Twarde życie, miękka rzeczywistość

"Fly me to the moon" aut. Marie Jones - reż. Andrzej Dopierała - Teatr bez Sceny w Katowicach

"Fly me to the moon" to czarna komedia Marie Jones o dwóch pielęgniarkach opiekujących się starszym mężczyzną – fanem Franka Sinatry. W Teatrze Bez Sceny została wystawiona przez Andrzeja Dopierałę.

W tym spektaklu humor zdaje się mieć charakter "dojrzewający". Początkowo jest dość banalny: bazuje na kulturowych stereotypach i przypomina humor kabaretowy, który często (albo i prawie zawsze) się nimi karmi i zdaje się tym nigdy nie nudzić. Osobiście nie jestem fanką tego rodzaju żartów i zdaje się, że nie jest to wyłącznie moje wrażenie, bo wśród publiczności również z początku śmiechu było niewiele.

Jednak im dalej, tym lepiej. Fabuła się rozkręca, zaczyna mieć coraz więcej zakamarków – czasami przewidywalnych (ale jest to komedia, więc można to wybaczyć), a czasami nie. Dzięki temu spektakl zaczyna nabierać autentyczności i sprawia, że coraz bardziej jesteśmy wciągnięci w historię. Choć w tym miejscu muszę też nadmienić o tym, co z wiary w świat utworzony na scenie, wybijało. Była to niekonsekwencja dźwiękowa, która przy bardzo realistycznym charakterze spektaklu i "przyziemnym" charakterze scenografii, zaczyna "rzucać się w uszy". Mam na myśli to, że czasami dźwięki grały wiernie – pochodziły z miejsca, w którym akcja dźwięku się odbywała i miały realistyczną głośność, a innym razem nie. Wyobraźnia, która jest tu i teraz i wierzy w rozgrywającą się sytuację nagle dostaje po głowie za tę naiwność. Może jestem drobiazgowa, aczkolwiek jest to kwestia czysto techniczna, o której trudno jednak nie wspomnieć.

Aktorki spisały się naprawdę dobrze. Szczególnie jestem fanką Anny Kadulskiej w roli Francis Shields. Kojarzy mi się ona z Natashą Lyonne w roli Nadii Vulvokov z serialu "Russian Doll". Kobieta zaprawiona w życiu na sposób "zabawny" – czyli biorącej rzeczy takie, jakimi są, bez straty czasu na szok i niedowierzanie, przyzwyczajonej do ogrywania własnego losu i do brania go pod włos. Niektórzy mogliby powiedzieć wręcz: "bezwzględna".

Od teraz ciężko będzie mi uwierzyć, że Anna Kadulska to nie Francis – i brawa za to Bohaterki to "zwykłe" niezamożne kobiety pracujące jako opiekunki, które ze względu na swoją niekomfortową sytuację finansową dają się uwikłać w ciąg zdarzeń, którym stale muszą stawiać czoła. I realnie – widzimy je praktycznie tylko w przestrzeni mieszkania mężczyzny, którym się opiekują, gdy kalkulują jaki ruch powinny wykonać w odpowiedzi na zdarzenia. A w tle cały czas pobrzmiewa postać mężczyzny, nieświadomym niby-to-sprawcą ich obecnego losu oraz utwór Franka Sinatry "Fly me to the moon". Natomiast z tych dwóch teł zaś pobrzmiewa podróż do innych światów: na księżyc, ku bogactwu, ku miłości, ku śmierci. I właściwie przez to znajdujemy się cały czas w sferze pomiędzy twardą rzeczywistością i życiem, a sferą marzeń i rozmyślania "co by było gdyby". Istnienie tej warstwy tworzy ciekawą przestrzeń narracyjną.

Scenografia jest bezpretensjonalna: ma odzwierciedlać zwykłe mieszkanie. Światło ma rolę minimalną: najczęściej odzwierciedla domowe rozproszone oświetlenie, czasami jest punktowe – wtedy, gdy znajdujemy się w przestrzeni niedopowiedzianej, w której bohaterki relacjonują nam zdarzenia, i tylko w jednej scenie zmienia się diametralnie odmieniajac otoczenie, budując scenę kulminacyjną.

Moje wiodące wrażenie z "Fly me to the moon" jawi się w opinii, że jest to utwór lekki, przystępny i przyjemny. Mimo, że nie zostałam przejęta całkiem przez świat tej historii, to jest to dobry przekład utworu Marie Jones, z interesującymi rolami aktorskimi i pełen przyjemnej jazzowej muzyki.

Klaudia Brzezińska
Dziennik Teatralny Katowice
16 października 2023

Książka tygodnia

Białość
Wydawnictwo ArtRage
Jon Fosse

Trailer tygodnia