Upiór to część mnie samego

rozmowa z Damianem Aleksandrem

Kiedy słyszy o "Upiorze w Operze" od razu się uśmiecha. Nic dziwnego, w końcu Damian Aleksander postać tytułową w tym musicalu grał przez ponad 2 lata. Teraz wraca do niej w Operze i Filharmonii Podlaskiej. W wywiadzie opowiada o swej roli.

Urszula Krutul: Kim jest dla Ciebie Upiór?

Damian Aleksander: - To jest na pewno część mnie samego. Przy każdej pracy nad rolą aktor daje postaci część z siebie, ale też czerpie z niej. Także zarówno ja buduję swoją osobowość na rolach, które gram, jak i daję rolom część siebie - emocjonalnie, jak i też fizycznie. Przy "Upiorze w Operze" to było szczególnie widoczne i namacalne, że zagrałem 70 procent spektakli z ponad 500. Czyli prawie 2,5 roku życia, codziennie spędzałem z Upiorem. Był prawie jak moje alter ego (śmiech). Ale zawsze robię tak, że po zagraniu spektaklu wchodzę pod prysznic, zmywam wszystko i wychodzę do domu będąc sobą. To jest najbardziej bezpieczne psychicznie.

A jaki jest ten Twój Upiór? Jakie cechy chcesz mu nadać?

- Takie jakie nadawałem (śmiech). A teraz? Na pewno będzie inaczej. Jednak czas leci. Postać jest ta sama, ale... To na pewno facet, który jest pasjonata, jest bardzo inteligentny i oczytany, ale też pogubiony. Cały czas żyje na granicy między obsesyjną miłością, pragnieniem piękna, które realizuje poprzez muzykę, komponowanie i sztukę, a chęcią zaspokojenia typowych potrzeb, jakie ma każdy mężczyzna. Jego miłość do Christine, to nie jest tylko miłość stricte artystyczna. Nie kocha tylko jej głosu. To też miłość mężczyzny, który zakochuje się normalnie, jak facet w kobiecie. I borykanie się z tymi emocjami i przede wszystkim brak akceptacji, które mu towarzyszyły przez całe młode życie, powoduje, że robi rzeczy, których normalny człowiek by nie zrobił, czyli zabija dla osiągnięcia swojego celu.

A Czy to według Ciebie postać negatywna?

- Tak by się mogło wydawać, bo przecież morduje. Ale okazuje się, że często kobiety po obejrzeniu "Upiora w Operze" wolały pójść z Upiorem niż z Raulem (śmiech). I tak powinno być! Dlatego też może powstała druga część, "Love Never Dies", czyli "Miłość nigdy nie umiera". Kontynuacja powstała dlatego, że sam koniec jest trochę niezrozumiały, chociaż bardzo romantyczny. Christine odchodzi z Raulem. Natomiast to nadaje na pewno bardzo dużego dramatyzmu. Jego patrzenie na ludzi, że oni go postrzegają i nienawidzą za to jaki jest. I ta cała konstrukcja psychologiczna, która się buduje poprzez walkę wewnętrzną i dochodzenie do tego, że zabija dla osiągnięcia celu, tworzy z niego bardzo ciekawą postać dramaturgiczną.

Musiałeś bardzo mocno grać na emocjach...?

- Tak. Szczególnie w tej ostatniej scenie. Kiedy następuje konfrontacja Raula, Christine i Upiora jest to na takim diapazonie emocjonalnym, że każde z nas wychodziło spompowane ze sceny psychicznie i spocone. Jest to piękna scena, pełna miłości. Upiór to postać, która jest chyba bliska każdemu kto czuje, każdemu kto przeżył zawód miłosny, każdemu kto chce czuć, żyć pełnią życia. Myślę, że jest to też przede wszystkim spektakl o akceptacji. Christine akceptuje Upiora, podejrzewam też, że w jakiś sposób się w nim zakochuje. Natomiast zdaje sobie sprawę z realiów i odchodzi z Raulem. Może gdzieś tam sami odczytujemy, czy chcielibyśmy odczytać, że "wolałabym z nim zostać, ale sytuacja jaka jest nie pozwala na to, ponieważ nie moglibyśmy być nigdy razem". I tam jest bardzo wiele wątków, bardzo dramaturgicznych i bardzo przepięknych. I jest dużo śmiesznych sytuacji.

Czyli sam "Upiór w Operze" jako spektakl jest mega ciekawy i dlatego też zdobył tak dużą publiczność ponad pół miliona widzów i to w wieku różnym -od lat 5 do 105. Dosłownie, jak familijny spektakl, a nim nie jest z założenia. Paleta postaci, które funkcjonują w tym spektaklu jest kolorowa, ciekawa i przez to też spektakl jest ciekawy.

Czy to Twoja najważniejsza rola?

- Kiedy pracuję nad jakąś postacią, to jest ona dla mnie najważniejsza. Natomiast jeśli chodzi o dorobek, to myślę, że tak. Jest jedną z najważniejszych. Upiór łączy w sobie to co dla mnie najważniejsze w musicalu. Upiór tańczy, walczy, śpiewa i gra. Te elementy są najwspanialsze i powinny pojawić się w musicalu. A przede wszystkim jest jedną z ważniejszych dlatego, że pozwala grać na tak mocnych i skrajnych emocjach. Gdzie to katharsis, chęć wyżycia się, "wyrzygania" na scenie emocjonalnego daje. Aczkolwiek wiadomo, że to pewne niebezpieczeństwo, które może ciągnąć do przerysowania. Natomiast jest to taka forma, możliwość wyżycia się emocjonalnego aktora na scenie, jakiej każdy pragnie. Każdy aktor chciałby choć raz zagrać taką postać, przeżyć katharsis sceniczne.

Kiedy przygotowywałeś się do roli w Romie, to długo musiałeś się borykać z tą postacią?

- Odszukałem w sobie i w tej postaci wiele elementów poprzez tworzenie, czy borykanie się z nią. Za każdym razem, nie ważne jak długo gram daną postać, ona i tak nie jest zakończona. Jest otwarta na to, żeby ją zmieniać. Człowiek nie jest jednoznaczny, podobnie postacie które gramy. Jest jakiś rys, ale ma on wiele barw, odcieni, tego co można zrobić na scenie, jak zagrać daną sytuację.

A czy z tym "upiornym" bagażem łatwiej się przychodzi na casting?

- Broń Boże nie! (śmiech) Natomiast jest to zrozumiałe w świecie musicalowym, że za każdym razem jest casting. Przyjąłem normalnie prośbę o przybycie na casting i zaprezentowanie się. Może się zdewa-luowałem jako Upiór (śmiech), nie wiem. Natomiast podjąłem rękawicę. Na pewno jest trudniej. Ja też czuję stres za każdym razem. Dobrze, jeśli on jest mobilizujący. A jeśli go nie ma to źle, to oznacza wypalenie zawodowe. Musi pojawić się element lekkiego stresu, zaangażowania. Na pewno na castingu jest mi trudniej, bo znam ten materiał. Wiem co to za postać. Zdążyłem się już przyzwyczaić do tego, że co jakiś czas jestem sprawdzany. Czy jestem w stanie coś zrobić, czy nie. Pomimo tego, że reżyser wie co potrafię zrobić, bo widział mnie i współpracował ze mną.

A nie kusiło Cię, żeby zamiast na Upiora, startować na przykład na rolę Raula?

- Musiałbym chyba jeszcze troszkę popracować nad swoją aparycją, jeszcze schudnąć, zrobić się mniej postawnym. Kiedyś marzyłem o postaci Raula. Jak byłem młodszy. To postać typowego amanta. A amanta trudno jest zagrać. Bo jak amant jest bez prawdy, to się robi z niego fircyk i jest śmieszny, a nie jest ujmujący, nie widać w nim miłości. Jest też postać jednego z dyrektorów, którą mógłbym zagrać. Dla mnie to jest za każdym razem przygoda. Niezależnie czy już robiłem to, czy nie. Odkrywam to na nowo. Każdy spektakl to jest żywy twór. Nie da się tego powtórzyć identycznie. Trzeba zrobić to na nowo. A pamiętajmy, że żyjemy i zmienia się nasza emocjonalność, zmieniają się nasze doświadczenia i one powodują też, że ta postać żyje. I tak jest też dla mnie jako dla aktora, że jestem pełen emocji, bo nie wiem w jakim stanie akurat będę kiedy przyjdzie mi grać.
Bo może ktoś z bliskich - odpukać - odejdzie, bo może dostałem mandat. I za każdym razem, te wszystkie rzeczy, które pojawiają się w naszym życiu codziennym, chcąc nie chcąc, pojawiają się też na scenie. Za każdym razem ten spektakl wygląda troszeczkę inaczej i czuje się inną energię, ponieważ widz też się zmienia. To chyba jest najwspanialsze w sztuce żywej, że odtwarzamy coś, co za każdym razem jest inne, pojawia się coś nowego emocjonalnie.

Urszula Krutul
Gazeta Olsztyńska
11 marca 2013

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia