Verdi na Podlasiu

"Traviata" - reż. Roberto Skolmowski - Opera i Filharmonia Podlaska - Europejskie Centrum Sztuki w Białymstoku

Traviata to druga operowa pozycja Opery i Filharmonii Podlaskiej w Białymstoku (po otwierającym rok wcześniej ów imponujący gmach nazwany Europejskim Centrum Sztuki, Moniuszkowskim Strasznym dworze). I gdyby tylko reżyser - a zarazem naczelny dyrektor całej instytucji - Roberto Skolmowski, wespół ze scenografem Pawłem Dobrzyckim, zrealizowali ją zgodnie z autorskimi didaskaliami (o czym zresztą zapewniano w przedpremierowych wywiadach), sprawiliby z pewnością widzom wiele radości - jako że dla ogromnej większości białostockiego audytorium mogło to być pierwsze bezpośrednie zetknięcie z dziełem Verdiego.

Od razu w pierwszej odsłonie opery - zamiast wnętrza wspaniałego pałacu, w którym ulubienica paryskiej złotej młodzieży oraz podstarzałych arystokratów, piękna Violetta Valery podejmuje grono zaproszonych gości - ujrzeliśmy scenerię przywodzącą na myśl... karnawał w Rio, ale i ten wenecki, z charakterystycznymi maskami. Cóż - można i tak. Gorzej, że w podobnej konfiguracji śpiew poruszających się na wysokich podestach w głębi sceny śpiewaków, tudzież słynny toast Libiamo, libiamo, był ledwie słyszalny. W drugim akcie z kolei nie ma ustronnego wiejskiego domku nieopodal Paryża, kochankowie zaś znajdują azyl gdzieś na odludnej wyspie, na którą dotrzeć można jedynie łodzią. Rozwiązanie to wielce pomysłowe i na pewno oryginalne - tyle że pociągnęło za sobą niemałe trudności techniczne (m.in. konieczność skonstruowania basenu wypełnionego pono szesnastoma tysiącami litrów wody). Czy to potrzebne? Nic istotnego dla dalszych wydarzeń z tego nie wynika, koszty zaś na pewno były wysokie. (W trakcie owych dalszych wydarzeń zresztą pewne epizody - jak choćby strzelaninę podczas balu u Flory, zamiast późniejszego znacznie pojedynku - także trudno wytłumaczyć.)

Efektowny jest ten spektakl bez żadnej wątpliwości. Lecz opera to przede wszystkim śpiew i muzyka. I tutaj szczere

uznanie należy się orkiestrze pod batutą Grzegorza Berniaka, bardziej zaś jeszcze Chórowi Opery i Filharmonii Podlaskiej. Co się zaś tyczy protagonistów, to kreująca w oglądanym przeze mnie - nie premierowym - przedstawieniu tytułową rolę Agnieszka Dondajewska, śpiewała głosem dźwięcznym i nośnym zwłaszcza w wysokim rejestrze, chociaż zbyt lekkim jak na tę dramatyczną partię. Obdarzony wartościowym tenorem Tomasz Kuk jako romantyczny Alfred Germont zaprezentował się w dobrej formie, zaś Zenon Kowalski był należycie nobliwym Germontem-seniorem. Warto wspomnieć też odtwórców skromniejszych partii: Grzegorza Szostaka (doktor Grenvil), Joannę Motulewicz (Flora Bervoix) oraz Macieja Nerkowskiego (baron Douphol).

W Białymstoku nie istniał nigdy teatr operowy (nie licząc teatru dworskiego czynnego ongiś w monumentalnym Pałacu

Branickich, nazywanym przez niektórych Wersalem Północy). Nie było zatem warunków, aby w miejscowym społeczeństwie mógł wykształcić się szlachetny nawyk uczęszczania do opery. Grunt jednak po temu był widać podatny: Traviata, podobnie jak wcześniej Straszny dwór, ma pełną widownię, A dyrektor Skolmowski obiecuje do końca tego sezonu jeszcze dwie operowe premiery.

Józef Kański
Ruch Muzyczny
22 marca 2014

Książka tygodnia

Wybór poezji
Wydawnictwo Ossolineum
Zbigniew Herbert

Trailer tygodnia

5. Międzynarodowy Fest...
Adolf Weltschek
W tegorocznym programie znalazło się ...