Veto w sprawie diabłów

"Dziady" - reż. Janusz Wiśniewski - Teatr Polski w Warszawie

"Dziady" Adama Mickiewicza to niekwestionowane arcydzieło rodzimej dramaturgii, najpełniej oddające ducha narodu. Odgrywało znaczącą rolę w dziejach kraju, inicjując istotne wydarzenia. Toteż nad tym utworem nadal pochylają się tęgie głowy teoretyków, naukowców, badaczy, ale i praktyków, jak reżyser Janusz Wiśniewski.

Kontekst historyczny zawarty w "Dziadach" Adama Mickiewicza sprawiał, że – poza dwudziestoleciem międzywojennym i po przełomie 1989 roku – nie mogły ukazać się na scenie w pełnym blasku. Cenzorskie ingerencje nie przeszkodziły jednak, żeby słowa wieszcza przemówiły do widzów ze szczególną, wzmożoną siłą. Słynna inscenizacja Kazimierza Dejmka w Teatrze Narodowym w 1967 roku stała się nawet przyczyną brutalnie tłumionych wystąpień opozycyjnie nastawionej części inteligencji przeciw decyzjom ówczesnych władz, zdejmujących przedstawienie ze sceny, co zapoczątkowało tzw. wydarzenia marcowe 1968 roku.

Mniej spektakularny oddech wolności przywróciła w PRL genialna wersja "Dziadów" Konrada Swinarskiego w krakowskim Starym Teatrze z 1973 roku. Bunt Gustawa/Konrada w niepowtarzalnej interpretacji Jerzego Treli (cokolwiek ryzykownej, gdyż Swinarski uczynił go epileptykiem) znakomicie przemówił do wyobraźni widzów, utożsamiających się z głównym bohaterem. Było to widowisko ze wszech miar porywające, przemyślane, pulsujące emocjami.

Żadna z późniejszych prób odczytania romantycznego dzieła na polskich scenach nie dorównała tamtemu ze Starego Teatru w Krakowie. Żadna z nich nie zyskała podobnego zainteresowania widzów, nie zdobyła tak pochlebnych opinii krytyki, nie doczekała się równie gruntownych analiz. Upływ lat spowodował natomiast, że najnowsza historia naszej części Europy odarła dramat Mickiewicza ze spektakularnej do 1989 roku aluzyjności i tyleż patriotycznego, ile martyrologiczno-niepodległościowego rozdzierania ran, usprawiedliwianego ówczesną sytuacją geopolityczną.

Opresja czasów PRL, paradoksalnie, sprzyjała emocjonalnemu, bardziej zaangażowanemu odczytaniu "Dziadów". Po 1989 roku, w kraju odradzającym się z ruin "socjalistycznej gospodarki planowej", romantyczna wizja bohatera walczącego "za miliony", nabierała innych, niekiedy kabaretowo tanich odcieni interpretacyjnych. We współczesnej Polsce, która wybiła się na niepodległość, reżyser arcydzieł romantyzmu nie ma jednak, trzeba przyznać, łatwego zadania.

Janusz Wiśniewski jest artystą znanym z dążności do jaskrawych efektów umieszczanych w swoich przedstawieniach, co sprawiało, że obok zdecydowanych entuzjastów zyskiwały sobie również zdeklarowanych sceptyków. Ci ostatni zarzucali inscenizatorowi, że gra na emocjach odbiorcy, układając sekwencje obrazów z większą dbałością o ich wymowę plastyczną niż ideową. Tymczasem przedstawienie teatralne dopiero wówczas jest żywe, gdy współbrzmi z odczuciami widza.

W "Dziadach" w Teatrze Polskim w Warszawie inscenizator nie zrezygnował ze swoich przyzwyczajeń, co zapewne dobrze to świadczy o sile jego twórczych przekonań. Rzecz w tym jednak, że większa dbałość reżysera o efekt plastyczny, niż o motywacje postaci, budzi w widzu odruch estetycznego sprzeciwu. Przywiązanie twórcy do efektu wizualnego nie powinno bowiem zaciemniać autorskiego przesłania.

Inscenizacja "Dziadów" Adama Mickiewicza, 1919, karta pocztowa, fot. Józef Sebald/Biblioteka Narodowa Polona
Przedstawienie Janusza Wiśniewskiego otwiera ludowy, pół pogański, pół chrześcijański obrzęd zwany dziadami. Tajemna uczta z jadła i napoju przygotowanego dla wywoływanych ze świata zmarłych nierozgrzeszonych dusz w celu przyniesienia im ulgi. Tym razem zamiast grona zaufanych wieśniaków w ścianach opuszczonej kaplicy zjawia się na dziadach tzw. nowa elita – stali bywalcy senatorskiego salonu: Gubernatorostwo (Ewa Makomaska, Andrzej Glazer), Sowietnikowa (Marta Alaborska), Księżna (Anna Cieślak), Kolleski Regestrator (Dominik Łoś), Pułkownik (Adam Biedrzycki). Z ludu wywodzi się jedynie Guślarz (Jan Janga-Tomaszewski) i przyzywane dusze: Kruka (Piotr Sędkowski), Sowy (Zofia Domalik), Dziewczyny (Ewelina Szostkowa) czy dzieci: Rózi i Józia.

Gustaw/Konrad (Jakub Kordas) jest w przedstawieniu młodym myślącym człowiekiem, z natury rzeczy zbuntowanym, choć poniekąd zahartowanym niepowodzeniami. Jego wadzenie się z Bogiem i z samym sobą ma charakter filozoficznego dyskursu, co sprawia, że Wielką Improwizację wyrzuca z siebie bez rewolucyjnej zapiekłości, zwyczajnie, ze stopniową utratą złudzeń co do powodzenia swojej misji.

Niełatwo zawalczyć dziś o swoje, gdy nie tak znowu dawny czarno-biały podział świata zatracił kontury i rozmył się w różne odcienie szarości. Niewiele tu miejsca na romantyczny bunt czy na bardziej emocjonalne tony w głosie introwertyka Konrada. W dzisiejszym sytym i nieczułym, a zwłaszcza podzielonym świecie, jego obrazoburcze votum separatum na nikim poza Księdzem Piotrem (Wiesław Komasa) nie robi wrażenia.

Czarną stronę mocy reprezentuje tu Senator (Krzysztof Kwiatkowski), carski namiestnik uosabiający nie tyle polityczny urząd, ile wcielone zło. Jest cyniczny, przewrotny, uzbrojony w bezmiar władzy, jaka za nim stoi, a przy tym... zaskakująco młody. Otoczony zgrają chytrych lizusów i potakiewiczów.

Postać Senatora wzorowana jest na reprezentantach dobrze obecnej w życiu publicznym nowej szkoły układnych, acz wyszczekanych polityków. Schludnie odzianych tupeciarzy o gładkich obliczach i miedzianych czołach, butnych i niepomnych, że pycha zazwyczaj poprzedza upadek. Wyposażonych przez swojego pryncypała w zestaw układnych odpowiedzi na każde pytanie, jakie komuś odważnemu (bądź nierozważnemu) uda się zadać.

Senator jak z koszmarnego snu. Bardziej przypomina szefa jakiegoś pokątnego mafijnego interesu niż reprezentanta najwyższej władzy (ziemskiej). Czarne charaktery wypadają zresztą w tym (i nie tylko w tym) przedstawieniu o wiele ciekawiej niż zagubiony w chaosie rzeczywistości, nieumiejętnie przekonujący otoczenie do swoich racji Konrad albo nawet wyposażony przez Boga w nadzwyczajny dar widzenia i niezwykłą "siłę spokoju" Ksiądz Piotr.

O ile Janusz Wiśniewski radzi sobie jeszcze w naszej części Europy, wszelako instynkt samozachowawczy nieco go zawiódł w innych częściach cywilizowanego świata – zważywszy na to, że tenże świat jest niezwykle czuły na punkcie tzw. poprawności politycznej i niewątpliwie mógłby zgłosić swoje veto w sprawie diabłów. Aktorzy ich kreujący prężą się i wiją pod kładzioną wprost na skórę czarną szminką, co ich upodabnia nie tyle do wysłanników piekła, ile do rdzennych mieszkańców Czarnego Lądu, szczupłych a wybujałych Masajów (Cezary Łepek), ew. do australijskich Aborygenów (Michał Barczak). Jakby tego było mało, prezesuje im umundurowany Belzebub (Szymon Kuśmider) o zdecydowanie jasnej karnacji, co widzowi może nasunąć skojarzenia z nadal pokutującym tu i ówdzie kryptoniewolnictwem.

Słowem, diabeł tkwi w szczegółach. Nie znajduję też uzasadnienia grania męskiej postaci Bajkowa (Katarzyna Skarżanka) przez kobietę, poza ochotą czynienia sobie niewczesnych żartów w stylu gender. ("Kobieto, ty puchu marny...").

Rozmach ideowy i intelektualny "Dziadów" Mickiewicza obezwładnia nawet przekonanych teatromanów. W razie interpretacyjnych kłopotów czytelnikom rekomenduje się ten tekst jako "do grania", widzom teatralnym z kolei – jako "do czytania". Podejrzewam, że do zmiany tych przekonań widowisko w Teatrze Polskim w Warszawie jednak się nie przyczyni.

Przedstawienie Janusza Wiśniewskiego przynosi dreszcz emocji w kluczowych scenach: Wielkiej Improwizacji, egzorcyzmów, Widzenia Księdza Piotra. Duchowa szamotanina bluźniącego Bogu Konrada, jego zapasy z Duchem czy nagłe spokornienie ich obu przed krzyżem Księdza Piotra, to intrygujące sceny, których widz nie powinien zapomnieć. Choćby nawet nie załapał mniej lub bardziej dyskusyjnych czy kontrowersyjnych odniesień do naszej rzeczywistości.

A że zło ukazując swoją atrakcyjną twarz niektórych kusi, i to wręcz bezwiednie, kiedyś nikogo nie trzeba było przekonywać. Dziś odwrotnie – to już nabrzmiały społeczny problem. Figiel w tym, żeby w porę dostrzec, co się kryje pod gładkim obliczem, maską czy też mniej lub bardziej jaskrawym makijażem.

Janusz R. Kowalczyk
Culture.pl
28 grudnia 2019

Książka tygodnia

Nice, cosie i duchy. Eseje o sztuce
Pewne Wydawnictwo
Michał Krawczyk

Trailer tygodnia

"Powrót" - reż. Michał...
Michał Zdunik
Bywa tak, że odwiedzamy dom rodzinny ...