W lesie czarnych parasolek

"Kanapka z człowiekiem" - reż. Jerzy Satanowski - Teatr Nowy im. Tadeusza Łomnickiego w Poznaniu

W gęste, mocne, naładowane emocjami i metaforami teksty Jacka Kaczmarskiego trudno wsłuchać się z uważnością. Chyba, że ich ciężar dźwiga pięć świetnych kobiecych głosów - jak w spektaklu/koncercie "Kanapka z człowiekiem" w reżyserii Jerzego Satanowskiego w Teatrze Nowym.

Pomysł, by spektakl wokół twórczości słynnego barda rozpisać na kobiece głosy i wpisać we współczesny kontekst polityczny (m.in. pokłosie "Czarnego Protestu") obarczony był sporym ryzykiem. Czy kontekst ten nie pojawia się tu trochę na siłę? Czy twórcy nie próbują wpisać Kaczmarskiego w narrację, w którą być może nie całkiem chciałby zostać wpisany? Czy tylko poszukując oryginalnych, przewrotnych kontekstów można dziś testować ponadczasowość jego tekstów i poetyckiego testamentu? Przed premierą reżyser przekonująco uzasadniał swój pomysł: - Bunt w czasach Jacka Kaczmarskiego był zarezerwowany głównie dla mężczyzn. A dziś bardzo się "ukobiecił". I chciałbym do tego nawiązać. Głos zabierają "wdowy po Jacku Kaczmarskim" - tłumaczył Jerzy Satanowski. Co nie zmienia faktu, że spojrzenia z takiej perspektywy na twórczość autora "Murów" dotąd nie mieliśmy. Jak poradziły sobie z emocjonalnym ładunkiem jego twórczości przywołane w spektaklu "wdowy"? Jak radzimy sobie my, słuchając "ukobieconego" Kaczmarskiego?

Przedarcie się przez okazały dorobek poety zajęło Satanowskiemu kilka miesięcy. Wybór kilkunastu utworów, z których ostatecznie ułożył scenariusz, z całą pewnością do łatwych nie należał, a być może dziś wybrałby już całkiem inaczej. W efekcie brzmią ze sceny zarówno utwory kanoniczne, jednoznacznie z Kaczmarskim kojarzone, najbardziej rozpoznawalne, jak i takie, których nigdy dotąd nie słyszeliśmy (sam Satanowski do nieznajomości wszystkich przyznawał się jeszcze przed premierą).

Ostatecznie reżyser postawił na siłę słów, ich precyzyjne wybrzmienie, na metaforyczne opowieści i sugestywne obrazy. Najbardziej fundamentalne songi - "Obława", "Nasza klasa", "Dzieci Hioba", Przedszkole" czy "Mury", w nowych aranżacjach brzmią zadziwiająco. Nie wygrywane ostro, miarowo na gitarze, jak przywykliśmy słuchać na oryginalnych nagraniach, zyskują nową muzyczną przestrzeń. Zaskakują, fascynują i - paradoksalnie - zachęcają, by ponownie sięgnąć po oryginał.

Najmocniejszą stroną "Kanapki..." są śpiewające "za Kaczmarskiego" aktorki: Bożena Borowska-Kropielnicka, Agnieszka Różańska, Karolina Głąb, Oliwia Nazimek i Pamela Adamik. Pięć różnych muzycznych temperamentów, pięć wyrazistych, ciekawych głosów. Dziewczyny brzmią świetnie w indywidualnych interpretacjach, a chyba jeszcze lepiej w chórze.

Absorbuje scenografia: las czarnych parasolek - najbardziej wyrazisty cytat z "Czarnego Protestu" - którą uzupełniają rozlewające się po całej scenie wizualizacje. Pojawiają się na nich m.in. słynne dzieła Muncha, Wróblewskiego, Witkacego, Vermeera, do których Kaczmarski pisał muzyczne interpretacje. Przyglądamy się im na nowo, uważniej.

Nie mniej ważnym elementem całej układanki jest grający na żywo zespół pod wodzą Jacka Skowrońskiego. Sporo z wyzwalającej się na scenie energii to właśnie ich robota.

"Kanapka z człowiekiem" nie jest sceniczną biografią Kaczmarskiego. Pojawiają się oczywiście wybrane z niej wątki - przywołuje je w spektaklu Marcin Januszkiewicz (gościnnie w roli narratora, alter ego poety), ale i bez tej namacalnej obecności Kaczmarskiego na scenie, spektakl miałby podobną siłę rażenia. Bo to siła kobiet.

Sylwia Klimek
kultura.poznan.pl
26 lutego 2018

Książka tygodnia

Macbeth
Wydawnictwo Dolnośląskie
Jo Nesbø

Trailer tygodnia