Umieranie z pogodą ducha

"Mały książę. Końcówka" - reż. Adam Nalepa - Teatr Muzyczny w Gdyni

Pomysł, by wydobyć z "Małego Księcia" wątek umierania i uczynić z książki Antoine'a de Saint-Exupéry'ego formę rozliczenia z przeszłością, pełną wspomnień, dawnych pasji czy namiętności, jest trafiony w dziesiątkę. Jednak wymowę "Małego Księcia. Końcówki" Teatru Muzycznego w Gdyni osłabia zarówno reżyseria, jak i liczne ingerencje w tekst "Małego Księcia".

Nareszcie ktoś zabrał się za jedną z najpiękniejszych lektur wieku szkolnego na poważnie. Bo przecież "Mały Książę" to nie tylko ckliwa, ubrana we wspaniały język, opowieść dla dzieci o małym chłopcu, który poznaje świat. To również, a może przede wszystkim (bo tak właśnie postrzegał ją autor), zmetaforyzowana uniwersalna opowieść dla dorosłych o ciekawości świata, jego dobrych i złych stronach - planetach, na które każdy z nas wcześniej czy później trafi. Od nas samych zależy w jakiej roli - mieszkańca lub przybysza, który obejrzy ją i zdecyduje, że chce na niej zostać lub wyruszy w dalszą podróż. To przecież opowieść o poszukiwania swojego miejsca na świecie, sensu życia, o miłości, nawiązywaniu przyjaźni, przemijaniu, a także o śmierci - która nie została zamknięta w banał, tylko potraktowana jako kolejny etap podróży. Ten ostatni motyw zainspirował reżysera Adama Nalepę i dramaturga Jakuba Roszkowskiego do stworzenia spektaklu w Teatrze Muzycznym w Gdyni.

Na Scenie Kameralnej Teatru Muzycznego widzimy łóżko szpitalne, na którym leży stary człowiek. W drzemce przeszkadza mu mały chłopiec, który kręci się wokół niego, nie daje zbyć byle czym i nalega, by narysował mu baranka. Dwóch pozostałych aktorów - jeden w średnim wieku, drugi młody - obserwuje tę scenę, czasem dodając krótki komentarz. Minie długa chwila nim pojawi się kobieta, obiekt westchnień, fascynacji, namiętności, wspomnienie ciepła, miłości oraz cierni, o które można się skaleczyć. Salonowe meble - sofa, szafa - wraz z fortepianem, łóżkiem czy wózkiem inwalidzkim znajdują się na piasku, którym wyłożona jest podłoga sceny. W ten sposób w prosty, niezwykle sugestywny sposób scenograf Maciej Chojnacki nawiązuje zarówno do pustyni, na której rozgrywa się ziemski etap "Małego Księcia", jak i do samotności oraz opuszczenia głównego bohatera spektaklu w obliczu śmierci. Nie ma wątpliwości, że to nie Mały Książę, a schorowany, opuszczony człowiek u kresu życia, spędzający ostatnie swoje chwile w szpitalnym lub hospicyjnym odosobnieniu, jest głównym bohaterem spektaklu.

Dlatego przejmująca w swojej prostocie jest scena, gdy Dziecko (Artur Blanik) zaczepia Starego (Aleksander Skowroński) i pyta go ("co to jest?") o różne elementy jego codziennej pielęgnacji - pieluchomajtki, materac przeciwodleżynowy, szpitalną kaczkę. Stary odgania go od siebie jak natrętną muchę. Często zamiast niego odpowiadają chłopcu pozostali, przyglądający się tej scenie aktorzy. Szybko okazuje się, że czwórka męskich bohaterów: Dziecko, Młody (Wojciech Daniel), Dojrzały (Marek Richter) oraz Stary, to uchwycony w czterech stadiach obraz życia mężczyzny - od wieku dziecięcego, po wiek starczy. Żaden z nich nie ma na stałe przypisanej roli - każdy mówi słowami pilota, Małego Księcia, mieszkańców kolejnych planet. Najwięcej kwestii Małego Księcia i Lisa ma do wypowiedzenia Artur Blanik, kilkuletni syn Leszka Blanika, najbardziej zapracowany i zdecydowanie najlepszy aktor przedstawienia.

Pomysł, by zuniwersalizować opowieść o Małym Księciu przez rozpisanie tekstu na czwórkę aktorów (i aktorkę wypowiadającą kwestie Róży), bez żadnych wyraźnych rozgraniczeń, niesie za sobą spore trudności dla widzów, którzy nie znają biegle tekstu "Małego Księcia". Twórcy najwidoczniej założyli, że wszyscy "Małego Księcia" doskonale znają (albo że ta znajomość nie jest do niczego potrzebna, co redukuje sensy "Małego Księcia" tylko do zuniwersalizowanego przekazu i stanowi pretekst, by opowiedzieć o ostatnich chwilach przed śmiercią i chaotycznie przywoływanych wspomnieniach).

Niefortunnym i z góry przegranym rozwiązaniem było dopisywanie do tekstu Exupéry'ego niektórych kwestii (adaptacja Jakuba Roszkowskiego i Adama Nalepy), co pozwoliło w dość dowolny sposób traktować fabułę książki, powracać do niektórych fragmentów, powtarzać je niczym refren lub wydobywać dodatkowe a niekiedy zupełnie niepotrzebne znaczenia (np. odrzucenie dziecka przez ojca i matkę) i ułożyć scenariusz spektaklu wedle koncepcji twórców. Jednak fragmenty te boleśnie odstają poziomem od tekstu oryginalnego. Szwankuje też dramaturgia spektaklu, momentami zawieszonego w Beckettowskim bezczasie, momentami (zupełnie niepotrzebnie) prowadzonego w kierunku grubymi nićmi szytej groteski.

Największym zaskoczeniem jest jednak wyjątkowo przeciętna, jak na możliwości tego reżysera, praca Adama Nalepy z aktorami, który długimi momentami nie mają pomysłu na siebie, zwłaszcza, gdy nie uczestniczą bezpośrednio w akcji spektaklu a pozostają na scenie. Dotyczy to bezbarwnych Marka Richtera i Wojciecha Daniela oraz Reni Gosławskiej, sprawiającej wrażenie pozostawionej przez reżysera samej sobie, bazującej na warsztacie, bezradnej szczególnie w momencie odrzucenia syna. Gosławska jest taka sama jak w kilku wcześniejszych spektaklach, gra w tym stuprocentowo dramatycznym spektaklu z musicalową manierą, ciekawi tylko wtedy, gdy mówi lub śpiewa. Zdaje się, że cała uwaga Nalepy skierowana została na dwójkę szczególnych aktorów - kilkuletniego Blanika i 80-letniego Skowrońskiego. Obaj są w tym przedstawieniu mocno skontrastowani - jeden najczęściej mówi głosem Małego Księcia (a potem Lisa), drugi pilota. Obaj budzą uwagę, ciekawią i nawet jeśli Skowroński ma nieco płaczliwy, przesadnie dramatyczny głos, w naturalny sposób wpisuje się to w rolę człowieka żegnającego się ze światem.

Wszyscy pozostają jednak w cieniu Artura Blanika, który nieoczekiwanie jest zdecydowanie najlepszym aktorem spektaklu. Do ciekawości Małego Księcia i szczerości Lisa, dokłada swobodę, przebojowość i lekkość, jakich brakuje pozostałym aktorom. Obok Aleksandra Skowrońskiego to na niego patrzy się z przyjemnością, także wtedy, gdy nie uczestniczy bezpośrednio w akcji. Imponuje też opanowany bezbłędnie bardzo długi tekst i gra aktorska kilkulatka. Szkoda, że czasem Blanik współuczestniczy też w chybionych pomysłach reżysera. Na szczęście w przypadku najbardziej żenującej sceny spektaklu - pocierania przez Wojciecha Daniela stopą o krocze Reni Gosławskiej podczas zapalania i gaszenia latarni na planecie Latarnika - Nalepa chowa go za sofą, karząc jednak krzyknąć dziecku "dziwka" pod adresem Kobiety-Róży.

Spektakl ocala wytłumione, taktowne, wzruszające zakończenie oraz zgrabny pomysł, by każdy z aktorów zaśpiewał Staremu w prezencie piosenkę. Każda z nich, m.in. "Satisfaction" z repertuaru Rolling Stones w bardzo dobrym wykonaniu Reni Gosławskiej, "It's a Man's World" Jamesa Browna śpiewana przez Marka Richtera czy ujmujące "Dream a Little Dream of Me", zaśpiewane przez Artura Blanika, są znaczącym komentarzem do wydarzeń scenicznych i postaci, które je wykonują.

"Mały Książę. Końcówka" to wartościowy spektakl, bardzo mądrze wymyślony (w jego strukturze można odnaleźć przywołaną w tytule "Końcówkę" Samuela Becketta), niestety gorzej zrealizowany. Jednak nie umniejsza to jego zalet, które - tak jak brawurową grę Artura Blanika - warto poznać i zobaczyć na Scenie Kameralnej Muzycznego.

Łukasz Rudziński
www.trojmiasto.pl
12 maja 2015

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia