Viva la Mamma - Czego nie słychać

"Viva la Mamma!" - reż. Roberto Skolmowski - Teatr Wielki w Łodzi

Wyjątkowe doświadczenie, jakie gwarantuje Viva la Mamma! w reżyserii Roberto Skolmowskiego, to wyjątkowa nuda. A przecież opera Donizettiego jest wypracowaniem z farsowych chwytów: aktorskie zatargi, gwiazdorskie niesnaski, trzaskania drzwiami i obrotowa scena zwykle gwarantują choć radość z absurdów. Nie w łódzkim Teatrze Wielkim.

 

Wyjątkowe doświadczenie, jakie gwarantuje Viva la Mamma! w reżyserii Roberto Skolmowskiego, to wyjątkowa nuda. A przecież opera Donizettiego jest wypracowaniem z farsowych chwytów: aktorskie zatargi, gwiazdorskie niesnaski, trzaskania drzwiami i obrotowa scena zwykle gwarantują choć radość z absurdów. Nie w łódzkim Teatrze Wielkim.

Patrzymy tu bowiem na jakąś statyczną melorecytację niezrozumiałego tekstu, prowadzoną w tempie più lento del previsto. Nie ma w muzyce takiego tempa? To proszę na to zwrócić uwagę twórcom tego spektaklu, dla których z założenia komiczna opowieść o skłóconych i przeciętnie uzdolnionych aktorach pracujących w niedofinansowanym teatrze nad mającą im gwarantować drugie życie premierą stała się co najwyżej pretekstem do emablowania własnego „ja". Jakby każdy w tym przedstawieniu postanowił bronić swego. Reżyser nie dzieli się ze śpiewakami pomysłami na to, jak mają grać, śpiewacy ukrywają przed publicznością treść wyśpiewywanych fraz, a orkiestra zataja przed wszystkimi dynamikę partytury. Zgoda, zagadki bywają ciekawe, ale pod warunkiem, że w końcu znajdują swoje rozwiązanie. Rozwiązanie, czyli jakiś sens.

Tymczasem konia z rzędem temu, kto zrozumie powód, dla którego fabuła Viva la Mamma! została przeniesiona dwadzieścia lat w przyszłość. A jeszcze większa nagroda temu, kto zrozumie, dlaczego – poza pierwszą sceną, topornie parodiującą gag z bocianem i z tlenem z Seksmisji – nie ma w dalszej części spektaklu kontynuacji tego konceptu. Podobno na świecie zdarzył się jakiś kataklizm i podobno ocalał tylko gmach na Placu Dąbrowskiego – przynajmniej taka wersja wydarzeń zostaje przedstawiona w ślamazarnym filmie na początku przedstawienia. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że Boży bicz w pierwszej kolejności uderzył właśnie w Teatr Wielki, i to w podobny sposób, jak wówczas, gdy uderzał w budowniczych Wieży Babel: plącząc języki. Oto bowiem jedni śpiewają tu po polsku, drudzy po włosku, a do tego, aby naprawdę już nikt ich nie zrozumiał, robią to nie tylko niewyraźnie, ale i bez tak przydatnych w operze napisów, wyświetlanych w górze sceny. Jakieś wrażenia gwarantuje uruchomienie teatralnej maszynerii (któż nie lubi magii sceny?), ale i to szybko obraca się przeciwko scenicznej akcji: bo gdy już skończy się tytaniczna praca zapadniowej hydrauliki i gdy ukaże się chór oraz wyciągnięta z fosy orkiestra, to będziemy odtąd mieli aż nadto czasu i sposobności, by przyglądać się, a to ich drzemce (tak, gdy śpiewacy milczą, to Skolmowski każe im spać), a to ich wyczekiwaniu na nuty w partyturze (scenicznej gadaniny jest tu tyle, że skrzypkowie częściej opierają ramiona na instrumentach, niż instrumenty na ramionach). „A którzy czekali błyskawic i gromów, są zawiedzeni". Ot, taki kataklizm z Viva la Mamma! Innego końca świata nie będzie.

I nie jest oczywiście wykluczone, że padam ofiarą efektu śniegowej kuli, że narastające niezadowolenie z teatralnej warstwy spektaklu wpływa na moją ocenę muzyków... Ale i tu nie obyło się bez rozczarowań. Orkiestra grała płasko, ciężko, z dynamiką opartą na dwóch stopniach: głośno i cicho. Czy Marta Kosielska miała jakiś pomysł na tę partyturę? Odnosiłem wrażenie, że jedynie akompaniowała śpiewakom i to w taki sposób, jakby chodziło o pierwszą próbę, jakby celem było prześledzenie melodii i uzgodnienie pauz. Dziwna sprawa, ale mimo – nazwijmy to – nieśpiesznego tempa koloratury zmieniały się w glissanda, co na premierze najbardziej rozczarowywało w – potencjalnie – popisowej roli Primadonny w wykonaniu Joanny Woś. Co się stało z artykulacją, którą zawsze imponowała? Co z lekkością? Może zresztą to nie kwestia opracowania partii, ale nietrafionej obsady? Czy dziś, gdy niekwestionowanym atutem głosu Joanny Woś stały się głębia, dramatyzm i siła, Donizetti-buffo jest kompozytorem dla tej artystki?

Piszę ten tekst bez satysfakcji. Ze smutkiem proporcjonalnym do rozmiarów produkcji Teatru Wielkiego, w którą zaangażowało się wiele osób, poświęcając zapał, czas, emocje. Niestety efekt rozczarowuje, co dziwi tym bardziej, że komiczna opera Donizettiego zdaje się teatralnym samograjem, skonstruowanym z autotematycznych chwytów, które nie powinny zawieść. Co z tego, że komediowa struktura ma niemal dwieście lat? Bliźniaczo podobne chwyty zastosował prawie dwa wieki później Michael Frayn w Czego nie widać, wiedząc, że widowisko, w którym aktorzy grają aktorów, kpiąc przy tym z siebie, zawsze powinno bawić. Tymczasem Viva la Mamma! nudzi.

I należy jeszcze wspomnieć, że premierę poprzedził dziwaczny występ nowego dyrektora Teatru Wielkiego. Dariusz Stachura z mikrofonem w ręku przed opuszczoną kurtyną witał obecnych i nieobecnych gości (tak, wiedział, że ich nie ma, ale czemuż by nie witać wylewnie władz, zwłaszcza z rządowego szczebla?) i oddawał się konferansjerce, o której pewno bym nie wspomniał, gdyby w tym potoku słów nie znalazła się fraza o „przecudownej urody dyrygentce z cudowną batutą w ręku". Ile jeszcze afer o niestosownych zachowaniach i wypowiedziach w świecie teatru musi zostać nagłośnionych, by takie zdania się nie pojawiały? Ile spotkań na ten temat musi zrobić Akademia Teatralna i inne instytucje, by oczywista stała się niestosowność tego, co niestosowne? Ile przedstawień na ten temat musi jeszcze powstać? Ze swojego żartu śmiał się dyrektor, śmiała się nawet większa część widowni. A ja myślałem o serii artykułów i oświadczeń wywołanych sytuacją w Teatrze Bagatela, o dyskusji na temat obecności lub nieobecności Romana Polańskiego na spotkaniu ze studentami w Filmówce. Najwyraźniej w Teatrze Wielkim o tym wszystkim nie słyszeli.

Piotr Olkusz
teatralny.pl
23 grudnia 2019

Książka tygodnia

Kantor Nie/Obecność
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Katarzyna Fazan

Trailer tygodnia

Nastazja wychodzi za mąż
Krzysztof Babicki
Kameralny spektakl o namiętnościach n...