lokalach i kawiarniach, prywatki, domowe potańcówy przy Radiu Luxemburg, popijawy, jazz w Cricocie, u Kantora, wieczór w wieczór. Pod peerelowym uciskiem bawiły się nie tylko elity, ale i lud. Kiedy dziś jestem w kraju, uderza mnie - może się mylę? - brak u ludzi poczucia humoru, jest pod tym względem jak na Zachodzie, wszystko albo bardzo serio, albo tonące w hałasie muzyki mechanicznej. Jest w tym upajanie się luksusem. Zanikła - że tak po staroświecku powiem - sztuka konwersacji. Dawniej się gadało, także lud gadał, wówczas jeszcze bliski sztuki gadania wsiowego. Często rozmawiało się w cudzysłowie, z ironią.

Może dlatego było osobliwie wesoło, że życie w kraju zdawało się czymś niezbyt serio? To było jakby życie na niby, by użyć formuły profesora Kazimierza Wyki. W roku 1954-55 pisałem o poczuciu nierzeczywistości w PRL. Wiązało się z beznadzieją, z nudą, tym naszym powszednim chlebem. Byliśmy przeświadczeni, że ten reżim nie upadnie za naszego życia, że może to być rodzaj wieczności, jak ze sztuki Sartre\'a "Przy drzwiach zamkniętych". Trzeba było w tym znaleźć jakiś modus vivendi, dając upust wolności... Jednym ze sposobów na to był humor, ironia, drwina, uprawianie absurdu. Aby ta nasza mała apokalipsa była apokalipsą wesołą, jak u Karla Krausa, humorysty wiedeńskiego sprzed I wojny. To właśnie w PRL wyrósł wielki ponuro-humorystyczny pisarz, Mrożek, to tu pisał Lec. W okresie naszej krakowskiej młodości byłem z nim blisko i miałem przyjemność uprawiać z nim ten rodzaj humoru co wieczór, na żywo. Dolegało nam poczucie, że powierzchnia naszego życia jest nieautentyczna.

Ale czy tak nie jest naprawdę? Także dziś? Powierzchnia życia zawsze jest nieautentyczna.

- Problemem jest, jak głęboko sięga nieautentyczność i jak miesza się, przenika z autentycznością. W tej strefie pośredniej rodzą się napięcia twórcze... Trop Gombrowicza?

PRL był laboratorium zniewolenia i wolności. Istotne, co człowiek zrobi ze swojego zniewolenia i ze swojej wolności. Ta perspektywa kusiła - znaleźć możność w niemożności! Dziś widać, że umiarkowane zniewolenie może być płodne, a wolność bywa jałowa w sztuce. Proszę mnie dobrze zrozumieć: nie ogarnęła mnie nostalgia za PRL, chcę zrozumieć, co się nam przydarzyło. Z perspektywy, niejako na odchodnym.

W Roku Grotowskiego powiedział pan dwa sprzeczne zdania. Że "świat poszedł w naszą stronę". I że to było jednak "pyrrusowe zwycięstwo".

- To, co w naszym pokoleniu, szczególnie dla Grotowskiego, było stymulujące, otwierało atrakcyjne terytoria, dziś stało się uniwersytecką formułą albo weszło do kultury masowej. Sacrum, od którego niezależnym, twórczym specjalistą i którego praktycznym badaczem był Grotowski, dziś jest wszędzie, w różnych postaciach, naukowych, instytucjonalnych, pozainstytucjonalnych, weszło do języka potocznego, pełno o nim w gazetach. Tych "sacrumów" mamy bez liku.

Joga, która wtedy, zwłaszcza w Polsce, była oryginalną drogą poszukiwań duchowych przez praktyki ciała - niezwykle płodna w pracy aktora - dziś zeszła do gabinetów kosmetycznych dla pań, a mantra - święta formuła hinduska w praktykach duchownych - weszła do języka potocznego.

By zbliżyć się do teatru: gdy z Grotowskim startowaliśmy, teatr to była scena z portalem, aktorzy i tekst. Dziś granice tego, co teatralne, w znacznym stopniu dzięki Grotowskiemu, zostały poszerzone. Szanujący się reżyser, tworząc przedstawienie, musi przemyśleć wszystkie elementy składowe sztuki teatru, włącznie z przestrzenią do gry, relacjami widza z aktorem itd. Słowem, musi sam wymyślić teatr od początku. Przed Grotowskim wiadomo było, co to jest teatr. W pracy nad głosem obowiązywała techniczna formuła oddech-głos, dzisiaj rozpowszechniona jest - rodem z Grotowskiego - formuła ciało-głos. Stażów ciała-głosu w samym Paryżu są dziesiątki. To, co grotowskie - często w kształcie rozwodnionym - bardzo się rozpowszechniło. Czyli - świat (teatralny!) poszedł w stronę Grotowskiego, no, przynajmniej w pewnych elementach... I te elementy stały się anonimowe, często młodzi twórcy jakby wynajdowali je na nowo, zgubiwszy adres pierwowzoru.

Dziś antropologowie i dziennikarze jeżdżą do Buriacji, by spotkać prawdziwych szamanów.

- Ale czy istnieją jeszcze prawdziwi szamani? Nie na pokaz dla podróżników? Pewnie są oni niewidzialni. Tu, gdzie rozmawiamy, na środku rynku wrocławskiego, ściana w ścianę z ratuszem, działał prawdziwy szaman.

To było rozpętanie sacrum. Powiedziała mi pewna teatrolożka zajmująca się Grotowskim: Juliusz Osterwa, który wchodził z teatrem na teren sacrum, miał dwóch wielkich przeciwstawnych uczniów: Karola Wojtyłę i Jerzego Grotowskiego.

- W 1981 roku w rozmowie z moją angielską stażystką Jennifer Kumiegą, późniejszą autorką jednej z najlepszych monografii o Grotowskim, zadałem jej - i sobie - takie pytanie: Kto zabił w Polsce teatr? Odpowiedź brzmiała: Papież, podczas swojej wizyty w kraju. Kiedy spotykał się z ludźmi, z setkami tysięcy ludzi - były to spotkania rzeczywiste! Wielkie obrzędy społeczno-religijne. I papież był wspaniałym protagonistą dramatu, a tłum greckim chórem. Jeśli po czymś takim idziesz do teatru, widzisz, że to jest zupełne nic - fikcja, wyblakły cień. Teatr historii jest mocniejszy...

Czy w ogóle obrzęd teatralny jest dziś możliwy? Jestem w sztuce zadziwiany, szokowany, jak w panopticum, ale nie staję się uczestnikiem spotkania.

- Myśmy tworzyli rodzaj miniświątyni, po wyspiańsku mówiąc - sztuki gontynę, prowadząc ludzi przez "labirynt zwany teatr"... To pogranicze sztuki i duchowości - bez żadnej duchowościowej doktryny! - odpowiadało poszukiwaczom sensu życia, od których zaroiło się na Zachodzie w latach 60., a w Polsce - w początku lat 70., w tym naszym społeczeństwie konsumpcyjnym na glinianych nogach, jak się okazało. Niebawem w społeczeństwie wyraźnie się laicyzującym, z kultem małego fiata...

Laicyzującym? W PRL ludzie masowo chodzili do kościoła.

- Ale lata 70., czas naszych działań parateatralnych, był już okresem laicyzacji rzeczywistej, nie tylko narzucanej. To, co robiliśmy, było poszukiwaniem sensu - budowaniem kościoła ludzkiego, jak by powiedział Gombrowicz. Kiedy panuje totalna wolność, także dla wolnomyślicieli, heretyków, pornografów, bluźnierców, pojawia się pytanie o cenzurę. Już nie tę państwową, ale wewnętrzną. Gdzie jest twoja cenzura? Bo cenzura albo blokuje proces twórczy, albo - jeżeli się ją odkryje - może stać się dla twórcy jak wyrzutnia rakietowa. Trzeba sobie na nowo uświadomić, gdzie są granice i jakie: cenzura nieświadoma, odruchowa, komercjalna i ta najzwyczajniejsza, z oportunizmu... A skoro mówi się o wyczerpaniu tabu - więc może nie należy gwałcić tabu, bo to nie uruchamia procesu twórczego, tylko staje się jałowym poszukiwaniem efektu?

Zanikła oś kosmiczna. Tamten reżim był dla nas taką fałszywą osią kosmiczną, ale funkcjonował, jakby nią był. Relacja między wolnością twórczą a zniewoleniem jest skomplikowana. Można nawet powiedzieć: perwersyjna. Wtedy stało się przed dylematem: czy wybrać stronę etyki czynnej, czy być artystą. Odwieczny problem Polski. Problem Mickiewicza.

Pan wciąż jest w drodze.

- Ale zawsze na progu, proszę pana. Co mnie zdumiewa w Polsce, kraju bądź co bądź katolickim, to, że nie ma u nas wielkiej sztuki religijnej, tej poszukującej, nie dewocyjnej. Nie ma choćby nowego Lieberta, nie ma myślicieli religijnych, takich jak Karol Ludwik Koniński. Nie widać twórców, dla których religia byłaby nie pocieszeniem, nie potrzebą grzania się ciepłem gromady, nie zachłyśnięciem się posiadaniem prawdy, nie egzaltacją, że stoi się po właściwej stronie - ale dramatem osobistym, drogą do nawiązania kontaktu z tym, co znikliwe.

A co chciałby pan powiedzieć w tym wyznaniu jako ostatnie słowo?

- To brzmi jak zachęta do sporządzenia testamentu. Mój testament to nic definitywnego, to testament w ruchu, jakby szkic, niepozbawiony sprzeczności. Grotowski - a ja z nim przez dobrych 20 lat - pracował nad zaczarowaniem świata w okresie, kiedy ten świat, zdawałoby się, nieodwołalnie ulegał procesowi odczarowania (te słowa nie są słowami z bajek dla dzieci, ale terminami naukowymi), kiedy zapadał się w rozegzaltowany konsumeryzm, a z drugiej strony w jałowość, w odrętwienie wystrojonego organizmu bez duszy. Obecnie ten świat w skali globalnej, w różnym nasileniu, pławi się w galarecie różnych "sacrumów", do wyboru, do koloru, "religion a la carte", jak mówią Francuzi. Podejrzewam jednak, że istnieje coraz liczniejsza mniejszość pozostająca poza sakralnie skolektywizowaną duszą matki Gai, poza świętymi figurami tańca, w jakich lubuje się Duch Czasu. A objawiający się dawni bogowie zwyczajem bogów znów łakną krwi.

W Paryżu, przy rue des Ecoles, naprzeciw Sorbony, na skwerku, jest niewielki pomnik siedzącego w zamyśleniu mędrca, sceptyka, który z uśmiechem przygląda się ludziom, ich sprawom, ich światu, a szczególnie przechodniom, którzy się przy nim zatrzymują. Jest to Michel de Montaigne. Wielki pisarz i myśliciel francuski XVI wieku, autor "Prób".

Siedząc z twarzą pochyloną ku przechodzącym, nogę trzyma założoną na nogę, jedną stopę w stylowym trzewiku wystawia do przodu. Szpic tego trzewika jest jasny, świecący, jakby wyczyszczony z patyny. Niektórzy przechodnie, uśmiechnięci, zatrzymują się przed figurą mistrza, dotykając dłonią jego wysuniętej stopy, jak stopy jakiegoś świętego... Święty Michał z Montaigne! Uśmiechnięty sceptyk... Może takiego patrona trzeba naszym czasom?

Oto wyznanie: kiedy przechadzam się po rue des Ecoles, ulicy tanich księgarń, także ja przystaję przed figurą świętego i dotykam jego wyglansowanej od ludzkich dotknięć stopy. Czynię to na znak... Czego?

Mistrzowi Michałowi z Montaigne jacyś pobożni, zapewne młodzi wyznawcy szminkują wargi damską szminką, zawieszają mu na szyi krawaty i szaliki, utykają w nim lub kładą przed nim kwiaty i jakieś drobne przedmioty, jak wota.

Ten skromny pomnik ma swoją dramatyczną historię. Jego oryginał był z białego marmuru. Ale stopniowo nieznani sprawcy odłupywali mu palce u rąk i nóg, ręce, wreszcie przyszła kolej na wysuniętą ku ludziom stopę. Przez jakiś czas sterczał kikut jego nogi utrąconej niemal do kolana... Którejś nocy, przed niewielu laty, mędrcowi z Montaigne, głosicielowi tolerancji i niezależnej myśli jednostki - odłupano głowę. Nie jest wykluczone, że tej egzekucji dokonali młodzi wyznawcy jakiegoś jedynie słusznego sacrum. Tak w epoce "powrotu sacrum" łagodny i niezależny myśliciel zostaje męczennikiem in effigie. Święty Michał z Montaigne, męczennik!

Dziś siedzi znów na swoim cokole, ale odlany w spiżu, zapewne dla bezpieczeństwa. Zaraz po moim powrocie do Paryża udam się specjalnie na rue des Ecoles, by pobożnie dotknąć koniuszka jego spiżowej stopy.

Panie Tadeuszu, koniec testamentu, koniec spowiedzi, proszę o absolucję, w nadziei, że moje liczne grzechy nie są śmiertelne.

Tadeusz Sobolewski
Duży Format
18 stycznia 2010
Portrety
Jerzy Grotowski

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia

Napój miłosny
Jitka Stokalska
Opera na Zamku w Szczecinie zaprasza ...