W młodości siła

"Nadobnisie i koczkodany" - opieka: Adam Nawojczyk - Teatr PWST w Krakowie

Nad nowym spektaklem dyplomowym i studentami PWST w Krakowie opiekę roztoczył Adam Nawojczyk. W kręgu zainteresowania zespołu znalazł się zaś Witkacy, a konkretnie jego "Nadobnisie i Koczkodany", z którymi mierzył się już tak Kantor jak i Lupa, ale w kontekście krakowskiego spektaklu nie ma to absolutnie żadnego znaczenia.

Cała wyuzdana i nasycona erotyzmem akcja oscyluje wokół granego przez Rafała Sumerę Tarkwiniusza Zaloty-Pępkowicza. Rozdzierają go pomiędzy siebie jego duchowy nauczyciel Pandeniusz Klawistański ( Andrzej Plata i Miron Jagniewski ) i rywalizującą z nim Zofia Kremlińska (Aleksandra Cizancourt, Paulina Poślednik ) – uosobienie bardziej przyziemnych, cielesnych pokus. Jak to u Witkacego bywa, fabuła dramatu jest znacznie bardziej złożona, dając szerokie pole do interpretacji. Ale to nie ona gra w tym spektaklu główną rolę – bardziej liczą się atrybuty zewnętrzne, forma podania akcji, jej widowiskowość, dynamika, zaprezentowanie skali aktorskich możliwości. Prawdziwymi bohaterami spektaklu są jego aktorzy.  

Absolutnie ciężko uznać to jednak za zarzut wobec „Nadobnisiów”, od których aż bije młodzieńcza i twórcza energia, która z jednej strony pozwoliła stworzyć sceny zapadające w pamięci, świeże i nowatorskie – z drugiej jej nadmiar i nieokiełznanie ma wpływ na pewną chaotyczność i nadekspresyjność poszczególnych fragmentów. Widać, iż najważniejsza stała się tu zabawa teatrem, oparta jednak na solidnej bazie jaką dają wysokie, indywidualne umiejętności poszczególnych aktorów.  

Okazją do wykazania się twórczą inwencją stają się przede wszystkim muzyczne fragmenty – a te są częste, zróżnicowane i niejednokrotnie dosyć luźno związane z samym spektaklem, przynajmniej w kwestii fabuły - w kwestii tonacji i charakteru wpasowują się bowiem idealnie w całość – są lekkie, wesołe, często nieco „przegięte”. Będziemy mieli okazję wysłuchać tak Anny Jantar jak i Krzysztofa Krawczyka. Inne utwory będą wykonywane na żywo, jeszcze inne będą stanowić nawiązanie do kultowego „Kill Billa” Quentina Tarantino – wiąże się z nim jedna ze scen, która sama w sobie stanowi pewną kwintesencję spektaklu – ukazane w zwolnieniu wejście aktorów po podeście w głąb sceny jest bardzo efektowne wizualnie, nie niesie natomiast za sobą głębszych znaczeń.  

Ustawienie na piedestale młodych aktorów i odsunięcie w cień głębszych sensów jest bardzo udaną koncepcją i mimo to (albo dzięki temu) spektakl ogląda się bardzo dobrze. Paradoksalnie, źle wyszły właśnie sceny poważne, będące kontrapunktem dla trwającej większość czasu śmieszności. Gdy do głosu dochodzi chwilowa doniosłość i chęć przekazania treści cięższego kalibru, czuć, że prawdziwy i naturalny styl staje się nieco zakłamany. Czasami pojawiają się i inne, poważniejsze zgrzyty – zupełnie zagłuszone przez muzykę słowa piosenki czy też jeden z nieudanych wokalnie utworów – chyba, że w tym wypadku (co zresztą bardzo możliwe) z pełną premedytacją i świadomością do całej puli groteskowych zachowań dołączono także fałszowanie. 

Sceniczna lekkość i szaleństwo sprawiają, że „Nadobnisie i Koczkodany” są ciekawą odskocznią od „dorosłego” teatru. Nie należy tego błędnie rozumieć – absolutnie nie jest to spektakl niskich lotów – dziesiątki bezsensownych teatralnych produkcji doświadczymy w pełni profesjonalnych i dojrzałych teatrach. Z kolei znalezienie wśród dorosłego repertuaru spektakli pełnych tak pozytywnej i deficytowej w teatrze energii jest bardzo trudne – i za to tak studentom, jak i ich opiekunom należą się w pełni zasłużone brawa.

Michał Myrek
Dziennik Teatralny Kraków
18 marca 2010

Książka tygodnia

Pokusa przebaczenia
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Donna Leon

Trailer tygodnia