Ulica to walka (o uwagę)

rozmowa z Marią Seweryn

Rozmowa z Marią Seweryn

Po spektaklu "Zaświaty, czyli pies ma duszę" w Och-teatrze wraca pani do reżyserii. Reżyserować u siebie to podwójna odpowiedzialność, ale i pewnie podwójna przyjemność...

Maria Seweryn: Tak, reżyseria to przede wszystkim odpowiedzialność za całość przedstawienia, każdą rolę, sens, myśl, za historię, którą trzeba opowiedzieć. Tym razem jednak reżyseruję z mamą, która świetnie zna tekst "Związku otwartego" Franki Ramę i Dario Fo, bo kilka lat temu wraz z Markiem Kondratem grała i reżyserowała go w Teatrze Telewizji. Ale odbiegamy od tamtej inscenizacji. Robimy przedstawienie plenerowe, które wymaga innych środków, innej formy.

Jak to wygląda w praktyce? Nie spieracie się o wizję przedstawienia?

- Nie, nie decydowałybyśmy się na wspólną pracę, jeśli miałybyśmy się spierać. Pracujemy ze sobą od ośmiu lat, dobrze się rozumiemy. Mama narysowała precyzyjny szkic spektaklu, nadała mu kierunek, a ja z aktorami Weroniką Nockowską i Otarem Saralidze wypełniamy to, doprecyzowujemy, proponujemy rożne rozwiązania, pomysły, które ona akceptuje lub nie. Dla mnie jest to master class, warsztat reżyserski.

"Związek otwarty" to kolejna premiera na placu Konstytucji. Jak zmienia się myślenie o tekście, kiedy reżyseruje się na ulicę, a nie na scenę?

- "Związek otwarty" został napisany właśnie na ulicę. Pomaga mi to, że gram "Lament na placu Konstytucji". Wiem, jakiego wysiłku wymaga to od aktora, na jak wiele można i trzeba sobie pozwolić, aby tam, przy ulicznym hałasie, przyciągnąć uwagę widzów. Na scenie są światła, cisza, spokój, jest łatwiej. Na ulicy aktorzy mają tylko siebie, swój głos i ciało, to wyzwanie. Grając spektakl na placu, nie ma czasu na nastroje, na psychologiczne niuanse, chwile ciszy, trzeba walczyć, aby opowiedzieć historię. Wymaga to też warsztatu aktorskiego, bagażu przeżyć.

A nie boi się pani, że ten bagaż przeżyć młodych aktorów tuż po szkole jest jednak nieco za mały, żeby zagrać małżeństwo z kilkuletnim stażem?

- Nie, bo Weronika i Otar są dojrzałymi i wrażliwymi ludźmi. Poza tym mają wyobraźnię. Ponadto, co bardzo ważne z reżyserskiego punktu widzenia, są otwarci i chętni do współpracy. Na pewno to dla nich wyzwanie i obawiają się wyjścia na plac, bo będą nie tylko rozmawiać i grać ze sobą, ale jednocześnie zwracać się do publiczności, brać ją na świadka. I wcale się nie zdziwię, jeśli widzowie będą reagować. Pamiętam, kiedy grałam "Lament" w Lublinie i mówiłam tekst: "Dzień dobry, jestem Justyna, matka Ani, mąż mnie zdradza". Ktoś z tłumu krzyknął: "I bardzo dobrze!". Byłam w szoku, ale będąc w roli, spokojnie odpowiedziałam "Może ma pan rację". Zobaczymy, jak tym razem zareaguje publiczność, jak aktorzy na to odpowiedzą, do czego też dojdą podczas kolejnych spektakli. Bo premiera będzie z pewnością dopiero początkiem ewolucji tego spektaklu.

Dario Fo z żoną opowiadają o bardzo nowoczesnym, modnym dziś modelu związku. A o czym pani chce porozmawiać z widzem?

- Właśnie o tym. Opisane małżeństwo w pewnym momencie poczuło, że coś się między nimi skończyło. Pierwszy etap miłości wygasł, zaczęła się nuda. A oni, próbując ratować małżeństwo, decydują się na związek otwarty, oparty na przyjaźni, gdzie każda ze stron pozwala drugiej na wolność, na miłosne eksperymenty. Wtedy rodzi się pytanie, czy to jest możliwe? Jak daleko z miłości można posunąć się w absurdzie? Ale z drugiej strony, autorzy trochę żartują z instytucji małżeństwa, schematów, w które wpadamy. Mnie bardzo śmieszy sportretowany wizerunek mężczyzny jako wiecznego chłopca bezradnego wobec samego siebie.

Graliście bolesny "Lament", wzruszającą "Starość jest piękna", gorzki "Hej Joe". I po raz kolejny proponujecie widzom coś poważnego. Jak widz - często przypadkowy - reaguje na trudne tematy?


- "Związek otwarty" jest komedią. Staramy się utrzymać go w stylu komedii dell\'arte, szukamy takiej formy, gestu, rytmu. Chcemy widzom proponować różne tematy, co roku inne, bo publiczność sceny na placu Konstytucji czeka na to. Niektórzy wracają co roku po kilkanaście razy. To niezwykłe chwile, kiedy można po spektaklu z nimi porozmawiać, a oni chętnie dzielą się wrażeniami. Na "Starości..." lub "Lamencie" widzowie płaczą, bardzo żywo reagują. A często też są to ludzie, którzy na co dzień nie chodzą do teatru ze względów finansowych lub braku czasu. A spektakle na placu są za darmo i teatr wychodzi do nich, a nie odwrotnie.

Pamiętam, że kiedy sześć lat temu startowaliście z przedstawieniami na placu Konstytucji, Krystyna Janda mówiła, że pomysł wyjścia na ulicę przywiozła z Włoch, bo w Warszawie w wakacje niewiele się dzieje. Ale przecież z roku na rok coraz więcej się dzieje, a wy wytrwale na placu...

- Mało tego, okazuje się, że nasze spektakle są umieszczane w przewodnikach, są jednym ze stałych punktów letnich wycieczek po stolicy. Te przedstawienia stały się tradycją. Oczywiście co roku mamy ten sam problem - pieniądze. Jesteśmy teatrem, który nie dostaje dotacji na eksploatację spektakli i musimy własnymi drogami znajdować środki, żeby móc zagrać spektakle za darmo, non profit. W tym roku uratował nas minister kultury, który stwierdził, że przedstawienia na stałe wpisały się w krajobraz Warszawy i szkoda byłoby z nich rezygnować.

Agnieszka Michalak
Dziennik Gazeta Prawna
14 lipca 2012
Portrety
Maria Seweryn

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia

Maskarada – Międzynaro...