W małym domku

"Gorące lato w Oklahomie" - reż: Katarzyna Deszcz - Teatr Nowy w Zabrzu

"Sierpień" Tracy\'ego Lettsa (tytuł oryginału brzmi "August: Osage County") to teatralny samograj w broadwayowskim stylu, który od kilku sezonów podbija sceny teatralne na całym świecie. Sztuka, nagrodzona Pulitzerem i nagrodą Tony, nie tylko odbyła tournée po teatrach w Stanach jednoczonych, wystawiono ją również w kilku krajach Ameryki Południowej, w Australii, Nowej Zelandii, Izraelu i wreszcie w Europie, gdzie pojawiła się na afiszach kilku teatrów. Zainteresowanie tekstem amerykańskiego autora dopiero dociera do Polski. W maju sztuka pod zmienionym tytułem - "Gorące lato w Oklahomie" - znalazła się w repertuarze Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi, w październiku tak zatytułowany spektakl, w reżyserii Katarzyny Deszcz, otworzył Festiwal Dramaturgii Współczesnej "Rzeczywistość przedstawiona" w Zabrzu jako propozycja gospodarzy

Nic dziwnego, że czarny dramat rodzinny Lettsa robi taką karierę. Sztuka z jednej strony kontynuuje tradycje amerykańskiego dramatu realistycznego (krytycy porównują ją z twórczością O\'Neilla, Albeego i Sheparda), co w tym przypadku oznacza, że depozytariuszką społecznych chorób staje się rodzina. Początkowo niewinne spotkanie Westonów po zniknięciu seniora rodu przeobraża się w seans terapeutyczny, podczas którego ujawniają się wzajemne urazy, niespełnienia i rodzinne tajemnice, a na długiej liście schorzeń oprócz nowotworu gardła pojawia się alkoholizm, narkomania, cudzołóstwo, kazirodztwo, a nawet pedofilia. Również końcowa konkluzja sztuki nie jest budująca: podstawowym problemem członków tej rodziny jest samotność, a każda z osób jest w równiej mierze ofiarą i katem. Na ten wątek w swojej interpretacji kładzie zresztą nacisk Katarzyna Deszcz.

Bohaterów Lettsa łatwo znienawidzić, ale równie łatwo znaleźć usprawiedliwienie dla ich małych podłostek, agresji i okrucieństwa. Autor - który od ponad dwudziestu lat jest również aktorem - napisał tekst idealnie skrojony na wielkie aktorskie kreacje. W dialogach nie ma zbędnych ripost, tautologii w mówieniu i działaniu, słowa oddają często silne stany emocjonalne, a całość jest doprawiona niewymuszonym humorem. Jednak możliwości, jakie stwarza sztuka, są tyleż błogosławieństwem, co przekleństwem. Letts bawi się schematami fabularnymi, które czerpie również z oper mydlanych, toteż tekst pozbawiony na scenie rzetelnej aktorskiej interpretacji łatwo może przeobrazić się w banalny spis współczesnych patologii, którego siła rażenia będzie porównywalna z oddziaływaniem telewizyjnego serialu. W pewnym sensie tego niebezpieczeństwa nie udało się uniknąć zabrzańskiej produkcji.

Katarzyna Deszcz wyreżyserowała spektakl starannie i zgodnie z regułami gatunku, ale też niczym nie zaskoczyła. Bez szkody dla całości oczyściła tekst Lettsa z amerykańskiej rodzajowości, a otwierający sztukę monolog Beverly\'ego Westona (Jan Prochyra) przeniosła na ekran projektora, który automatycznie stał się ekranem wspomnień Johnny (Dagmara Ziaja). Na scenie pojawiła się minimalistyczna scenografia: wnętrze - sądząc po wystroju - raczej prowincjonalnego domu, w którym dywany i kanapy już dawno zapomniały o swojej młodości. Scenograf Andrzej Sadowski przy pomocy kilku ścian i sprzętów zbudował kuchnię, gabinet, pokój na poddaszu, a na proscenium zamarkował jadalnię oraz salon. Tak tradycyjnie pomyślana przestrzeń wymaga przede wszystkim, by wypełniły ją aktorskie role.

A z tymi, mam wrażenie, reżyserka miała największy problem. O ile Violet Hanny Boratyńskiej może być przejmująca w ostatniej scenie, kiedy bohaterka uświadamia sobie, że została sama, o tyle nadekspresja aktorki na początku spektaklu, kiedy rzężąca seniorka rodu wyłania się z sypialni, jest irytująca. Przekonali mnie wycofana Ivy Renaty Spinek czy zakompleksiony, niezdarny Mały Charles Andrzeja Kroczyńskiego, ale już Karen Doroty Rusek czy Barbara Fordham Jolanty Niestrój-Malisz brzmiały fałszywie, jakby emocje i intencje postaci płynęły obok, a aktorki nie miały z nimi i ze sobą kontaktu. Wydaje się to niemożliwe przy tak napisanych rolach, a jednak potencjał tekstu został przez aktorów w dużym stopniu zmarnowany.

Niewątpliwie w dorobku Teatru Nowego w Zabrzu ten spektakl jest znaczący. Świadczą o tym chociażby trzecie miejsce, na jakie zasłużył w opinii festiwalowej publiczności i nagroda oraz dwa wyróżnienia aktorskie przyznane przez jurorów festiwalu. Nie podzielam ich entuzjazmu, chociaż wyobrażam sobie, że nie bez wpływu na decyzję mógł być fakt, że zespół zagrał ten spektakl ponad swoją przeciętną. I być może już to należy uznać za sukces.

***

Aneta Głowacka - redaktorka "Opcji". Publikuje w "Teatrze", "Notatniku Teatralnym" i "Śląsku". Doktorantka w Zakładzie Teatru i Dramatu w Instytucie Nauk o Kulturze Uniwersytetu Śląskiego. W Teatrze Rozrywki w Chorzowie zajmuje się impresariatem.

Aneta Głowacka
Teatr
14 stycznia 2012

Książka tygodnia

Street Art. Wielcy artyści i ich wizje
Wydawnictwo ARKADY
Alessandra Mattanza

Trailer tygodnia