W miłości nie ma nic na zawsze

Rozmowa z Anitą Sokołowską

Musiałam nieco zmienić swoje życie i uspokoić moje ambicje związane z pracą w teatrze. Serial w Warszawie, teatr w Bydgoszczy... Przecież Antek nie może chodzić do dwóch przedszkoli w dwóch różnych miastach (śmiech). Kiedyś to było proste: zabierałam Antka ze sobą, był ze mną na próbach, a nawet w czasie spektaklu w garderobie. Bo najważniejsze było dla niego, żeby miał blisko siebie mamę, tatę. Teraz ma obowiązki przedszkolaka i bardziej potrzebuje stabilizacji.

Z Anitą Sokołowską, aktorką Teatru Polskiego w Bydgoszczy, rozmawia Beata Biały z Olivii.

Zaprowadziła syna Antka do przedszkola i wreszcie ma czas, by zjeść śniadanie i porozmawiać. Spotykamy się w uroczej knajpce. Pełno tu świeżych, pachnących róż, tulipanów, hortensji. Anita Sokołowska przychodzi jak zwykle punktualnie co do sekundy. Rozpromieniona, radosna, przyjacielska. Taka po prostu jest, nawet jak czasem musi iść w życiu na kompromis.

Beata Biały: Za co lubisz święta?

Anita Sokołowska: Za to, że wreszcie mam czas, który mogę spędzić z najbliższymi. Czas spotkań i rozmów. Taki czas zatrzymania się w biegu. Święta lubię też za tradycje. Odkąd mam Antosia, staram się mu przekazać zwyczaje, które wyniosłam z rodzinnego domu. Wciąż w sercu przechowuję obraz świąt z dzieciństwa. Pamiętam, jak mama celebrowała malowanie pisanek. W garnku gotowała łuski cebuli, a potem zanurzaliśmy z bratem w tym cebulniku jajka. W zależności od stopnia natężenia koloru wychodziły pisanki brązowe, brunatne lub żółte. Niektóre przed włożeniem do garnka ozdabialiśmy woskiem albo już ufarbowane skrobaliśmy żyletką w różne wzorki. Chcę więc, żeby również Antoś poznał te tradycje. Na pewno będą jajka z cebulnika, pójdziemy ze święconką do kościoła, a w lany poniedziałek wszyscy oblejemy się wodą, aż podłogi i ściany w domu będą mokre...

Antoś niesie koszyczek?

- (Śmiech). Mój Bartek jest z Poznania, a tam wszystko jest kilka razy większe. Nasz wielkanocny koszyk jest więc największy w całym kościele. Są tam: bochenek chleba (śmiech), trzy pęta kiełbasy, wielka drożdżowa baba wielkanocna, kilka jajek. U mnie była inna tradycja, każdy dostawał po kawałeczku jajka, po plasterku kiełbasy... Tu święconką można się po prostu najeść (śmiech). Rodzice Bartka wytapiają jeszcze baranka z masła, a nawet cztery baranki. U mnie jest cukrowy albo z ciasta. W koszyczku zawsze muszą być też sól i pieprz, a także chrzan. Trę go sama co roku, bo taki jest najpyszniejszy! Na co dzień nie mam czasu gotować, ale święta to taki powrót do lat dziecięcych. Do koszyka wkładam też pisanki, takie drewniane, trochę już poobijane, z mojego dzieciństwa.

Na ile tradycja jest dla ciebie ważna?

- Bardzo ważna. Przecież to nasze korzenie. Przy tym tempie życia tak wiele nam umyka, dlatego ważne są te "zatrzymania" w biegu przez codzienność. Tradycyjne podejście do świąt to prawdziwa lekcja historii i życia. Okazja do powrotu, do dzieciństwa, do rodzinnych anegdot. Świat szaleje, pędzi nie wiadomo dokąd, wartości się dewaluują, warto więc ocalić choć niektóre z nich, te najważniejsze.

Coraz częściej idziemy z wartościami na kompromis. Lubisz słowo: kompromis?

- Nie lubię tego słowa. Choć walczę ze swoim brakiem asertywności, to też potrafię być dosyć twarda. Gdy jestem przekonana, że mam rację, będę bronić swojego zdania jak lwica. Ale widzisz, nie lubię tego słowa, ale ciągle jednak idę na kompromis. W pracy, w domu, w życiu. Praca aktora to jeden wielki kompromis, bo wszyscy chcą twojej dyspozycyjności, pełnego dostępu do twojego życia i czasu. Kocham swoją pracę, ale najważniejsza jest dla mnie moja rodzina. Nie chcę, żeby za dziesięć lat moje dziecko powiedziało: "Nie było cię, kiedy się kładłem spać, stawiałem pierwsze kroki, mówiłem pierwszy wierszyk. Nie było cię w najważniejszych momentach mojego życia".

Profesor Leszek Kołakowski, gdy rozprawiał o tym, co jest w życiu ważne, powiedział między innymi: "Iść na kompromisy ze sobą i światem".

- Kompromis jest formą dialogu. Co może się udać, gdy przestaniemy ze sobą rozmawiać? Kompromis ze sobą pomaga nie napinać się na życie. Kompromis ze światem - przyjemniej żyć. Myślę, że nie warto wciąż przyjmować pozycji: "musi być po mojemu". Trzeba szanować uczucia i potrzeby innych. Nie warto dopuszczać do sytuacji, kiedy te struny będą tak naciągnięte, że żadna ze stron nie będzie chciała podjąć dialogu.

PIENIĄDZE CZY AMBICJA?

Grasz w serialach, choć gdy po studiach dostałaś rolę w "Trędowatej", długo zastanawiałaś się, czy to wypada aktorce z ambicjami.

- W czasach, gdy zaczynałam pracować, granie w serialach nie było dobrze postrzegane. Zresztą telewizja wtedy pokazywała chyba ich ze trzy (śmiech). Dla młodej aktorki, która kończy szkołę i ma głowę pełną marzeń i ambicji, dla której teatr jest najważniejszy, była to bardzo trudna decyzja. Dlaczego się zdecydowałam? Wcześniej dostałam propozycję głównej roli w serialu i kategorycznie powiedziałam: nie. Założyłam wtedy własną grupę teatralną, ambitną, na wysokim poziomie, ale na pieniądze to się nie przekładało i grupa się rozpadła. Wysyłałam swoje CV do większości teatrów w Polsce, ale nikt nie chciał mnie zatrudnić. Zaczęłam pracować w łódzkim teatrze objazdowym Zwierciadło. Wstawałam o piątej, jechaliśmy kilka godzin na drugi koniec Polski, rozpakowywaliśmy scenografię, potem spektakl i powrót do domu.
I to wszystko za dwa pięćdziesiąt. Po dwóch czy trzech przedstawieniach pomyślałam: wezmę serial, przynajmniej zarobię na życie i będę mogła grać w teatrze. Nagle stałam się popularna, ludzie rozpoznawali mnie na ulicy. Mój kompromis zakończył się jednak refleksją, że na popularność powinnam zasłużyć pracą, a nie rolą w jakimś serialu. Spakowałam walizki i wyjechałam do teatru w Lublinie. Zostawiłam Warszawę i cały ten showbiznes, żeby szkolić warsztat i zasłużyć na miano dobrej aktorki, a nie tylko popularnej.

Ale dziś bierzesz nawet udział w telewizyjnych show.

- Wciąż jest to dla mnie kompromis. Gdybym chciała pracować tylko w teatrze, nie mogłabym spłacić kredytu na mieszkanie. Udział w programach telewizyjnych traktuję jako fajne doświadczenie, sprawdzenie siebie, pokazanie innej siebie. W programie "Top Chef. Gwiazdy od kuchni" widzowie zobaczyli moją inną twarz. Ty mnie znasz i wiesz, że bywam szalona, spontaniczna, otwarta, ale widzowie znają mnie głównie z ról statecznej doktor Leny z "Na dobre i na złe" i zimnej Zuzy z "Przyjaciółek". Teraz zostanę jurorką w programie "The Brain. Genialny umysł". Biorą w nim udział ludzie o wybitnej inteligencji i talencie. Całe życie poświęcają doskonaleniu możliwości mózgu. Właściwie przy nich można wpaść w kompleksy (śmiech). Jak ich ocenić? Patrzę więc i podziwiam (śmiech). Traktuję to też jako lekcję dla siebie. Że mózg można szkolić w każdym wieku. Bo dziś jestem w stanie zapamiętać dwie strony tekstu, jak go przeczytam dwa razy, ale to nie o to chodzi. Mózg można

ćwiczyć jak mięsień. Na razie czytam książki na ten temat (śmiech).

DLA SYNA NIE MA KONKURENCJI

Na jaki kompromis z życiem musiałaś pójść, kiedy urodził się twój syn?

- Przyjście Antosia na świat spowodowało wiele kompromisów. Ale z przyjemnością na nie przystałam. Gdy urodziłam Antosia, byłam już w dojrzałym wieku. Miałam już poczucie pełni, bo w swoim życiu wiele zrobiłam, wiele zagrałam. Dziecko niczego mi nie odebrało. Przyszedł na nie czas.

i bez żalu zrezygnowałaś ze spotkań z przyjaciółkami?

- Oczywiście, czasami przechodzi mnie delikatne mrowienie, gdy widzę na Facebooku, że moi znajomi właśnie siedzą w jakimś uroczym miejscu i piją wino. Bo też chciałabym (śmiech). Ale potem przychodzi Antoś, obejmuje mnie mocno za szyję i wiem, że nie zamieniłabym tej chwili na najbardziej przyjemne spotkanie z przyjaciółmi. Bo przytula się do mnie i mówi mi na ucho: kocham cię. Zaczynamy układać puzzle, budujemy domek, czytamy książki. Nic tego nie zastąpi.

Nie żal, że zmieniłaś swoje lektury na dziecięce? Zawsze pochłaniałaś książki.

- Rzeczywiście, intelektualnie u mnie teraz masakra (śmiech). Coraz więcej książek czeka, aż znajdę na nie czas. Na wakacje Bartek zabrał, jak zwykle, cały plecak książek, ale przy małym dziecku czytanie schodzi na ostatni plan. Czytam tylko to, co potrzebne mi do pracy, wiadomości przeglądam w komórce na planie, między ujęciami. Jeśli chodzi o lektury, teraz królują bajki (śmiech). Ostatnio przeczytaliśmy w dwa dni całego "Kubusia Puchatka". Mam jeszcze tę książkę ze swego dzieciństwa, wymiętą, z pożółkłymi kartkami, czarno-białymi rysunkami. Antoś wie, że to moja książka z dzieciństwa i nosi ją z dumą. Właśnie zabieramy się do "Dzieci z Bullerbyn".

CZAS NA WIĘKSZĄ STABILIZACJĘ

Przez kilka lat wiodłaś życie między Bydgoszczą a Warszawą. Antka zabierałaś ze sobą. Teraz chodzi do przedszkola...

- Musiałam nieco zmienić swoje życie i uspokoić moje ambicje związane z pracą w teatrze. Serial w Warszawie, teatr w Bydgoszczy... Przecież Antek nie może chodzić do dwóch przedszkoli w dwóch różnych miastach (śmiech). Kiedyś to było proste: zabierałam Antka ze sobą, był ze mną na próbach, a nawet w czasie spektaklu w garderobie. Bo najważniejsze było dla niego, żeby miał blisko siebie mamę, tatę. Teraz ma obowiązki przedszkolaka i bardziej potrzebuje stabilizacji.

Ale Bartek jest w Bydgoszczy. I jak udaje się takie życie na dwa domy?

- Nie wiem. Czasami coś próbuję zaplanować na dwa miesiące, ułożę precyzyjny plan, biorąc pod uwagę nasze kalendarze, a potem nagle okazuje się, że coś jednak wypadło. Wystarczy, że ktoś wyciągnie jeden klocek z mojej układanki, by cała misterna konstrukcja się zawaliła. Stąd naszą codziennością jest improwizacja. Takie życie na odległość to duży kompromis. Bartek, odkąd został zastępcą dyrektora w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, w Warszawie bywa rzadziej. Tym bardziej cieszymy się na święta. Ten rodzinny czas ma w naszym przypadku szczególną wartość. Życie na odległość jest trudne, ale powroty też nie są łatwe. Bo już się przyzwyczaiłaś do tego, że wszystko robisz sama, o wszystkim decydujesz, a tu nagle...

Nie boisz się, że możesz zapłacić za ten kompromis wysoką cenę? Bo właśnie pewne decyzje musisz podjąć sama, nie możesz czekać do niedzieli.

- Cieknący kran też nie poczeka ani zepsuta pralka. Więc zajmuję się tym sama, jestem zaradną dziewczyną. Ale my kobiety tak mamy, gdy trzeba, bierzemy życie w swoje ręce. Życie na odległość wymaga oczywiście od dwóch osób mądrości, szacunku, lojalności i uczciwości. To trudne, ale rozumiemy, że każde z nas chce zrobić też coś ważnego w swoim życiu zawodowym.

Nie przyszło ci do głowy powiedzieć do Bartka: "Nie jedź do Bydgoszczy. Twoje życie jest przy mnie"?

- I miałabym mu zabronić robić to, co lubi? Na tym polega chyba dojrzałość i mądrość kobiety, że wie, co jest ważne. Że nie ogranicza marzeń, pasji i pragnień swego mężczyzny. Że pozwala mu je realizować. Bo tylko szczęśliwy mężczyzna da szczęście swojej kobiecie i swojej rodzinie. Zresztą, jakie mam prawo, żeby mu tego zabronić? Życie pokazuje, że wszystko można pogodzić.

NIE WARTO KŁÓCIĆ SIĘ O DROBIAZGI

Mówi się, że związek między dwojgiem ludzi to prawdziwa sztuka kompromisu. Na jakie ustępstwa musiałaś iść w związku?

- Związek między dwojgiem ludzi jest sprawą dość zmienną, dynamiczną, pełną codziennych kompromisów. Tu nie ma nic na zawsze. Bo spotykają się dwie różne osoby o różnych upodobaniach. Jedna lubi okno szeroko otwarte, a druga tylko rozszczelnione - i trzeba się dogadać choćby w tej błahej sprawie (śmiech). Nie znam pary, która zgadza się ze sobą we wszystkim. Myślę zresztą, że dlatego tak się przyciągamy, bo fascynują nas w sobie różnice.

I nie masz takiej potrzeby, że musi być "po twojemu"?

- Każdy ją ma. Ja też. Nasz związek jest burzliwy (śmiech). Ale z wiekiem coraz częściej dochodzę do wniosku, że nie warto kłócić się o drobiazgi. Że w życiu są ważniejsze sprawy. I myślę, że z biegiem lat jesteśmy coraz fajniejszym związkiem.

A kiedy się kłócicie, to kto częściej ustępuje?

- O nie! Nie chcę o tym mówić (śmiech). Chyba nie ja. Tym bardziej że jestem temperamentna, krzyczę, tupię, trzaskam drzwiami, żeby postawić na swoim. Ja jestem Niagarą. Jesteśmy prawdziwą włoską rodziną (śmiech).

GDY DOPADA MNIE PERFEKCJONIZM...

Pogodziłaś się z myślą: nie będę idealną żoną, matką, gospodynią domową? - Ale jakoś nie zajęło mi to strasznie dużo czasu (śmiech). W sobotę i niedzielę nie gotujemy. Idziemy coś zjeść, a potem na spacer, do kina, na plac zabaw. No wiesz, zrobienie obiadu dwudaniowego zajmuje kilka godzin. Nawet jeśli miałabym ugotować tylko rosół, to jednak trwa to dwie, trzy godziny. A jeszcze zakupy... Wolę ten czas spędzić z Antkiem i Bartkiem.

I dom nie musi być idealnie wysprzątany, a okna lśniące?

- Nie pytaj mnie, kiedy ostatni raz myłam okna (śmiech). Jak moja mama przeczyta, to się załamie! Oczywiście, mam ambicje, żeby dom był zawsze czysty i pachnący. Ale nie spędza mi snu z powiek fakt, że w zlewie została brudna szklanka. Oczywiście, dom powinien pachnieć ciastem, gorącym obiadem. Wiem, bo jak czasem upiekę ciasto, to jestem dumna, a rodzina szczęśliwa. Czasem dopada mnie taka ambicja perfekcyjnej pani domu: zaczynam ustawiać, przestawiać, czyścić, froterować. Lecz kiedy widzę, że przeginam, mówię do siebie głośno: "Wyluzuj. Ciesz się tym, że jesteś w domu, że masz czas dla dziecka, dla siebie, dla Bartka, że możesz odpocząć".

KIEDY POJAWIAJĄ SIĘ ZMARSZCZKI...

Skończyłaś czterdziestkę. Walczysz z upływającym czasem czy odpuszczasz?

- Staram się tym nie przejmować. Ale to nie jest proste, kiedy widzisz, że pojawiają się kolejne zmarszczki, a sprawdzony krem pod oczy działa jakby słabiej. Dotyka mnie to jako kobietę. Mam jednak w sobie na tyle zdrowego rozsądku, że potrafię powiedzieć: no i co? Może za chwilę przyjdą fajne role matek dla mnie do grania? Bo wciąż jestem postrzegana jako ładna, miła panna, obsadzana trochę po urodzie. Tylko w teatrze dostaję role wymagające, trudne, nieoczywiste.

Akceptujesz modę na wieczną młodość, piękno i szczupłą sylwetkę?

- Wkurza mnie ten wszechobecny kult młodości. Ta pogoń za wieczną urodą. Wiem, że sama w tym trochę biorę udział, uczestnicząc w tych wszystkich sesjach zdjęciowych, na których jesteśmy zrobione i trochę nierzeczywiste. I czasem wściekam się na to, że zawsze musimy być zrobione i nawet na premierę do kina dziewczyny przychodzą w długich sukniach bez pleców. Irytuje mnie to, że coraz częściej brakuje zdrowego rozsądku. Ostatnio na planie "Przyjaciółek" przyszła statystka, zrobiona od stóp do głów. Popatrzyłyśmy na siebie z Joasią Liszowską i roześmiałyśmy się z ulgą. "Lisza, jak to dobrze, że my się jeszcze możemy marszczyć" - powiedziałam do Joasi. Jestem aktorką, nie mogę mieć twarzy bez wyrazu. Na co dzień może tego nie widać, ale kamera wyłapie każdy fałsz. Nie chcę oszukiwać widza. Oczywiście, dbam o siebie. Chodzę do kosmetyczki, korzystam z zabiegów, które poprawiają kondycję skóry, ale to jest moja granica w dbaniu o urodę.

I nie zrobisz operacji, gdy uznasz, że twoja twarz nie jest już taka młoda, a powieki opadły?

- Jedna powieka niedawno mi opadła, ale pani kosmetyczka zrobiła masaż limfatyczny i się podniosła. Mam nadzieję, że nie na chwilę (śmiech). Nie lubię mówić: nigdy tego nie zrobię. Bo nie wiem, co mi się z głową stanie i co wydarzy się za jakiś czas. Na pewno nigdy nie chciałabym stracić twarzy. Nie chciałabym nie rozpoznać siebie w lustrze.

KOMPROMIS, NA KTÓRY NIGDY NIE POJDĘ

Są sprawy, w których nie idziesz na kompromis?

- Nie pójdę na kompromis w miłości, uczciwości, prawdzie. Nie pójdę na kompromis w ograniczaniu wolności.

O co tak naprawdę warto jest walczyć w życiu?

- Na pewno o uczciwość, o dobre relacje z ludźmi. Warto też walczyć o siebie. A o rodzinę mogłabym walczyć do ostatniego tchu.

___

Anita Sokołowska - aktorka filmowa, teatralna i radiowa. Urodziła się 25 stycznia 1976 w Lublinie. Absolwentka Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi (1999). W latach 2000–2001 występowała w lubelskim Teatrze im. Juliusza Osterwy, a także gościnnie w dwóch łódzkich teatrach: Teatrze Nowym (2001–2003) i Teatrze Zwierciadło (2001). W latach 2004–2006 aktorka Teatru Współczesnego w Warszawie. Od 2007 Teatr Polski w Bydgoszczy.

Beata Biały
Olivia
11 marca 2017

Książka tygodnia

Street Art. Wielcy artyści i ich wizje
Wydawnictwo ARKADY
Alessandra Mattanza

Trailer tygodnia