Uczuć nie trzeba uczyć

"Dziecię Starego Miasta" - reż. Cezary Studniak - Teatr WARSawy

Temat uczuć patriotycznych wobec ojczyzny (czy Ojczyzny) już od jakiegoś czasu ogromnie plącze się z polityką. Na skutek działań osób o poglądach skrajnych, koszulka z godłem Polski na piersi zaczyna budzić ambiwalentne uczucia. Kwestię tego dziwacznego dwuznacznego stosunku do własnego kraju porusza drapieżnie aktualny spektakl „Dziecię Starego Miasta" w reżyserii Ceziego Studniaka.

Teatralną adaptację powieści patriotyczno-politycznej Józefa Ignacego Kraszewskiego „Dziecię Starego Miasta" otwiera lekka popowa piosenka, śpiewana po niemiecku przez eleganckiego, wręcz wymuskanego mężczyznę, którego sposób uczesania od razu nasuwa na myśl niemiecką modę. Prędko te zagraniczne zaśpiewy kontruje zdeterminowany Franek (Dawid Rafalski) przy pomocy pieśni patriotycznej, którą poprzedził okrzykami mającymi na celu uniesienie warszawskich, polskich serc ku walce, ku ekstazie patriotyzmu. Akcja miała miejsce przed zrywem wolnościowym (powstaniem styczniowym? Warszawskim? Nieistotne). Śpiewał z wręcz wzruszającym oddaniem, z autentyczną wiarą w swoje ideały i taki pozostał przez resztę spektaklu.

Szybko można było poznać, skąd wziął się u Franka ten gorący patriotyzm. Jego ojciec zginął w wyniku ostatniego zrywu narodowego. Jego Matka (Jolanta Olszewska) wprost przyznaje, że choć kocha syna całym sercem, to czeka z utęsknieniem, aż bohatersko zginie i będzie mogła z dumą go pochować. Tym samym stara się kreować swój własny mit na wzór Warszawskiej Matki Boskiej Stale Bolejącej, która kocha syna całym sercem, ale odda go, aby zbawić świat. Dlatego odpowiednio wcześniej z oddaniem ćwiczy pieśni pogrzebowe i obowiązkowo strumienie łez – w końcu nie jest łatwo cierpieć tak mocno, aby stać się przez to współodkupicielką Polski.

Tę patriotyczną indoktrynację z podniesienia obserwuje cały czas posążek właśnie tej Matki Boskiej (Małgorzata Rożniatowska), ozdobionej kwiatami i choinkowymi lampkami, robiącymi na widowni furorę. Ta fantastyczna postać niezbyt interesuje się zrywami patriotycznymi, niczym babcia spragniona pikantnych newsów jest znudzona siedzeniem w jednym miejscu i wolałaby być mobilna niż najświętsza.

Anna (Ewa Jakubowicz) to kolejne dziecko, laleczka, która dała się opętać ideologii. W końcu uczuć nie trzeba się uczyć, w przeciwieństwie do rozsądku, dlatego to raczej prostaczki pobiegną za porywającą ideologią, zamiast najpierw wykształcić własny sposób na życie. Tym samym Anna staje się zwyczajnie trofeum dla najbardziej patriotycznego z chłopców. Dopiero z czasem zdaje sobie sprawę z tego, jak różna jest rzeczywistość od jej naiwnych wyobrażeń. O to trofeum próbuje też zawalczyć zupełne przeciwieństwo Franka – uczesany na niemiecką modłę Edward (Marcin Januszkiewicz) – współczesny inteligent. W oczach innych postaci stał się zdrajcą i Szwabem w momencie, gdy poszedł na niemiecki uniwersytet. Co gorsza, uważa, że ekonomia jest ważniejsza niż patriotyczne zrywy i że męczeńska śmierć nie ma sensu. Zachęca Annę do ćwiczeń umysłowych, ale spotyka się z drwiną – też ciężko się dziwić, bo Edward do tego świata kompletnie nie pasuje, w geście obrony zachowuje się protekcjonalnie, z wyższością patrząc na Franka i jego współwyznawcę patriotycznej ideologii – studenta medycyny (Wojciech Brzeziński). Ten ostatni zadaje kłam stwierdzeniu, że tylko prostaczkowie dają się opętać wzniosłym hasłom. W dyskusji z Weteranem (Mariusz Drężek) elokwentnie argumentuje, dlaczego męczeńska śmierć młodzieży to dobry ruch w walce z „tamtymi" (Rosjaniami? Niemcami? Cudzoziemcami w ogóle? Nieistotne). Choć obu młodzieńców z szacunkiem odnosi się do Weterana, to widać uniwersalną prawdę, że młodsze pokolenie najwyraźniej z definicji nie może czerpać z doświadczenia starszych.
Wszystkie postaci są proste, jednokolorowe, wycięte ze znanych archetypów. Przesadne maniery podkreślają jednoznaczność postaci, a tym samym czarno-biały świat w głowie opętanych przez Słuszną Sprawę. Bohaterowie często powtarzają to samo, co też nie dziwi – raczej recytują wyuczone formułki niż dyskutują z innymi. Dyskusja zresztą to kolejna rzecz, której brak w tym świecie. Najbardziej wymowny jest fakt, że Edward jak typowy inteligent, nieszczególnie próbuje przekonać rówieśników do swoich racji. Częściowo ze strachu, bo stanowi poglądową mniejszość, ale również dlatego, że uważa ich za głupców i nieudaczników. Inteligencja zupełnie się nie zmieniła.

Obdarzenie sztuki tak ostrym pazurem to niewątpliwie wspólna zasługa reżysera, Ceziego Studniaka, jak i dramaturga Michała Pabiana. We wzmocnieniu ich przekazu pomogli scenograf Michał Hrisulidis i twórca muzyki Krzysztof Wiki Nowikow. W mieszkaniu głównych bohaterów silną tradycję narodowościową podkreśla rząd obrazów o tematyce patriotycznej. W powieści Franek był studentem Akademii Sztuk Pięknych. Czy to on je namalował? Ponadto, spektakl można było nazwać muzycznym przez wzgląd na umelodyjnienie wielu monologów. To jeszcze bardziej upraszczało ich wydźwięk – nawet nie trzeba było słuchać słów, żeby zrozumieć, jaki miał być przekaz. Pasowało to doskonale do prostoty w budowie bohaterów.

Aktorzy w „Dziecięciu..." swoje role dźwigają znakomicie. Szczególnie niesamowita jest Jolanta Olszewska w roli Matki. Nawet gdy opętana religią wyznaje, że czeka na śmierć syna, wierzymy w jej nieprawdopodobną miłość do Franka. Nie rozumiemy jej ciągu myślowego, w którym jego męczeństwo ma uczynić z niej postać na wzór Matki Boskiej (której tron na końcu spektaklu zajmuje), ale wierzymy, że ona uważa, że jest właściwy. Umuzycznienie spektaklu dało pole do popisu dwóm aktorom obdarzonych dużym talentem wokalnym – Marcinowi Januszkiewiczowi grającego Edwarda i Mariuszowi Drężkowi w roli Weterana. Postacie Edwarda i Matki Boskiej to też główne źródła komizmu w spektaklu, komizmu ogromnie potrzebnego, bo dzięki niemu sztuka nie ugięła się pod ciężarem poruszanego problemu.

Szczególnie zapada w pamięć westchnięcie Matki Boskiej: kraj, który nie może istnieć bez cierpienia, sam stworzy sobie cierpienie. I faktycznie. Czy Polska wreszcie może stać się czymś więcej niż Chrystusem Narodów? Męczennikiem, który krwawi i cierpi? Dlaczego tak upokarzająca miałaby być zmiana paradygmatu? Czy można, w imię Ojczyzny, dobrze żyć, być świetnym pracownikiem, czułym ojcem i matką? Czy to mniej, czy więcej niż męczeńska śmierć?

Anna Dawid
Dziennik Teatralny Warszawa
27 maja 2017
Teatry
Teatr WARSawy
Portrety
Cezary Studniak

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia