Umarł król, niech żyje Pipo!

"Bajka o księciu Pipo i jego czerwonym koniku" - reż. Ewa Ignaczak - Teatr Gdynia Główna

Koniec spektaklu. Światła. Oklaski. Na scenę wchodzą aktorzy. Jak to? Tylko trzech? Na pewno nie było ich więcej? Najnowszy spektakl dla dzieci w Teatrze Gdynia Główna jest niezwykle wciągający. Aktorzy grają na tylu planach, tak ekspresywnie, wcielają się w tyle postaci, że zdaje się, jakby w spektaklu grała co najmniej 10-osobowa obsada.

„Bajka o księciu Pipo i jego czerwonym koniku" wg Pierre'a Gripariego to najnowsza propozycja Teatru Gdynia Główna i Teatru Stajnia Pegaza dla dzieci. I nie tylko dla dzieci. O wielu bajkach mówi się, że i dorosły znajdzie w nich coś dla siebie. Ten spektakl nie jest wyjątkiem. Bo dlaczego miałby być? Bajki to opowieści z morałem, opierające się na znanych nam, wdrukowanych niemal w nasze DNA, tropach i toposach, przedstawiające postaci-wzory: złe czarownice i szlachetnych rycerzy, dobre królowe i podstępnych karłów. Świat bajki jest światem bezpiecznym, czystym i prostym. Jeśli dorośli mają problem, aby odnaleźć się w tej narracji, aby nie odczuwać przyjemności z oglądania prostej historii - to znaczy, że coś jest nie tak z naszym światem.

Oczywiście „Pipo..." to przede wszystkim opowieść dla dzieci. Momentami dość wymagająca. Pojawia się w niej motyw śmierci, aktorzy w finale informują Pipo, że nie zobaczy już więcej swoich rodziców. Moje obawy były większe niż te zgromadzonych na widowni dzieci. Kiedy Pipo zdziwiony pyta, dlaczego nie zobaczy rodziców, dzieci nie tylko doskonale rozumieją, a nawet starają się wyjaśnić księciu powody tej sytuacji. Nikt się nie dziwi, nikt nie płacze. Bajka opowiada o życiu, a częścią życia jest przecież smierć. Spektakl może być dla rodziców pretekstem do rozmowy z dzieckiem o tych trudnych tematach. Na pewno jednak ten temat nie może być pretekstem, by spektaklu unikać. Jest to pozycja obowiązkowa dla wszystkich dorosłych poszukiwaczy dobrego teatru - niezależnie od tego, czy mają dzieci, czy po prostu chcieliby dziećmi jeszcze raz się poczuć.

Wracając jednak do spektaklu - jest to niezwykle udany „debiut" Ewy Ignaczak, która pierwszy raz reżyseruje sztukę dla dzieci. I jak to w przypadku wielu jej przedstawień - jest dynamicznie, kolorowo i często absurdalnie. Trójka aktorów - Ida Bocian, Bartłomiej Sudak i Łukasz Dobrowolski grają na bardzo wysokim, równym poziomie, swobodnie wchodzą w interakcje z dziećmi, które chwilami wyprzedzają fabułę i wtrącają się w przebieg spektaklu. Bocian i Sudak wcielają się w różne postaci, i robią to tak sprawnie, że z czasem nawet dzieci nabierają się, że gra je ktoś inny. Inscenizacja oparta jest na symbolu: smutek to wylewana woda, a stół staje się koniem. Wszystko ożywa dzięki i dla dziecięcej wyobraźni.

Spektakl odbywa się w dwu przestrzeniach teatru, trzy razy widownia przenosi się z jednej - tej bardziej realistycznej - do drugiej, bardziej baśniowej i wymyślonej. Ciekawe są kostiumy oraz rekwizyty. Jak na spektakl dla dzieci scenografia jest dość skromna, pozostawiając wiele domysłowi i wyobraźni. Pomaga oczywiście Marzena Chojnowska, mistrzowsko operując światłem. Nie mamy tutaj wymalowanych kwiatków czy pejzaży, nie ma udawania. Świat przedstawiony spektaklu nie jest wybudowany za pomocą sztucznej ale jednak fizycznie obecnej scenografii, ale opiera się przede wszystkim na doskonałej grze aktorów, którzy nie tylko wcielają się w bohaterów, ale stają się także narratorami, co pomaga wejść w historię młodszym dzieciom. Co więcej, takie „opowiadanie" nie wypada sztucznie i nie przeszkadza starszym widzom. Należy także wspomnieć piękną muzykę (wyboru dokonała również Marzena Chojnowska), która wprowadza nastrój powagi i melancholii, kontrastujący z wygłupami księcia Pipo i jego nieszablonowych rodziców. Wszystko to składa się na spektakl, który mija w okamgnieniu, trzymając w napięciu aż do końca.

Bajka o księciu Pipo ma dwa morały. Pierwszy mówi, że najcenniejsze jest to, co niematerialne. W końcu Pipo wybiera króla na swojego tatę nie dlatego, że ten jest bogaty, ma zamek i nosi koronę, ale dlatego, że obiecał mu czerwonego konika na urodziny. Myślę, że to także ważna lekcja dla dorosłych, którzy zasypują swoje pociechy coraz droższymi i zaawansowanymi technologicznie prezentami. Drugi morał natomiast dotyczy spełniania marzeń. Wszystko jest możliwe, jeśli tego bardzo chcemy. A raczej niemal wszystko. Są bowiem rzeczy ostateczne, na które wpływu nie mamy, tak jak na przykład przemijanie. Pipo w finale dorasta i sam staje się królem. Nagroda spotyka go właśnie za to, że potrafił pogodzić się z rzeczywistością, zamiast kapryśnie tupać nogą, starając się postawić na swoim.

Katarzyna Gajewska
Dziennik Teatralny Trójmiasto
13 kwietnia 2016
Portrety
Ewa Ignaczak

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia