Ucieczka w literaturę

mówi Jerzy Stuhr

Myślę sobie np., że gdyby ktoś teraz chciał wystawiać "Biesy" Dostojewskiego, a jakiś aktor przygotowywał się do roli Wierchowieńskiego, to powinien pilnie obserwować niektórych polityków mówi Jerzy Stuhr w Gazecie Krakowskiej, w rozmowie z Marią Malatyńską.

Myślę sobie np., że gdyby ktoś teraz chciał wystawiać "Biesy" Dostojewskiego, a jakiś aktor przygotowywał się do roli Wierchowieńskiego, to powinien pilnie obserwować niektórych polityków mówi Jerzy Stuhr w Gazecie Krakowskiej, w rozmowie z Marią Malatyńską.

Mówi się, że literatura jest dobra na wszystko. Terapeutyczna rola książki to nie do końca przebadane dobro, ale czy nie może być tak, że książka tłumaczy czasy, w których żyjemy, dając nam pewność, "że wszystko już było", a więc uda się przetrwać?

- Może i tak, ale jest to trochę niebezpieczne myślenie, bo ktoś mógłby uważać, że istnieje bezpośrednie przełożenie między niegdysiejszą fabułą, a sytuacją wokół.

Tymczasem tego nie ma. Tak jak książka nie może być jakimkolwiek instruktażem działań w innej epoce i w innych warunkach. Bo cóż miałby zrobić ktoś, komu czasy nieodparcie skojarzą się z jakimś szczególnie mocnym dramatem Szekspira? Wszak wtedy mógłby stać się niewolnikiem swojego skojarzenia i czekałby, żeby się to coś sprawdziło? Jak w jakiejś starożytnej przepowiedni?

Więc patrzmy spokojnie, nie ma takiego niebezpieczeństwa. Co najwyżej atmosfera ogólna może się kojarzyć.

Myślę sobie np., że gdyby ktoś teraz chciał wystawiać "Biesy" Dostojewskiego, a jakiś aktor przygotowywał się do roli Wierchowieńskiego, to powinien pilnie obserwować niektórych polityków.

To jest kopalnia możliwości aktorskich!

Wiem, co mówię, bo przecież grałem przez długie lata właśnie Piotra Wierchowieńskiego w "Biesach" Wajdy. Rolę dostałem po Wojtku Pszoniaku, gdy on na stałe wyjechał do Warszawy. A do "Biesów" aktor musi dorosnąć.

Dostojewski opisał w tej powieści anarchię. I to ten moment, gdy anarchię ubiera się w szaty rewolucyjne.

Przyznaję, że zawsze zaczynam się niepokoić, gdy widzę destrukcję zamiast konstrukcji, bo wtedy wiem, że zaczynamy się zbliżać do "Biesów". Czyli anarchii.

Ale tam jest jeszcze coś dalej: złowrogie "piątki rewolucyjne", na które Wierchowieński chciał podzielić naród i doprowadzić do tego, aby jeden z tej "piątki" popełnił samobójstwo, aby ta krew połączyła piątkę na zawsze.

Gdy niedawno widziałem dyskusję w Sejmie, a w niej skargę, że na jakimś portalu ktoś groził panu prezesowi, i odpowiedź, że to pewnie sami stworzyli sobie ten portal, aby sprowokować (a na to pani poseł od gestów niespodziewanych zaczęła walić się w głowę) - to wiem, że jestem blisko "Biesów".

Bo przecież skądś to znam, ja to już kiedyś grałem.

Nie mam zmysłu politycznego, ale mam wyobraźnię i mam też literaturę, która jest mi bliska i którą bardzo dobrze przestudiowałem. I tylko z tej pozycji na to patrzę. Dzięki literaturze mam kilka własnych "pewników".

Wiem na przykład, że bliżsi mi są ludzie, którzy mają poczucie humoru. "Dalsi" są mi ludzie, którzy nie mają poczucia humoru.

Ale najgorsi są ci, którzy nie mają poczucia humoru, a udają, że go mają. Dlatego nie lubię, gdy co chwilę pojawiają się jakieś dowcipy, młotem ciosane, które w ogóle nie śmieszą.

Wtedy uciekam w mój "kącik", czyli w historię Rzymu. Bo historia kojarzy się inaczej. A ja uczę się Rzymu, aby zrealizować jedno z największych moich marzeń, aby oprowadzić Helenkę, moją już czteroletnią wnuczkę, po Rzymie. Ale nie do lodziarni, a np. szlakiem Caravaggia. Lecz Helenka musi mieć przynajmniej kilkanaście lat. I też trzeba mieć temperament przewodnika. Czy będę go miał? Na razie czytam.

Czytałem np. o wielkiej powodzi w Wenecji w 1966 roku, to była wielka tragedia, bo woda podeszła tak wysoko, że obrazy wypływały z galerii, księgi z bibliotek. Wtedy skrzyknęła się młodzież z całej Europy - i nie wiadomo, jak udało się to tak szybko zorganizować, przecież nie było internetu - i przyjechała pomagać. Nawet są zdjęcia, gdy długa kolejka młodych ludzi podaje sobie obrazy i książki z rąk do rąk, wszystko wydobywają, aby wysuszyć. I jest teoria, że wtedy właśnie młodzież zobaczyła, że gdy jest razem, jest siłą i każdą akcję może przeprowadzić...

Niektórzy uważają, że właśnie tam, przy tej akcji, zaczął się "rok 1968". Trzeba więc uważać.

Ale u nas na razie panuje przekonanie, że siła tkwi w wiecznym konflikcie. A to już jest czysty Wierchowieński. A więc "Biesy", a więc Dostojewski. Kula się toczy, póki jest konflikt?

Są artyści, którym konflikt jest potrzebny. Mają z tego inspirację. Ja przeciwnie, jeśli konflikt - natychmiast się zamykam. Mnie jest potrzebny spokój i pełna akceptacja, wtedy mogę być twórczy.

Maria Malatyńska
Polska Gazeta Krakowska
19 stycznia 2016
Portrety
Jerzy Stuhr

Książka tygodnia

Słownik biograficzny teatru polskiego, tom III: 1910-2000
Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk,
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia