Vivat Freedie!

"The Beatles & Queen" - reż. Igor Vejsada, Robert Balogh - GTM, Opera Śląska

Opowieść o legendach muzyki The Beatles and the Queen przygotował Gliwicki Teatr Muzyczny wraz z Operą Śląską w Bytomiu. Zadanie trudne, od początku skazane na porównanie i to podwójnie - za sprawą dwóch reżyserów. Pierwsza część powstała pod kierownictwem dyrektora artystycznego Baletu Narodowego Teatru Śląsko - Morawskiego w Ostrawie - Igora Vejsada, drugą reżyserował Robert Balogh związany z Teatrem Morawskim w Ołomuńcu. Dwie tak odmienne części, gdzie the Beatles w porównaniu z "konkurentem" wypada po prostu blado

O ile w pierwszej części następujące piosenki i taniec grupy nie łączy w zasadzie nic, tak w przypadku the Queen można powiedzieć o konsekwentnie opowiedzianej historii, nie tyle może samego zespołu, co właśnie jego frontmana. Za sprawą niezwykłego Ivo Jambora, który wcielił się w postać Freediego Merkury, miałam poczucie, że tego wieczoru na scenie był nie kto inny, jak właśnie Freedie. Jego opowieść od początku była pełna emocji, balansowała na granicy niedomówień, a więc była tym, czym powinien być teatr tańca. To właśnie gest, ruch, taniec, w którym było wszystko – precyzja i emocje.

Balogh opowiadając historię życia Freediego, skupił się na detalu i symbolice, z wielką korzyścią dla widowiska. Pierwszy układ taneczny – to narodziny, taniec z rodzicami, wskazujący poprzez dobór stroju i muzykę na azjatyckie korzenie artysty.

Dalej reżyser prowadzi nas poprzez burzliwe życie Freedie’go – problemy z narkotykami, związki z kobietami i z mężczyznami. To piękne taneczne popisy artystów, nawiązujące zarówno do muzyki rozrywkowej jak i do klasycznego baletu. Było to połączenie zaskakujące i wielce udane. Odważne „męskie” układy taneczne, a w każdym z nich inny partner Freedie’go.

Z uwagą śledziłam próbę przełamania dystansu pomiędzy publicznością a bohaterem, poprzez „wciąganie” jej w kolejne piosenki. Miałam poczucie, że znajduję się na prawdziwym, rockowym koncercie. Udana próba miała miejsce również z chwilą, gdy  Freedie prosi widownię o ogień do papierosa.

W przypadku the Beatles – brakowało Johna Lenona, który niejako gubił się wśród swoich kolegów podczas większości piosenek. Może i nie byłoby to samo w sobie złe, gdyby jednak nie to, że Vejsada pokusił się o to, aby odtworzyć tragiczne losy Lenona i zrobił to bardzo dosłownie, na niekorzyść widowiska. Skupił się w zasadzie tylko na tym wydarzeniu. Angażując cały zespół baletowy oraz uczniów Szkoły Baletowej w Bytomiu nie było już miejsca dla solistów. Młodzi tancerze to pomysł ciekawy i świeży, któremu może i nie przeszkodziłyby drobne niedociągnięcia, (problemy z synchronizacją) a jednak, z powodu braku solistów, problemy techniczne wysuwały się na pierwszy plan.

 Scenografia była z konieczności oszczędna, a zawieszony trójkąt zmieniający swoje położenie oraz schody umieszczone w głębi sceny, były wystarczające. Pozwoliło to skupić się na tańcu. W przypadku the Queen większą rolę odgrywało umiejętnie wkomponowane w muzykę operowanie światłem, pozwalające przenieść się w klimat lat 70 i 80.

W widowisku nie zabrakło takich przebojów jak She Loves You, Yesterday, Let It Be, All You Need is Love, Imagine, A  Kind of Magic, We Will Rock You, We Are the Champions czy The Show Must Go On. Były również te trochę mniej znane. W tym zestawieniu, pierwsze miejsce należy się bez wątpienia części poświęconej the Queen. Reżyserowi udało się zwycięsko zmierzyć z legendą, przede wszystkim dzięki umiejętności budowania nastroju poprzez ruch, gest i taniec. Z pewnością nie mniejsze zasługi należą się fantastycznemu soliście.

Blanka Hasterok
Teatr dla Was
28 września 2011

Książka tygodnia

Słownik biograficzny teatru polskiego, tom III: 1910-2000
Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk,
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia