Tutaj ludzie promienieją

"Czarnobylska modlitwa" - reż. Joanna Szczepkowska - Teatr Studio im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Warszawie

Joanna Szczepkowska przygotowała adaptację i wyreżyserowała (sama gra też lekarkę) reporterską książką Swietłany Aleksijewicz "Czarnobylska modlitwa". To kolejna odsłona współpracy Teatru Studio z Instytutem Reportażu. Poprzednio na warsztat poszła książka Mariusza Szczygła "Zróbmy sobie raj". Ten nieudany spektakl wyreżyserował duet Kasia Adamik/Olga Chajdas. Agnieszka Glińska szybko i słusznie usunęła go z repertuaru. Tym razem nic nie trzeba usuwać, bo spektakl Szczepkowskiej nie jest zły. Ma całkiem zachęcający początek, nużący niestety środek i dobry koniec

Całość, po części skupia się na widzach, bo oto każdy z nas staje się członkiem wycieczki na poczarnobylską prowincję (udana scenografia Marty Zając). Uzbrojeni w aparaty fotograficzne ruszamy na bezkrwawe safari. Obiekty naszego zainteresowania, ludzie popromienni, bardzo chętnie opowiadają nam swoje historie, choć czasem niektórych denerwuje nieustanie błyskający flesz (mnie irytował niemiłosiernie). Patrzą na nas, mówią do nas, chcą z nami kontaktu. Znają wszystkie nasze pytania i zachowania, bo niejedną wycieczkę już przyjęli. Szczególnie lubią częstować wycieczkowiczów i dziennikarzy czarnobylskimi dowcipami, które ich śmieszą, a gości wprawiają w zakłopotanie. Czy w Czarnobylu ludzie są smutni? A gdzie tam! Są rozpromienieni!

"Czarnobylska modlitwa" Szczepkowskiej jest opowieścią utkaną z bardzo smutnych, często strasznych ludzkich historii. I każdy z bohaterów chce nam opowiedzieć swoją. Między nimi trwa nieustanna walka o prawo do mikrofonu, do głosu. Ciągle wchodzą sobie w słowo, mówią jeden przez drugiego. Bo cóż im zostało? Tylko opowieść. Dowiadujemy się, co robili, kiedy wybuchł reaktor. Gdzie byli, co czuli, jak się zachowywali, co robiły władze. Jak było przed, w trakcie i po. Jak ich najpierw oszukiwano, potem na siłę ewakuowano, a oni, zwykli ludzie, nigdzie nie chcieli jechać. Dom napromieniowany czy nie nadal jest domem, a poza tym i tak już jest za późno. Wszystko jest skażone, wszyscy są skażeni. Dzieci Czarnobyla, nieraz zdeformowane, widzą od małego tylko śmierć. Wyginęły nawet pszczoły i chrabąszcze. To cud, że jakiś ptak tam śpiewa.

Spektakl jest zagrany dobrze, zespół Studia się powoli integruje po rozlicznych zmianach i transferach. Na szczególną uwagę zasługuje znakomity Krzysztof Stroiński, który stworzył postać sekretarza komitetu rejonowego, zatwardziałego komunisty, który wierzy, że reaktor wysadziła CIA i demokraci. Wszystko po to, by zniszczyć wielki i wspaniały kraj, jakim jest Związek Radziecki. Świetna jest też Elżbieta Piwek - swojska, wiejska baba, która przecież głupa nie jest. Nie zbiera napromieniowanych jagód, żeby je zjeść. Zbiera je po to, żeby je sprzedać na targu w Mińsku. Po raz pierwszy poruszyła mnie także Natalia Rybicka, grająca żonę opiekującą się swoim umierającym mężem (Marcin Januszkiewicz) - młodym żołnierzem, który niedawno wrócił z Afganistanu i wysłano go do sprzątania reaktora po wybuchu. Po jego śmierci (śmierć w wyniku napromieniowania jest wolna i straszna), ona rodzi ich dziecko, które po kilku dniach umiera. Tak samo, jak jej marzenia o szczęśliwym życiu.

Jeśli jest coś, co w tym spektaklu jest strasznie denerwujące, to światło. Jego reżyseria (Piotr Pawlik) polega na tym, że się włącza i wyłącza. Jakby ktoś siedział przy przycisku on/off. Szału można dostać. A przecież akurat w tej inscenizacji światło mogło odegrać kluczową rolę. Brakuje też muzyki. Gdyby wszystko to jeszcze ogarnąć, to mielibyśmy bardzo dobrą sztukę. Opowieść o człowieku popromiennym, który żyje w tym potwornym, wyjałowionym świecie. Ale jednak żyje.

Mike Urbaniak
www.panodkultury.wordpress.com
12 kwietnia 2013

Książka tygodnia

Aktorki. Odkrycia
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia