Trzy prezentacje teatru znad Słupii

"Bułhakow/Mistrz/Małgorzata" , "Co ja panu zrobiłem, Pignon?", "Doktor Dolittle i przyjaciele " - Nowy Teatr w Słupsku

Wygrana, remis i porażka - oto bilans trzech spotkań ze słupskim teatrem na wyjeździe. Borykający się z ogromnymi problemami Nowy Teatr w Słupsku znalazł niezwykle przyjazną gościnę. Tak przyjazną, że nawet zaczyna już premierować wybrane spektakle w Wejherowie, a nie w macierzystym Słupsku.

Wizyty zespołu z miasta, które posiada największą na świecie kolekcję dzieł Witkacego a od pewnego czasu skupia uwagę całego kraju dzięki osobie prezydenta, należą do wydarzeń bardzo dobrze przyjmowanych przez widownię Filharmonii Kaszubskiej. Ostatnie trzy prezentacje były dowodem na różnorodność repertuarową teatru znad Słupi. Ukazały też niczym analiza SWOT słabe i mocne punkty zespołu.

Wygrana

W połowie lipca, tydzień po premierze w Słupsku, pokazano w Wejherowie spektakl "Doktor Dolittle i przyjaciele". Przy pełnej widowni, głównie dziecięcej, przedstawiono losy doktora, który rozumiał mowę i potrzeby zwięrząt. Wszystko kończy się dobrze, choć bohaterowie przemierzają lądy i oceany, poddawani są rozlicznym sprawdzianom siły i charakteru, stawia się ich wobec spraw i ludzi budzących lęki. Niczym w oświeceniowych powiastkach lub powieściach filozoficznych (patrz: "Kandyd, czyli optymizm" albo "Mikołaja Doświadczyńskiego przypadki") przemierzamy, tym razem ze zbiorowym, bohaterem dziesiątki kilometrów, aby wrócić ostatecznie do miejsca wyjścia, z calym bagażem różnych przemyśleń i wrażeń.

Reżyserowi, Konradowi Szachnowskiemu udało się stworzyć wyjątkowo barwne, dynamiczne przedstawienie, roztańczone i rozśpiewane. Po raz kolejny zespół aktorski Nowego Teatru udowadnia, że ma ogromny potencjał. Szachnowski umiejętnie buduje napięcie sceniczne, nadając całości dobre tempo, wprowadzając kolejne postaci, chrakterystyczne, z osobistym kolorytem tekstowym i energetycznym. Mnie ujęły szczególnie: krówka, małpka Czi-Czi oraz świnka. I tak jak pierwsza okazała się charakterną, nieco toporną, druga była delikatna i pracowita, trzecia objawiła się jako ślamazarna i wiecznie tęsknila za jedzeniem. Wszystkie trzy urokliwie uosabiały rózne typy dzieci. Postaci mamy oczywiście dużo więcej, mnie zdziwiło to, że niektóre tak łatwo podejmowały decyzje o rozpoczęciu samodzielnego życia, co spotykało się z aprobatą pozostałyuch lub było skrzętnie przemilczane.

Na pochwałę zasługuje praca Pavela Hubicka, scenografa i kostiumologa. Widzowie oglądają wielobrawny świat, elastycznie formujący się w zależności od okoliczności, z masą detali tak istotnych w oczach dziecka. Kostiumy precyzyjnie oddają charakter postaci, zachowując oryginalność i funkcjonalność. To duża przyjemnośc uczestniczyć w spektaklu tak dobrze skrojonym, znakomicie odbieranym zarówno przez dzieci, jak i dorosłych, promując takie wartości, jak przyjaźń, wytrwałość, pasja, pracowitość i dobroć. (kw)

Remis, niekoniecznie zwycięski

Francis Veber, autor sztuk, scenarzysta i reżyser to jeden z arcymistrzów francuskiej komedii. Któż z miłośników gatunku nie zna "Kolacji dla palantów" czy "Plotki" albo "Klatki szaleńców", której amerykański remake pt. "Klatka dla ptaków" z R. Williamsem i G. Hackmanem był światowym przebojem? Veber wyreżyserował lub napisał scenariusze do co najmniej 10 filmów z TOP 50 francuskiej komedii. W większości z nich występuje postać Francois Pignona (nieudacznika) lub François Perrina (zabijaki). Jak większość sztuk Vebera tak i "Co ja panu zrobiłem, Pignon" (fr. "Le contrat" z 1971) została przeniesiona na ekran ("L'emmerdeur" w 1973 roku). Obsada była gwiazdorska: w roli nieudacznika wystąpił Jacques Brel a płatnego mordercę grał Lino Ventura.

Sztuka jest grana niezmiennie od ponad 40. lat na całym świecie. W Polsce m.in. w Teatrze Komedia. W warszawskiej prezentacji (premiera w 2009 roku) w drugoplanowej roli policjanta występuje Marek Siudym, który po sześciu latach gry podjął się reżyserii na potrzeby Nowego Teatru.

"Pignon" to czarna farsa kryminalna, której komizm tworzy się przede wszystkim na przecięciu różnicy interesów dwóch sąsiadujących ze sobą gości hotelowych, którzy przybyli w to miejsce ze zgoła odmiennych powodów. Nieszczęśliwy, porzucony przez żonę fotograf Pignon (najlepszy na scenie Igor Chmielnik), ma zamiar po prostu pożegnać się z życiem, natomiast Ralf Milan (Adam Jędrosz) jest płatnym mordercą i ma z okna hotelowego pokoju zastrzelić niewygodnego dla mafii świadka. W akcji biorą udział ponadto żona Pignona (Marta Turkowska), jej aktualny partner, doktor Fuchs (Krzysztof Kluzik), policjant i boy hotelowy. Jak to w komediach tego typu bywa samobójstwo za pierwszym razem jest udaremnione, potem następuje ciąg nieporozumień i rzecz się kończy jak kończy.

Co ciekawe, warszawska wersja trwa 110 minut, a słupska zaledwie 85 (obie z jedną przerwą). I w tej różnicy mieści się chyba reżyseria, której na Pomorzu po prostu zabrakło. Siudym nie pokusił się o cokolwiek więcej, niż tylko ustawienie kolejności wejść i wyjść. Szkoda, wszak pamiętamy Siudyma z wielu zabawnych ról i można się było spodziewać po tym doświadczonych aktorze czegoś więcej. Skoro nie było pomysłów reżyserskich, można było chociaż zachować rytm opowieści i zrezygnować z nieuzasadnionej przerwy. Mimo sporych braków rzecz spodobała się wejherowskiej publiczności, która nagrodziła wysiłki artystów spontaniczną owacją na stojąco. (pw)

Porażka bolesna

Najambitniejszą propozycją Nowego od kilku sezonów jest na pewno "Mistrz i Małgorzata" [na zdjęciu]. 35 lat temu Andrzej Marczewski jako pierwszy w Polsce przeniósł powieść Michaiła Bułhakowa na scenę. Dodatkowym jubileuszem towarzyszącym inscenizacji słupskiej była 75. rocznica śmierci autora. Najmocniejszym punktem trwającego 3,5 godziny przedstawienia są songi Andrzeja Ozgi w wykonaniu Moniki Węgiel (Małgorzata). Obronił się także w roli Mistrza Igor Chmielnik a Krzysztof Kluzik, odtwarzający role Poncjusza Piłata i Wolanda zdecydowanie lepszy był jako diabeł. Niestety, to wszystko, co da się dobrego powiedzieć o tym ambitnym i ważnym dla Nowego przedstawieniu. Rzecz rozpoczyna się od dydaktycznego i patetycznego intro, w którym Mistrz odnosi się do współczesności i potem jest tylko gorzej. Brakuje magii i tajemnicy, sacrum i profanum. Koszmarne są wszystkie pomysły na ukazanie świata fantastycznego. Widok dłoni, która wyrzuca głowę Berlioza na scenę czy absolutnie okropna sekwencja począwszy od lotu do balu u szatana należą, co z ogromną przykrością piszę, do najgorszych scen, jakie widziałem w teatrze w ostatnich latach. Bez szaleństwa, bez diabła, Małgorzata bez nagości, umundurowana wręcz w halkę - brrr! Nie chcę się znęcać, więc zakończę w tym momencie, nie rozwijając listy szyderczych epitetów.

Katarzyna Wysocka, Piotr Wyszomirski
Gazeta Świętojańska
9 września 2015

Książka tygodnia

Janusz Warmiński i jego Teatr Ateneum
Teatr Ateneum im. Stefana Jaracza w Warszawie - Wydawnictwo
Aneta Kielak-Dudzik

Trailer tygodnia