Uszyłem 5940 kostiumów teatralnych

Romowa z Leszkiem Wyżgą

Potrafiłem uszyć wszystko, ale było jedno przedstawienie, od którego zacząłem siwieć. Chodziło o „Hamleta" i kostiumy zaprojektowane przez Zosię de Ines-Lewczuk w 1978 r. Zosia przepięknie rysowała. Jej projekty były bardzo szczegółowe. Wyglądały jak zdjęcia, ale były trudne do zrobienia. Do „Hamleta" zaprojektowała kostiumy z mnóstwa, małych kawałków skóry. Zależało jej nie tylko na tym, żeby je zszyć, ale sprawić, żeby były wypukłe. Ile ja nocy przez te kostiumy nie przespałem... Zrobiłem chyba z dziesięć projektów. W końcu, którejś nocy wymyśliłem, jak to zrobić. Zszywałem każdy kawałek z osobna i wypychałem watoliną. Kiedy Zosia zobaczyła gotowy strój, rzuciła mi się na szyję i powiedziała „To jest to, o co mi chodziło!".

Leszek Wyżga - "wspaniały artysta" i "wielki mistrz" teatralnego krawiectwa. 

- Przez 50 lat pracował Pan jako krawiec, z czego blisko 40 w teatrach. Obecne krawcowe i garderobiane z Teatru Słowackiego mówią o Panu „legenda", „wielki mistrz", „wspaniały artysta".

Leszek Wyżga: Miło mi to słyszeć, ale prawda jest taka, że ja po prostu kochałem swoją pracę i tą miłość było widać w kostiumach.

Jak wyglądała Pana droga do tego zawodu.

O tym, że chcę zostać krawcem wiedziałem już jako kilkuletni chłopiec. A było tak, mieszkałem na wsi niedaleko Liszek. Jako dziecko lubiłem chodzić po drzewach. Przy okazji jednej z takich wspinaczek, podarłem spodnie, w których miałem iść do komunii. Wiedziałem, że jak to się wyda, to dostanę od rodziców lanie, więc wziąłem potajemnie igłę i nitkę, zamknąłem się w ubikacji i szyłem dotąd, aż wszystko zaszyłem. Zrobiłem to tak dokładnie, że mama nic nie zauważyła. Poszedłem w tych spodniach do komunii. Dopiero rok później, kiedy już z nich wyrosłem, mama zaproponowała, żebyśmy je oddali mojemu kuzynowi. Wtedy się przyznałem, że je wcześniej podarłem i zaszyłem. Mama popatrzyła na to moje szycie i powiedziała „Lesiu, ty masz talent do krawiectwa". A jak człowiek ma do czegoś talent, to powinien za tym iść. No i poszedłem. Nie miałem pojęcia jaka długa i trudna droga jest przede mną.

Proszę o niej opowiedzieć.

Tak jak już wspomniałem, mieszkałem na wsi i musiałem dojeżdżać do Krakowa, żeby się uczyć. Jako 15-latek zacząłem praktyki w pracowni krawieckiej mojego wuja Jana Wyżgi na ul. Stradom 7. To był przedziwny człowiek. Nie pozwolił mi mówić do siebie wujku. Chciał, żebym mówił do niego „szefie", zarówno w pracowni, jak i poza nią. Traktował mnie bardzo surowo. Sam nie miał dzieci. Siedziałem w pracowni od rana do nocy. Któregoś dnia położył przede mną marynarkę i kazał mi podciąć i przyszyć rękawy. Przestraszyłem się, bo nigdy wcześniej tego nie robiłem. Byłem dopiero 9 miesięcy na praktyce i niewiele jeszcze umiałem. Poprosiłem, żeby mi pokazał jak to się robi, ale odpowiedział, że albo to robię albo mogę sobie pójść. Pomyślałem, że jak źle ten rękaw przyszyje to będę musiał odkupić materiał, a nie miałem wtedy pieniędzy, więc odszedłem.

Potem trafiłem do Skawiny, do krawca, który był świetnym fachowcem, ale lubił alkohol. Akurat zbliżał się czas komunii. Ludzie składali zamówienia na ubranka, a szef się upił i zostawił mnie samego z trzema ubrankami. Jak w czwartek przyszedłem do pracowni, to dopiero w niedzielę rano z niej wyszedłem. Jego żona donosiła mi tylko jeść. Kiedy ten człowiek wytrzeźwiał, podziękowałem mu i odszedłem.

I wrócił Pan do Krakowa...

Pojechałem do Izby Rzemieślniczej i opowiedziałem swoją historię. Prosiłem, żeby mnie dali do takiego miejsca, w którym się będę mógł uczyć zawodu. Pani, która mnie wtedy przyjęła, powiedziała, że najlepszym adresem w Krakowie jest ul. Grodzka 51. Mieściła się tam pracownia Pana Szymona Wnęka. Mistrza nad mistrzami, jeśli chodzi o krawiectwo. Zapytał co umiem samodzielnie zrobić. Odpowiedziałem, że bardzo dużo. Zaśmiał się, bo byłem jeszcze bardzo młody i powiedział, że ma już ośmiu uczniów, jak chcę u niego zostać, to muszę udowodnić, że na to zasługuję.

Dał mi spodnie do szycia. Siedział i patrzył, jak pracuję. Kiedy skończyłem, usłyszałem słowa, które już kiedyś powiedział mama „Lesiu, masz talent do krawiectwa. Możesz zostać". No i zostałem. To był wspaniały człowiek. Dał mi dach nad głową i zapewnił wyżywienie. Nie musiałem dojeżdżać do domu. Mogłem poświęcić ten czas na naukę i pracę. Nauczył mnie wszystkiego co umiał.

W tamtym czasie, to był jeden z największych mistrzów krawiectwa w Krakowie.

To prawda. Przed wojną na Małym Rynku była firma Axman – Lippner w której pracowali sami wyśmienici fachowcy. Właśnie od nich Pan Wnęk uczył się zawodu. Później otworzył własną pracownię. Najpierw na ul. św. Jana, a potem na Grodzkiej. Ubierała się u niego cała krakowska śmietanka: sędziowie, prokuratorzy, profesorowie, finansiści. Mieć frak albo garnitur od Wnęka, to było coś.

Dla mnie był jak ojciec. „Lesiu, twoje oko jest dobre" powtarzał. Był nie tylko dobrym krawcem, ale też dobrym człowiekiem. Jak przyjmował do siebie uczniów, to naprawdę ich uczył wszystkiego co sam umiał, a to nie jest taka oczywista sprawa. Wielu mistrzów nie zdradza do końca swojego rzemiosła, bo boją się, że uczniowie ich prześcignął. Z nim było inaczej, uczył nas wszystkiego. Żaden z jego uczniów nie miał później problemu ze znalezieniem pracy. Ze mną było tak samo.

W jaki sposób Pan trafił do teatru?

Po skończeniu praktyk u Pana Wnęka poszedłem szyć prywatnie do zakładu krawieckiego, ale po pięciu latach, znudziło mi się ciągłe szycie spodni, marynarek, fraków i surdutów. Chciałem się nauczyć czegoś nowego. I tak, któregoś dnia poszedłem zapytać o pracę w Teatrze Muzycznym. Kierownik pracowni na mnie popatrzył i powiedział, że da mi zadanie, jak sobie z nim poradzę to mnie przyjmie. Miałem uszyć marynarkę z jedwabnych kopert w różnych kolorach. Ale musiałem je tak podobierać, żeby nie połączyć ze sobą dwóch kopert w tym samym kolorze. Powiedział, że jak mi się to uda, to zostanę przyjęty do pracy. Szyłem tą marynarkę przez miesiąc i w końcu uszyłem. Miałem wtedy 27 lat.

Pięć lat później Pan z tego teatru odszedł i zaczął pracę w Teatrze Słowackiego.

Tak i to była wspaniała decyzja. Przepracowałem w tym teatrze ponad 30 lat. Poznałem wielu dyrektorów, scenografów i aktorów. W 2005 r. odszedłem na zasłużoną emeryturę. Dostałem propozycję, żeby zostać dłużej, ale miałem swoje powody, żeby tego nie robić.

Proszę opowiedzieć, jak wyglądała Pana praca w tym teatrze.

Mieliśmy piękną pracownię na u. Krzyża. Jak w planach teatru się pojawiała nowa sztuka, to przychodził scenograf i przedstawiał nam swoje projekty. Później było myślenie, mierzenie, krojenie i szycie. Bywało, że po dziesięć godzin dziennie. Zwłaszcza przed premierą. Człowiek nie patrzył wtedy na zegarek.

Naliczyłem, że przez moje ręce przeszło w sumie 5940 kostiumów. I to dosłownie, bo większość z nich uszyłem ręcznie.

Skąd Pan wie, że tych kostiumów było właśnie tyle?

Bo każdy kostium dokładnie opisywałem. Spektakl, nazwisko aktora, rola i wymiary. Miałem górę zapisanych zeszytów.

A szyło się wszystko, od klasycznych strojów z epoki, po przedziwne kostiumy jakie tylko mógł wymyślić scenograf. Im bardziej kostium był skomplikowany, tym bardziej mnie to cieszyło.

Dlaczego?

Bo człowiek się uczy tylko wtedy, kiedy robi coś nowego. Co to za przyjemność robić tylko to, co już się umie? Dla mnie żadna! Dlatego teatr był dla mnie wymarzonym miejscem. Tutaj nie ma dwóch takich samych strojów. Każda nowa sztuka, to nowe wyzwanie.

Jaki kostium był dla Pana największym wyzwaniem?

Potrafiłem uszyć wszystko, ale było jedno przedstawienie, od którego zacząłem siwieć. Chodziło o „Hamleta" i kostiumy zaprojektowane przez Zosię de Ines-Lewczuk w 1978 r. Zosia przepięknie rysowała. Jej projekty były bardzo szczegółowe. Wyglądały jak zdjęcia, ale były trudne do zrobienia. Do „Hamleta" zaprojektowała kostiumy z mnóstwa, małych kawałków skóry. Zależało jej nie tylko na tym, żeby je zszyć, ale sprawić, żeby były wypukłe. Ile ja nocy przez te kostiumy nie przespałem... Zrobiłem chyba z dziesięć projektów. W końcu, którejś nocy wymyśliłem, jak to zrobić. Zszywałem każdy kawałek z osobna i wypychałem watoliną. Kiedy Zosia zobaczyła gotowy strój, rzuciła mi się na szyję i powiedziała „To jest to, o co mi chodziło!".

Myślę, że dzisiaj krawcom jest o wiele trudniej współpracować ze scenografami.

Dlaczego?

Dawniej każdy scenograf musiał umieć rysować i znać się na materiałach. Dzisiaj jest z tym różnie, a to są – moim zdaniem – podstawowe umiejętności, które powinien mieć scenograf. Jak tego nie umie, to choćby nie wiem jak krawiec się starał, nie będzie w stanie zrobić kostiumu o jaki mu chodzi. Kolejną rzeczą, która ma ogromny wpływ na to jak się dzisiaj szyje, są niskiej jakości materiały. Dawniej jak się uszyło garnitur czy frak, to służył dziesiątki lat. Trzydzieści sześć lat temu, jedna z moich córek brała ślub. Uszyłem sobie z tej okazji szykowny garnitur, który mam do dzisiaj. Nikt by nie powiedział, że ma tyle lat, ale to jest prawdziwa wełna, a nie coś sztucznego.

Był kiedyś np. taki materiał, który się nazywał „ambasador". Szyło się z niego płaszcze. Kapitalna jakość! Produkowały go zakłady odzieżowe w Bielsku-Białej. Dzisiaj nie ma ani tych zakładów, ani takich materiałów. Garnitury, które można kupić w sklepach, żyją zwykle kilka sezonów i nadają się do wyrzucenia. Ale nie chcę już narzekać. To co było już nie wróci. Może lepiej powiem o kilku tajemnicach, które zdradził mi Pan Wnęk. Może się jakoś przydadzą adeptom krawiectwa.

Bardzo proszę.

W krawiectwie najważniejsze jest krojenie, miara i ofasonowanie. Pan Wnęk zawsze powtarzał „Pamiętaj Lesiu, że jak człowiek przyjdzie do miary, to nie chwytaj od razu za centymetr, tylko z nim usiądź i pogadaj. Jak zobaczysz, że się rozluźni to dopiero wtedy bierz miarę".

Dlaczego?

Mężczyźni, którzy przychodzą do miary, zwykle się prężą, żeby jak najlepiej wypaść. To nie dotyczy tylko aktorów. Większość z nich myśli, że są idealnie foremni, a prawda jest taka, że każdy z nas ma jakieś mankamenty figury. Krawiec od razu widzi, że jedna ręka jest dłuższa, a druga krótsza, jedno ramię jest wyżej, a drugie niżej itd. wtedy trzeba inaczej skroić materiał, żeby ubranie idealnie leżało.

Pamiętam zdziwienie aktorów, kiedy pytałem, po której stronie noszą przyrodzenie. Niektórzy się oburzali, że pytam o takie intymne rzeczy, a chodziło o to, że materiał się inaczej układa w zależności od tego, jak mężczyzna się nosi. Krawiec musi to wiedzieć, żeby dobrze skroić spodnie, inaczej jedna nogawka będzie krótsza, a druga dłuższa. Oczywiście na pierwszy rzut oka, ktoś może tego nie zauważyć, ale wytrawne oko krawca to wyłapie.

Jeszcze jakieś wskazówki?

Punktualność, sumienność i uczciwość. Przez 40 lat pracy w teatrze, nie miałem ani jednej poprawki do kostiumów, które uszyłem. Uwierzy Pani? Szyłem dotąd, aż widziałem, że kostium idealnie leży. Czasem wystarczyła jedna miara, ale jak kostium był bardzo skomplikowany, potrzebne były trzy.

Losy każdego kostiumu ważą się podczas krojenia. Nie można się wtedy pomylić, bo cała praca pójdzie na marne. Najważniejsze jest wykrojenie i zrobienie płótna, czyli tego, co się daje pod spód. Kiedyś to się robiło ręcznie i używało się specjalnego płótna, włosianki końskiej. W tej chwili wszystko jest na klejonkach, a kostiumy szyją maszyny.

Jaka przyszłość – Pana zdaniem – czeka rzemiosło teatralne?

Prawda jest taka, że rzemiosło, nie tylko teatralne odchodzi do lamusa. Niedługo ręczną pracę będziemy oglądać tylko w muzeach. Kiedy odchodziłem z teatru, powiedziałem dyrektorowi, żeby zachował kostiumy, które szyłem, bo już takich egzemplarzy może więcej nie być. Chodziło mi nie tylko o samo wykonanie, ale też o to, z czego były wykonane. Z materiałów o takiej jakości, już się w teatrach nie szyje, bo albo są bardzo drogie albo ich w ogóle nie ma na rynku.

Tym bardziej cieszę się z projektu „Myśląca ręka". Mam nadzieję, że przypomni o rzemiośle teatralnym i coś z tego rzemiosła ocali. Tego się już naprawdę nie da odbudować. Można to tylko próbować ocalić. Oby się jeszcze udało!

___

* Na zdjęciu Pan Leszek Wyżga, ogląda projekty kostiumów Małgorzaty Szydłowskiej, do spektaklu "Hamlet", który miał swoją premierę 9 listopada 2019 r. w Teatrze Słowackiego.

(-)
Materiał Teatru
30 grudnia 2019

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia