W kółko Macieju

Witkacy w teatrze własnej wyobraźni

W roku 1903 przed aparatem fotograficznym ekscentryczny synalek Stanisława Witkiewicza wyciął swój pierwszy szpetny grymas. Zmrużył pijacko oczy. Podstawił pod promień światła odstające ucho. W kąt ust, pod rzadki wąsik wetknął peta. Wrednie wyszczerzył szczurze ząbki. Tak miniarskim debiutem uczcił świeżo zyskaną dojrzałość

Zakopane pierwszej dekady ubiegłego wieku było w lecie jednym wielkim targiem dziewic. Kresowe wąsate foki zwoziły tuzinami anemiczne pociechy, wyuczone, że przeciąg zabija, a sztuka to Grottger z Matejką. Matrony warszawskie pokazywały na Krupówkach buntownicze słowiańskie Rachele, znające na pamięć „cały Przybyszewski” i żądne metafizycznych awantur. To była publika, wśród której grasowali przystojni, elokwentni i bezczelni synowie zakopiańskich rezydentów, pana Witkiewicza czy doktora Chwistka, i ich przyjezdni kompani: młody Malinowski, młody Jaworski, młody Rubinstein, młody Szymanowski... Jak jeden geniusze in spe, którzy oszołomionym pannom serwowali wymyślne emocje.

Gra jednak toczyła się głównie w kręgu wczepionych w siebie młodzieńców. Jej reguły wyczytać można z pamiętnika Bronisława Malinowskiego, pierwszych rozdziałów 622 upadków Bunga i zachowanych na zdjęciach rysunków węglem Stasia Witkiewicza, którym zgorszony ojciec nadał nazwę „potworów”. Wtedy też właśnie rodził się Witkacowski leksykon, mający do obiegu trafić pół wieku później: „rozmowy istotne”, „pępek metafizyczny”, „nienasycenie”, „dziwność istnienia”, „bebechy”. Gracze nadawali sobie awansem przyszłe tytuły i honory, próbowali sił w technikach uwodzenia i wywierania presji, puszyli się przed sobą, napuszczali partnerów na innych i zdzierali im maski. W końcu, co było do przewidzenia, znienawidzili się wzajem na serio.

Przed laty opisałem to w szkicu Upadek rozpatrywany jako jedna ze sztuk pięknych:

Cel gry stanowi sprokurowanie jak najbardziej nieprawdopodobnej – czyli nieznośnej – kombinacji. [...] Strategia zmierza do zdominowania innych, co wymaga sporo bystrości w nadążaniu za rozwojem intrygi [...]. W ramach owej intrygi dopuszczalne, o ile nie wręcz konieczne są środki zgoła niemoralne, jak niedyskrecja, nielojalność, odwrócenie sojuszy, insynuacja i perfidia: zagrożonego honoru bronić można blagą, bufonadą, hipokryzją i kabotyństwem. [...] W toku interakcji między graczami wytwarza się sztuczna realność, której nadać by należało miano mistyfikcji.

I to ostatnie starał się uchwycić swym węglem Staś Witkiewicz. Zrobił bowiem kapitalne odkrycie, że to właśnie jest sztuka. Oczywista, nie same rysunki, lecz to, co mają przedstawić: teatr wzajemnej penetracji. Rozpięte i napięte między uwikłanymi w siebie ludźmi pola sił magnetycznych, jeśli nie demonicznych, pozasłownych i zmiennych, rzucające wyzwanie wszelkiej dostępnej w Galicji wiedzy o człowieku.

Champion tej sztuki siedzi około 1911 roku na trzcinowym foteliku przed obiektywem ojca. Nogę założył na nogę, by ukazać bajeczne łydy. Beret naciągnął na skos w stylu doktora Fausta. Ssie fajkę i łypie spode łba. Biada takiemu wpaść w łapy. Od dawna niepokoiło to Stanisława Witkiewicza. „Zmiana, która zaszła w Twoim obchodzeniu się z ludźmi [...], pewna twardość obejścia się, pewne dalekie, powierzchowne interesowanie się nimi jakby przedmiotami zabawy albo obserwacji – zmiana ta czy jest wskazówką tego, co chcesz w sobie ugruntować?” – pisał w roku 1905. „Pamiętam dobrze, na ile mi to wykładałeś w tej teorii gnębienia siebie, zacieśniania duszy [...]. Na tej teorii wspierała się Twoja nowoczesna metoda grubego obchodzenia się z ludźmi, »zasada niewspółczuwania« i w ogóle pewnej oschłości i bezmiłosierdzia wobec innych” – dodawał w 1906 roku. W parę lat potem wygnębiony ze Stasia typ budzi już lekką grozę.

Istnieje pełna dokumentacja tej przemiany, dopełnionej między majem 1912 a marcem 1913 roku. Naiwnie zadurzona w Stasiu Helena Czerwijowska przechowała jego listy. „Dla mnie życie jest i będzie potworne” – oznajmia jej Staś, przemilczając, że cały czas kopuluje szaleńczo z Ireną Solską – „Okropne jamy i jaskinie pełne potworów kryje w sobie człowiek”. Po czym z listu na list relacjonuje swoją metamorfozę w potwora: „Żelazna maska pokryje dziecinną twarzyczkę dawnego Ignasia. Urodzi się Maciej. Najpotworniejszy z tej całej kompanii, gorszy od Tymbeusza, Breitera, Bronia, Chwistka, Solskiego i Władzia B.”. Czemu akurat Maciej – chyba nigdy się już nie dowiemy.

Wkrótce też listy zaczyna podpisywać – jako trzeci w ich związku – „Maciej (z własnej potęgi)”, na wzór Jana z Własnej Potęgi, herosa z Bazylissy Teofanu. Ma on nawet odrębną powierzchowność: „I tu ryczy wprost ze śmiechu mój sobowtór z czarnej peruki i czarnych oczu”. A gdy Staś zwierza się: „Każdą sekundę muszę zużyć na ostateczną walkę ze zmartwychwstałym sobowtórem”, pod listem widnieje już imię podwójne: „Ignacy Maciej”. Dalszą korespondencję sygnuje sam Maciej. Za wyjątkiem listu z 17 kwietnia 1912 roku, pod którym na próbę rodzi się „Witkacy”. Ale na niego jeszcze nie czas.

Demon ma więc imię, wygląd, a zwłaszcza charakter. „Jak oni wszyscy żyją – komentuje w pamiętniku Helena – nawzajem szukają zła w sobie i po co to robią, to tak strasznie deprawuje najpiękniejsze dusze. Ja w takich chwilach staję się zupełnie bezbronna [...] i czuję się złą do głębi. Gdyby mnie posądzono o zbrodnię zamordowania kogo, jestem przekonana, że po chwili uwierzyłabym w to”. Poniżej Staś, któremu, rzecz jasna, dała pamiętnik do wglądu, przypomina zobowiązanie: „Niech Pani pamięta o tym, co Pani przyrzekła w razie tego, co może nastąpić”. Co przyrzekła? Co mogło nastąpić? Jak się zdaje, panna Helena cudem uniknęła losu Jadwigi Janczewskiej.

Nie należy sądzić, że dalsze wypadki, nawet tej rangi, jak zejście ze świata nieszczęsnej narzeczonej, wyprawa na antypody, udział w wojnie światowej i rewolucji proletariackiej zapędzić mogły złowieszczego Macieja na powrót w podziemia jaźni. Przeciwnie – wróciwszy do Polski Witkiewicz junior, już w pełnej krasie Witkacy, nie ma nic pilniejszego, jak zaprezentować światu sobowtóra w akcji.

Czyni zeń bohatera swojej pierwszej dojrzałej sztuki, a nawet tragedii – Macieja Korbowy i Bellatrix (1918). Istotnie, jest to tragedia, jeśli założyć, że kryje nieostygłe wyznanie. Witkacy bowiem, jeszcze wczoraj rozdarty między „bandę zdegenerowanych byłych ludzi” a zbuntowanych żołnierzy, którzy obdarzyli go zaufaniem, mógł – czy, ściślej, mógł musieć – z wykorzystaniem znanych nam już talentów, jakie żywił sobowtór, wyślizgnąć się z pułapki równie niegodnym sposobem, jak ukazany w sztuce. Stąd to może zawsze milczał jak grób o tym, co mu się naprawdę przydarzyło w Rosji. Ale genialny Maciej tym bardziej zasłużył na hołd.

To właśnie on siedzi tyłem do widza na fotografii pięciokrotnej.

Już Daniel Gerould przeczuł, że to, co odbywa się na tym zdjęciu, to psychologiczno-metafizyczny eksperyment: „Patrzą prosto przed siebie, nie zaś na swoich partnerów. Narzuca się pytanie: partnerów w czym? Konspiracji? Tajnym bractwie? Udręczeniu?” (Witkacy i jego sobowtóry). Pewnie we wszystkim naraz, w duchu ćwiczeń podejmowanych wspólnie w Zakopanem. Kiedy ćwierć wieku temu Janusz Degler odnalazł prolog do Korbowy, wyszło na jaw, że straszny Maciej zasiada tam tyłem do widowni. „Musi się czuć w jego plecach zgarbionych i pięściach na stole wściekłą, ale dystyngowaną siłę” – precyzuje autor, nim odda mu prowadzenie akcji. „MACIEJ głosem twardym jak głos sędziego: Posiedzenie otwarte.”.

Zmiany dotyczą głównie skali między podgiewontową dziurą, jaka było Zakopane, a stolicą zdychającego mocarstwa czyli Moskwą. A także rozmiarów izolacji i kalibru przekroczeń. Wreszcie metodycznego podejścia. Mistrz wpaja bowiem adeptom sztukę przekształcania zwykłych uczuć i pobudek w niezwykłe, czyli podnoszenia wszelkich poczynań życiowych do rangi perwersji. „Zmień te wyrazy na ich odwrotność. One muszą zmienić się w uczucia. [...] Uczucia odwrotne [...] są związane między sobą w sposób zaprzeczający logice życia. [...] Odwrotność uczucia [...] jest uczuciem, które budzi forma”. Tekst sztuki to wykład tych reguł, ujętych, a jakże, w regulamin.

Rzecz trudna, wymagająca postaw sprzecznych: skrajnej samokontroli przy spontanicznej inwencji, rutyny w dziwności, drapieżnej nudy. Mistrza nic nie ma prawa zaskoczyć, sam zaś jest w pełni nieprzewidywalny. Nawet dla siebie. Zwłaszcza dla siebie. Jego samowiedza wyraża się w dialektyce, przy której bledną paradoksy Sartre’a. „Wznieca wiarę, która by nie była wiarą. [...] Zimną pożogę, w której się Nicość ucieleśnia”. Na wyścigi z narastającą na zewnątrz rewoltą wiodąc wyznawców ku celom, których sam nie przeczuwa, kreuje teatr z wzbudzanych wśród uczniów, jak mawiał Witkacy-teatrolog, napięć dynamicznych. Stwarza mieniącą się, nierealną jak zorza polarna nadrealność.

Niestety, Mistrz zawiódł, uległ rzeczywistości. Stąd wypada się przyjrzeć temu Maciejowi Korbowie, czego nikt bodaj dotąd nie uczynił. Bądź co bądź wciela on pewien duchowy potencjał, jaki rozpoznał w sobie Witkacy, lub – w wersji słabszej – należy do głównych figur jego sekretnej mitologii. Publikacji Deglera w „Pamiętniku Teatralnym” towarzyszy reprodukcja rysunku Nieznana scena z młodości Macieja de Korbowa, datowana na rok 1931. Witkacy – w kółko Macieju! – coś zbyt długo do tej postaci wraca.

Korbowa w Korbowie... to ucywilizowany po wierzchu czarnooki brunet z listu do Czerwijowskiej. Jego przemiany w kobietę, jakie z lubością uprawia, wymagają więc aktorstwa niezłej próby. „Czarne wąsy trochę kozackie, na dół opuszczone, ale dość krótkie. Włosy czarne, dość krótkie, z rozdziałkiem na lewej stronie. Brwi od nosa silnie w górę idące, dość cienkie. Nos orli cienki. Mówi mocno i zdecydowanie”. Nim po katastrofie swego tajnego klubu wychynie ponownie jako dziki Gyubal Wahazar, w wewnętrznym czasie dramaturgii Witkacego – czasie, w którym dojrzewają jego bohaterowie – upłynie lat dwadzieścia. Korbowa stosownie się więc postarzał: „Wygląda na lat 40. Czarne, długie, wiszące wąsy. Czarne, rozwichrzone włosy; czarne oczy. [...] Tytan. Głos ochrypły”. Witkacy dopełniając portret, ukaże nam raz jeszcze Macieja w fazie wcześniejszej – po jego narodzinach w listach, lecz na długo przed wielką rolą w epoce zamętu. Zwać się tam będzie Ryszard de Korbowa-Korbowski, recte (ma się rozumieć) Maciej nazwiskiem Wiktoś, i pędzić żywot przydupasa księżnej Alicji de Nevermore w Kurce Wodnej: „przystojny brunet, bardzo draniowaty, lat 20, ogolony”. Całkiem jak jego twórca u tzw. boku Solskiej.

Lecz skąd wziął się Korbowa? W sztuce Witkacego szalał już ze trzy lata, gdy Witold Wandurski spłodził bojowy wiersz Precz z kanarkami takiej oto treści: każdy poeta (mieszczański) ma zamiast klatki piersiowej klatkę z kanarkiem. Ptaszyna ta, czyli serce, wciąż mu „do mdłości / Rymami ćwierka”. Stąd apel: „Łzy kinowe? Pokora? Nie! Raczej cor bovis. / Głodny-ś – to rozbij sklep! / Serce – do tłoczni: nabierze wigoru. / A kanarkowi – / Ukręcić łeb.”. Co do kanarka, sfrunął z wiersza Majakowskiego O plugastwie (1921), gdzie stanowi symbol burżujstwa w zakurzonych dekoracjach rewolucji. Toteż sam Marks wrzeszczy tam z portretu: „Łebki kanarkom ukręcić / czym prędzej, / żeby komunizmu / nie zatłukły kanarki!”. Jak wiemy, przeprowadzono tę rzecz w trzydzieści lat potem. W referacie programowym na zjeździe ZLP w czerwcu 1950 roku Adam Ważyk nakazał Konstantemu Ildefonsowi Gałczyńskiemu „ukręcić łeb rozwydrzonemu kanarkowi, który zagnieździł się w jego wierszach”. Gałczyński zareplikował z krzeseł: „Po kanarku zostanie wtedy tylko klatka!”. Ale zostawmy kanarka.

Źródło nazwiska Korbowy, cor bovis – to „serce byka” lub „bycze”. Brzmi to nieomal jak „Lwie Serce”. Witkacy obdarzał byki zawiścią schizoida: imponował mu Chwistek, piętrzący się na jego portrecie jako Udzielny BYK na urlopie, hodowcę byków w Sonacie Belzebuba awansował na władcę piekieł, a wedle Czesławy Oknińskiej w latach trzydziestych brał lek nasercowy o nazwie Bykolan. I w tym rzecz. Gdyż cor bovis ma sens medyczny: w słowniku wyrazów obcych Trzaski, Everta i Michalskiego oznacza „serce ludzkie wskutek zmian chorobowych znacznie rozszerzone”.

Lecz skąd wzięło się ono u zrewoltowanego Wandurskiego? Ano, poprzez lekturę Próchna Wacława Berenta. W którejś z knajpianych dysput wyciąga to serce szmatławy pismak Jelsky jako argument, który zdoła może pojąć lekarz Kunicki: „Pan nie pijasz – [...] ponieważ to wytwarza podobno rozszerzenie serca, nazywacie to cor bovis. Ale wierz mi pan... [...] stokroć gorzej nie pijać, nie szaleć, nie umieć stawiać życia na jedną kartę i wołać va banque! To wytwarza z czasem cor ranae – serce żaby”. Słowem, cor bovis miewa w przenośni ktoś, kto – jak u Witkacego – umie żyć całą gębą i lekce to sobie ważyć, bo w swoim szerokim sercu mieści równie szeroki ideał. Stąd pewnie Staś w 1903 roku tak usilnie polecał Próchno ojcu, ów zaś, też wierny sobie, odpisał kwaśno, że wszystko tam z papieru prócz opisu kankana.

Jest jednak także inna, nieco mistyczna genealogia Korbowy. Jak wiadomo (z ekspresyjnych opisów w powieściach, z całych cyklów malarskich i imion własnych w sztukach) Witkacy świetnie znał nocne niebo. Anna Żakiewicz odkryła, że w Rosji wciąż odwiedzał sławne obserwatorium w Pułkowie. W takich na przykład Onych (1920) esteta Bałandaszek (którego złośliwe miano – patrz Słownik gwar polskich Karłowicza – oznacza wesz owczą) żyje z aktorką Spiką, czyli w projekcji niebieskiej alfą Panny, zwaną w Polsce Kłosem. Jest to „jasna blondyna, [...] cała twarz przepojona ukrytym cierpieniem. Bardzo piękna” – w przekładzie na realia astronomiczne błękitna, bo gorąca. Idyllę przerywa „pan w czerwonych portkach, o nierównie czerwieńszym i dziwnym nazwisku”, prezes związku zwalczania sztuki, Seraskier Banga Tefuan. Na niebie odpowiada mu, wcinająca się niemal w Pannę, alfa Wolarza – groźny Arktur. Istotnie czerwony.

W Macieju Korbowie i Bellatrix imię gwiazdy nosi druga z tytułowych postaci, gamma Oriona, zwana też Amazonką. Ale gwiazdą jest i mistrz Maciej. W słownictwie dawnych astronomów alfę konstelacji tytułowano cor – sercem. Z tej racji Korbowa stanowi Cor Bovis – alfę gwiazdozbioru Byka. Czemu nikt na to nie wpadł? Bo ta pierwszej wielkości gwiazda w Byku nosi miano Aldebaran. Na taki mimowolny dowcip klasycznej astronomii Witkacy nie mógł pozostać obojętny. Ku bliskiej głowie Byka, w której oku lśni Aldebaran, sięga ramieniem z Bellatrix Orion, zagrażając gwiezdną tauromachią. Oko Byka otaczają na wzór uczniów roje Hyad i Plejad. Po arabsku, o czym Witkiewicz mógł wiedzieć, al-Dabaran znaczy Pierwszy z Nich. Kabaliści utożsamiali go z pierwszą literą alfabetu hebrajskiego – alef. W tarocie symbolizuje pierwsze Wielkie Arkanum – Maga, ów zaś kryje sensy: „Plan – zręczność – złośliwość”. Można więc wyobrazić sobie, „co się dzieje na planetach Aldebarana! Hoho!” – jak zagadkowo zapewnia w Mątwie papież Juliusz II, który tam bywał. Nawet Witkacemu wprost brak na to słów!

Wszystko to bardzo piękne, jednak profesor Degler zaklina się, że najzwyczajniej w świecie pamięta na górnych Krupówkach, opodal znanej strzałki „Do Pana Szewca”, szyld: MAGIEL KORBOWA. Toż gdy zdradziecki Korbowa ujawnia się jako sojusznik Marynarzy Śmierci, skazując swych wyznawców na nagły zgon z ich rąk, przedstawia się terrorystom jako „towarzysz Magiel”!

Argument miażdżący, aliści... Fakt to powszechnie znany, że Witkacy był anglomanem. Jego wyniośle niewzruszona mina Najlepszy uśmiech lorda Fitzpur na regatach w Southampton (1931) reprezentuje Cywilizację, przeciwstawioną Dziczy z bliźniaczego zdjęcia Towariszcz Pieriesmierdłow patrzący na egzekucję mieńszewików. Lecz pisarz snobował się zwłaszcza na Anglię oksfordzką, poznaną – niestety – pośrednio. A mianowicie z min i fumów Bronia Malinowskiego, który w tym środowisku wykazał niezbędny dar mimikry. Być może dzięki niemu Witkacy posiadł coś z wiedzy o prastarych uniwersyteckich rytuałach, o których wieści przekazywano na ucho. Jeden z nich – wyjątkowo – utrwalił na kartach Ady Vladimir Nabokov.

Czytelnik ma tam okazję podpatrzyć studencki turniej szczania wzwyż. I tu pojawia się nazwa, funkcjonująca zapewne wyłącznie w Oksfordzie, bo nie notuje jej żaden kontynentalny słownik. „Flegmatyczny Greg powiedział Vanowi, że nigdy w życiu nie widział tak obrzydliwego aparatu, chirurgicznie obrzezanego, potwornie okazałego i masywnego, z fantastycznym coeur de boeuf; żaden z dwu zafascynowanych, wybrednych chłopców nie spotkał się też z podobną, potężnie wygiętą, niemal wiecznotrwałą strugą”. Obok łacińskiej genealogii nazwiska Korbowa istnieje więc też, jak widać, z lekka zamaskowana francuska. I zwraca uwagę na coś, co bohater Witkacego bezwzględnie mieć powinien. Może nie?

Jak się zdaje, każda z dróg przybliżenia osobowości czarnego sobowtóra Witkacego wzbogaca jego obraz jakimś rysem. Wiemy, że wywiera on na bliźnich przemożny wpływ i sam nie zna granic swej potęgi. Że w jego szerokim sercu toczy się stała walka sflaczenia z wolą mocy. Że w pewnym sensie wpisany jest on w system potęg symbolicznych. Że życie klas niższych zgłębiał w zakopiańskim maglu. Że należy do mężczyzn szczodrze obdarzonych przez naturę. A przy tym ta powierzchowność! „Długie, kozackie wąsy i śmiejący się wzrok dzika, orła, byka i Węgra, i ujeżdżacza czy nawet koniokrada jednocześnie – i ten [...] nie ujęty, nieuchwytny, najistotniejszy wzrokowy chwyt pajęczo-tygrysi”. Poznajemy wzięty z Nienasycenia portret kwatermistrza Kocmołuchowicza, bo „ciemny chuj morowy” odziedziczył – rzecz pewna – po Macieju swój typ. Dość obejrzeć na Witkacowskiej obwolucie jednotomowej edycji powieści jego łeb, buchający krwią w rękach chińskiego kata. „Czarne wąsy trochę kozackie, na dół opuszczone, włosy czarne, dość krótkie, brwi od nosa silnie w górę idące, dość cienkie, nos orli cienki”. Ano, ano.

Dla porównania, jawne inkarnacje pisarza to smętny Bungo o damskich biodrach, banalnie przystojny bubek Atanazy lub „ledwozip”-Genezyp. Wszystkim im odmówił Witkacy tego „czegoś”, czym wprost dyszy sobowtór. Intencje artysty odsłonił tu dopiero Janusz Degler. Jako pilny czytelnik międzywojennej prasy dogrzebał się bowiem wzmianki, gdzie Witkacy deklaruje, że „będzie próbował skończyć powieść zaczętą w r. 1912”. Z czego wynika, że nie chodzi o Bunga, który był ukończony. Także inne przesłanki wskazują, że dwudziestoparoletni Staś pisał drugą powieść, której znaczne fragmenty wtopił po latach w Nienasycenie. Mogła ona nosić tytuł Obłęd (jak drugi tom Nienasycenia), a traktowała o latach krytycznych, kiedy to kandydat na artystę, kochając się z Solską, bałamucąc Czerwijowską, dręcząc Janczewską i mażąc „potwory”, trafił na kozetkę pierwszego w Polsce psychoanalityka, Karola de Beauraina.

Jeśli za „obłęd” uznać rozdwojenie jaźni, zjawienie się „gościa z dna” nie mogło być przypadkiem. Wobec fiaska psychoanalizy, a w ramach podjętej desperacko autokuracji pisaniem, młody Witkiewicz postanowił uczynić samego siebie bohaterem nowego Doktora Jekylla i Mr Hyde’a w zakopiańskiej scenerii. Kochał wszak Stevensona! Lecz po piętnastu latach wszystko, co było Jungowskim „cieniem” własnej niewinnej osoby, wpakował – na pamiątkę – w Kwatermajstra.

Gdy w finale powieści spada miecz chińskiego kata, Maciej wreszcie odchodzi w niebyt. Kiedyś, we Wstępie do teorii Czystej Formy w teatrze, Witkacy napisał: „Trzeba rozpętać drzemiącą Bestię i zobaczyć, co ona zrobi. A jeśli się wścieknie, będzie zawsze dość czasu, aby ją w porę zastrzelić”. Właśnie to zrobił.

Jan Gondowicz – krytyk literacki, tłumacz i wydawca. Przekładał m.in. utwory Borysa Sawinkowa, Josifa Brodskiego, Gustawa Flauberta, Raymonda Queneau i Alfreda Jarry’ego. Jako krytyk współpracuje głównie z „Tygodnikiem Powszechnym’, „Literaturą na świecie”, „Nowymi książkami” i „Kontekstami”.

Jan Gondowicz
Teatr 05/10
19 kwietnia 2010

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia