W granicach sceny

"Lenz" - reż. Barbara Wysocka - Teatr Narodowy w Warszawie

Żywiołem przedstawień Barbary Wysockiej jest estetyka; jej znakiem rozpoznawczym - muzyczna organizacja przedstawienia. Wysocka traktuje tekst jak partyturę, aktorów - jak rezonatory. Tekst płynie wartko, coraz szybciej, zapętla się, zacina, rozpada na głosy, za chwilę zrywa, po czym - znów płynie, rwie, pędzi. Język nie jest własnością bohaterów, przechodzi we władanie aktorów; dlatego bohaterowie schodzą na drugi plan. Rozbita narracja przedstawienia zwielokrotnia się w języku zalewających scenę obrazów (w szeregu projekcji, nakładających się i zacierających) i w towarzyszącej warstwie dźwiękowej. Scena staje się przestrzenią wydarzeń (kolizji) bardziej językowych niż fabularnych

Widziałem kilka przedstawień Wysockiej, nie wszystkie. Najlepszy wydał mi się "Kaspar" (2009). Tekst Petera Handkego odzwierciedla proces stawania się podmiotu w języku, który - ustanawiając sferę symboliczną - jest narzędziem komunikacji, ale i przemocy. Bazując na tym tekście sceniczny aparat Wysockiej niejako automatycznie stał się aparatem władzy, precyzyjnym, zdyscyplinowanym, momentami drapieżnym.

W "Lenzu" Wysocka organizuje przedstawienie podobnie. Nie jestem jednak pewien, czy "Lenz" jest po temu najlepszym materiałem. W niemieckim oryginale; jak przekonuje w programie Anna R. Burzyńska; tekst Georga Büchnera jest żywym organizmem pełnym pęknięć, stylistycznych uskoków, gatunkowych szczelin. Użyty w spektaklu przekład Kazimiery Iłłakowiczówny pozostaje ciałem jednorodnym, gładkim, ciężkim. Pomiędzy obłędem tytułowego bohatera a konwencjonalnym językiem jest wyrwa, którą Wysocka niekiedy obnaża, częściej jednak maskuje.

Lenz Büchnera bezskutecznie tropi zaszyfrowaną w przedmiotach, znakach, obrazach, wydarzeniach fenomenologiczną strukturę wyjaśniającą wszechświat; balansuje na cienkiej granicy obłędu, za którą spójna tożsamość roztrzaskuje się w kawałki. Wysocka próbuje oddać ten niepewny rytm istnienia bohatera (i świata) w rytmie powtórzeń, nawarstwień, zapętleń rozpisanego na trzech aktorów tekstu. Szymon Czacki w roli Lenza jest dociekliwy, niespokojny, na przemian histeryczny i rozbrajająco bezradny. Z jego roli dynamikę czerpie cały spektakl.

Nad tą warstwą przedstawienia górę bierze inna, w której do głosu dochodzi potraktowana z dystansem fabularność. Zalegający na podłodze "śnieg", pień drzewa, dwa modele domków, pojemnik z wodą, ręczniki, suszarka - to rekwizyty, za pomocą których odegrany zostaje szereg miniscen z życia bohatera. Ten teatr najczęściej wzięty jest w ironiczny cudzysłów - nie wiadomo jednak, w kogo ta ironia miałaby uderzać, co miałaby rozbrajać. Ostentacyjna tautologiczność scenicznego gestu wobec słowa, infantylność, gruby żart, obnażenie teatralnego statusu spektaklu - te chwyty z kanonu współczesnego teatru tylko pozornie są narzędziami teatralnej dekonstrukcji, w rzeczywistości pozwalają w wypróbowany już gdzie indziej sposób podtrzymać życie przedstawienia.

To mój główny zarzut wobec inscenizacji. Przy pozorach wielogłosowości, spektakl Wysockiej jest uderzająco spójny, jednorodny - nie tylko stylistycznie. Reżyser nie przepuszcza przez tekst Büchnera innych tekstów (literackich, muzycznych itd.), nie zderza z pochodzącymi z zewnątrz, z innej przestrzeni, z innego czasu obrazami, dyskursami, refleksjami. Nie umieszcza go w polu żywego - obojętne: estetycznego czy politycznego, teatralnego czy pozateatralnego - doświadczenia widzów. Nie wykorzystuje przedstawienia, by wystąpić z jakąś prywatną sprawą, sformułować zdecydowaną wypowiedź. Zamiast tego Wysocka zamyka się szczelnie w granicach sceny i w ramach utworu Büchnera. Kodyfikuje swój teatralny język, który okazuje się samowystarczalny.

Marcin Kościelniak
Tygodnik Powszechny
7 maja 2011

Książka tygodnia

Wybór poezji
Wydawnictwo Ossolineum
Zbigniew Herbert

Trailer tygodnia

5. Międzynarodowy Fest...
Adolf Weltschek
W tegorocznym programie znalazło się ...