Uczta stworzona nie tylko dla ucha

Wielka symfonika - Opera i Filharmonia Podlaska w Białymstoku

W piątkowy wieczór w formie jakże wymownej, Felix Mendelssohn-Bartholdy, znany przeciętnemu odbiorcy jako twórca marsza weselnego, został przedstawiony jako autor nie tylko jednego dzieła. Przy pomocy Orkiestry Kameralnej, wybitnego skrzypka Jana Staniendy oraz jego syna pianisty Krzysztofa, muzyka zapomnianego nieco kompozytora wróciła w wykonaniu urzekającym, pełnym ekspresji. Koncert w całości poświęcony został twórczości Mendelssohna, uznawanego jako "największego klasyka wśród romantyków i największego romantyka wśród klasyków".

Program występu podzielony został na cztery partie. Słuchacza przywitały radosne dźwięki Symfonii nr 2 D-dur na orkiestrę smyczkową. Różnorodne tempo, od żwawego allegro, przez nieco bardziej stonowane, odrobinę pesymistyczne andante, umiejętnie stymulowało wyobraźnię widza, by w wersji finalnej afirmować radosną stronę ludzkiego życia, właśnie w formie allegro vivace.

Kolejną odsłoną było zaprezentowanie dwóch pokoleń muzyków: ojca i syna, oczywiście przy akompaniamencie orkiestry smyczkowej. Po raz wtóry słuchacza porywały i uwodziły nuty zmienne, bądź to wartkie i skoczne, bądź też smutne i ponure. Wirtuozerią i niesamowitą świadomością sceniczną wykazał się skrzypek Jan Stanienda. Jednakże syn Krzysztof, przy całej poprawności w wytwarzanych dźwiękach, nie potrafił zachwycić, poruszyć, sterować emocjami odbiorcy. Niestety, nieco przytłumiony dźwięk fortepianowego wykonania nie był godny znakomitego, skrzypcowego partnera.

Sercem tego koncertu były niewątpliwie dźwięki skrzypiec przy doskonale współpracującym i harmonijnym akompaniamencie orkiestry smyczkowej. Jan Stanienda nie bez powodu cieszy się sławą mistrza wiolinistyki i wybitnego koncertmistrza. Na niemałą uwagę zasługuje też ekspresja jego twarzy, zmienność mimiki, filuterny uśmiech, które przekonywały nie tylko o autentycznym przeżywaniu wykonywanego dzieła, zapraszały jednocześnie widza do flirtu, zabawy, zarażały radością i zapraszały do rozmowy. Nie znaczy to jednak, że ten znany skrzypek potrafi jedynie czarować czy kokietować. Niesamowita dojrzałość wykonań wolnych, stonowanych, pełna była zawodzenia, żalu, ponurej refleksji, która wzruszała tak bogatym ładunkiem emocjonalnym.

Poprzez koncept nieustannie zmiennego tempa, słuchacz odnosi wrażenie, że grana muzyka przedstawia dwie totalnie odmienne historie. Afirmację życia, radość, przenikała zgorzkniała diagnoza ciemnej strony ludzkiej egzystencji. Z jednej strony usłyszeć można było świergot ptaków, szczęście spowodowane obcowaniem z naturą, jednak w tempie adagio czy andante realizowane były obrazy czy dźwięki deszczowej szarugi, zawodzącego powiewu wiatru. Taniec życia i miłości przenikała groza i smutek przemijania i śmierci.

Wygląda na to, że trudny repertuar doby Romantyzmu, okazał się jak najbardziej aktualny, także dla współczesnego odbiorcy. Warto zaznaczyć, że nie było to wierne odtworzenie mendelssohnowskiej kompozycji. Jan Stanienda, jako skrzypek charakterystyczny, swój indywidualizm zamanifestował odejściem od klasycznej konwencji. Perfekcyjne, charyzmatyczne wykonanie, dbałość o każdy dźwięk, zaowocowało autentycznym wzruszeniem. Była to uczta stworzona nie tylko dla ucha, ale przede wszystkim dla oddziaływania wachlarza emocjonalnego.

Justyna Rogowska
Materiały OiFP
21 grudnia 2011

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia

Maskarada – Międzynaro...